„Integrację w Zakopanem skończyłam w cudzym pokoju. Wiedziałam, że romans z żonatym to błąd, ale serce nie sługa”
„Nie chciałam wdawać się w słodkie gierki. To miało być jednorazowe. Miało. Ale kiedy trzy dni później zadzwonił, odebrałam natychmiast. Rozmawialiśmy długo, nie o pracy, nie o życiu. O tym, co czuliśmy tamtej nocy. O tym, czego nie powinniśmy powtarzać. I co oboje mieliśmy ochotę powtórzyć”.

- Redakcja
Codziennie mówię sobie, że jestem niezależna. Mam dobrą pracę, podróżuję, rozwijam się. Zawodowo nie mam na co narzekać – dział HR w dużej firmie to ciągła rotacja ludzi, rekrutacje, szkolenia, wyjazdy integracyjne, konferencje. Ciągła aktywność, rozmowy, energia, której często brakuje mi po godzinach. Paradoksalnie: im więcej ludzi wokół mnie w pracy, tym większa pustka, gdy wieczorem wracam do mieszkania.
Od roku jestem sama. Ostatni związek... był jak huragan, który wywrócił wszystko, co wydawało mi się stabilne. Siedem lat z jednym facetem. Siedem. To był czas, w którym zdążyliśmy wspólnie pomarzyć, zaplanować, a nawet kłócić się o kolor kafelków do nieistniejącej łazienki. A potem przestałam być wystarczająca. Dla niego. I może też dla siebie.
Od tamtej pory jestem ostrożna. Spotykam się, jasne, ale to przelotne. Bez większego zaangażowania. Nauczyłam się dobrze udawać, że mi nie zależy. Że jestem z tych niezależnych, zimnych kobiet, co mają w nosie romantyzm. Ale wystarczy wieczór, kieliszek i ta cisza w mieszkaniu, żeby wróciło to jedno piekielne uczucie: samotność.
Szukam emocji, ale boję się ich. Szukam bliskości, ale nie pozwalam się zbliżyć. Wiem, jak to brzmi. Paradoksalnie, najłatwiej zbliżyć się tym, którzy są już gdzieś związani – bo wtedy jest granica, której nie muszę sama stawiać.
Na jednym z wyjazdów integracyjnych do Zakopanego poznałam Adama. Facet po czterdziestce, z błyskiem w oku i tą dojrzałością, która sprawia, że chce się słuchać, co mówi. Wysoki, pewny siebie, w dobrze skrojonym garniturze. Widziałam, że od pierwszej chwili mnie obserwował. Z tym półuśmiechem, jakby już znał odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadałam. A potem zaprosił mnie na kolację. I właśnie wtedy wszystko się zaczęło.
Nie mogłam się mu oprzeć
Zjedliśmy kolację w małej restauracji niedaleko hotelu, w którym zatrzymała się cała nasza grupa szkoleniowa. Adam zaproponował to miejsce, twierdząc, że zna właściciela. Od początku prowadził rozmowę z takim luzem, jakbyśmy się znali od lat. Ja starałam się zachować dystans, ale prawda była taka, że miałam ochotę być bliżej, słuchać więcej, dotknąć go przez przypadek. Patrzyłam, jak mówi, jak gestykuluje, jak unosi kieliszek. Emanowała z niego pewność siebie i spokój.
– Wiesz, mam już swoje lata – powiedział, kiedy rozmowa zeszła na życie osobiste. – I jak to się mówi, dużo już widziałem.
– A rodzina? – zapytałam, choć nie powinnam była. Ale chciałam wiedzieć.
– Mam żonę. I córkę, osiem lat. – Powiedział to tak, jakby opowiadał o pogodzie. Bez napięcia, bez wymówek. Spojrzał mi prosto w oczy. – Nie ukrywam tego. Nie gram w żadne gierki. Ale to nie znaczy, że nie czuję, że... czasem czegoś mi brakuje.
Zamilkłam. Wiedziałam, co chce przez to powiedzieć. Wiedziałam też, że powinnam podziękować za kolację i wrócić do siebie. Ale nie zrobiłam tego. Przyjęłam kieliszek, który mi dolał, choć wcale nie miałam na niego ochoty. I zaczęłam sobie w głowie układać to, co zawsze w takich sytuacjach. Nie chcę niczego na stałe. Nie liczę na więcej. To tylko chwila, nic zobowiązującego.
– Ty też wyglądasz, jakbyś nie szukała niczego na siłę – powiedział, patrząc na mnie z tym swoim lekko ironicznym uśmiechem.
– Nie szukam. – Odpowiedziałam szybko, zbyt szybko. – Lubię mieć kontrolę.
– Każdy tak mówi, dopóki coś się nie wymknie spod kontroli.
Nie musiałam nic mówić. Wiedziałam, że wie, co się dzieje. Wiedział, że mi się podoba. Wiedział, że się łamię. I wcale nie zamierzał mnie zatrzymywać. Dopiłam ostatni łyk i wyszliśmy razem. Pod hotelem zapanowało niezręczne milczenie. Udawałam, że szukam klucza w torebce, ale przecież wiedziałam, że tam jest. Wiedziałam też, że nie zamierzam wracać do swojego pokoju. Spojrzałam na niego. Uniósł tylko brwi, czekając na moją decyzję.
– Może jeszcze po lampce? – rzuciłam cicho. – U mnie. Albo u ciebie.
Nie odpowiedział. Tylko skinął głową i poprowadził mnie do windy.
Wciąż na niego czekałam
Pierwszy sms przyszedł jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem. „Nie powinienem, ale było warto”. Odpisałam dopiero rano. Krótko: "Wiem". Nie chciałam wdawać się w słodkie gierki. To miało być jednorazowe. Miało. Ale kiedy trzy dni później zadzwonił, odebrałam natychmiast. Rozmawialiśmy długo, nie o pracy, nie o życiu. O tym, co czuliśmy tamtej nocy. O tym, czego nie powinniśmy powtarzać. I co oboje mieliśmy ochotę powtórzyć.
Później było kilka wiadomości dziennie. Czasem krótkie, czasem długie. Coraz częściej zaczynały się od „tęsknię” i kończyły na „chciałbym być teraz obok ciebie”. Kiedy dzwonił, mówił cicho, jakby był w miejscu, gdzie nie powinien ze mną rozmawiać. Ale nie przerywał. Mówił mi, przy mnie jest spokojny. Że z żoną już tylko funkcjonują obok siebie. Że nie szukał tego, co się wydarzyło. Że nie zamierza niczego kończyć, ale ja jestem inna.
Wiedziałam, co robi. Przecież byłam dorosła. Pracuję w HR, znam mechanizmy, wiem, jak ludzie się tłumaczą. Ale mimo to łapałam się na tym, że czekam. Że zaglądam do telefonu rano i tuż przed snem. Że kiedy nie odpisywał dłużej niż kilka godzin, zaczynałam sprawdzać, kiedy ostatnio był online.
Wmawiałam sobie, że to nie uczucie. Że chodzi o emocje, o tę adrenalinę. Że jestem sprytna, kontroluję sytuację. W pracy trzymałam fason, nikt się nie domyślał. Miałam swoje zadania, wyjazdy, rozmowy rekrutacyjne. Ale każde „czy mogę do ciebie zadzwonić?”, które od niego przychodziło, odcinało mnie od rzeczywistości. Na kilka minut czułam się jak ktoś inny. Może nawet jak lepsza wersja siebie.
Czasem mówił:
– Przy tobie czuję coś, czego mi brakowało mi od lat.
A ja milczałam, bo nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć.
Z biegiem tygodni kontakt zaczął się przerzedzać. Na początku to były tylko dni. Tłumaczyłam sobie: praca, obowiązki, dziecko. Kiedy nie odzywał się dwa dni, próbowałam być racjonalna. Mówiłam sobie: przecież wiedziałaś. Przecież od początku byłaś tą drugą. Ale nie potrafiłam tak naprawdę w to uwierzyć. Zbyt często wracałam do wiadomości, przeglądałam je po kolei, jakby w nich było ukryte jakieś wyjaśnienie, którego nie zauważyłam.
Jeszcze wtedy nie panikowałam. Jeszcze się łudziłam.
Tak bardzo się pomyliłam
Nie planowałam tego. Miałam tylko odebrać dokumenty, wrócić do biura, spiąć wszystko do końca tygodnia. Przez moment zawahałam się, czy nie zamówić kawy w tej małej kawiarni na rogu. Weszłam, bo padał deszcz. Pomyślałam, że to tylko chwila. Po prostu chcę się rozgrzać.
Zamówiłam latte na wynos, czekałam, patrząc przez okno na ludzi, którzy w pośpiechu przemykali przez skrzyżowanie. I wtedy zobaczyłam Adama. Szli wolno. On, kobieta obok i ich córka. Trzymał siatki z zakupami, ona mówiła coś do niego, odwracała głowę, śmiała się. Przystanęli. Pochylił się nad dzieckiem, a potem pocałował żonę. W usta. To nie wyglądało na żadną „formalność”. Wyglądali na szczęśliwą rodzinę.
Zamarłam. Nie zdążyłam się cofnąć, zasłonić. Stałam przy szybie jak idiotka. Wiedział, musiał mnie widzieć. Spojrzał na mnie, prosto w oczy. I nic, ani nie drgnął. Jakby mnie nie znał. Jakbym nie istniała. Minął mnie i wszedł do piekarni obok. Nie spojrzał drugi raz. Zaparło mi dech. Nie z powodu żony czy dziecka. Wiedziałam, że one istnieją. Ale nie byłam gotowa na to, jak łatwo potrafił mnie zignorować. Jak obojętnie przeszedł obok. Jakbyśmy nigdy nie rozmawiali godzinami. Jakby nie mówił, że jestem inna.
Wyszłam z kawiarni, choć kawa nie była gotowa. Nie czułam nóg. W głowie miałam tylko jedno pytanie: po co to wszystko? Po co te słowa, te wiadomości, to całe „przy tobie czuję coś więcej”?
Wróciłam do biura, usiadłam przy biurku i wpatrywałam się w ekran. Myśli nie dawały mi spokoju. Przewracały się w głowie jedna po drugiej. Czy naprawdę aż tak się pomyliłam? Czy aż tak źle odczytałam to wszystko? A może... może właśnie od początku byłam przezroczysta?
Chciałam być dla kogoś ważna
Nie planowałam się zwierzać. Miałam tylko podjechać do Marty, oddać jej książkę, którą pożyczyłam miesiąc temu. Ale kiedy otworzyła drzwi i zapytała, czy mam chwilę, weszłam. Usiadłyśmy przy kuchennym stole, a ja nie potrafiłam już dłużej trzymać tego w sobie.
– Byłam... z żonatym facetem – powiedziałam prosto, zanim zdążyłam się rozmyślić.
Marta podniosła wzrok znad kubka. Nie wyglądała na zdziwioną.
– Serio? Ty? – zapytała bez oburzenia, ale z jakąś tępą ciekawością. – I co teraz?
– Nic, zniknął. Dwa miesiące pisania, rozmów, spotkań, a potem nagle nic. Dziś go widziałam z żoną i dzieckiem. Przeszedł obok mnie jak obcy człowiek.
Przez chwilę milczała, jakby ważyła słowa.
– Ale przecież od początku wiedziałaś, że ma rodzinę. Nie zataił tego. Sam ci powiedział, nie?
– Powiedział, jasno i wyraźnie. I co z tego? To ma znaczyć, że zasłużyłam?
– Nie mówię, że zasłużyłaś. Po prostu... czego się spodziewałaś? Że zostawi wszystko i pobiegnie za tobą?
– Nie. Nie oczekiwałam niczego. – Westchnęłam. – Chciałam tylko przez chwilę być dla kogoś ważna.
Marta spojrzała na mnie z mieszaniną współczucia i złości.
– Weronika, jesteś dorosła. I nie głupia. To nie pierwszy facet, który szuka odskoczni. On z góry wiedział, że wróci do swojego życia. Ty też to wiedziałaś, tylko nie chciałaś się do tego przyznać.
Wiedziałam, że ma rację. Ale w tym momencie najbardziej bolała mnie nie jego zdrada – tylko moja własna słabość. To, że znów wpuściłam kogoś za blisko, mimo że tyle razy przysięgałam sobie, że już nigdy.
– To nie chodzi o niego – powiedziałam cicho. – To ja się znów wpakowałam w coś, co mnie zniszczyło. Wiedziałam, że się sparzę, a i tak weszłam w to po szyję.
Marta odsunęła krzesło, podeszła i przytuliła mnie bez słowa. W tej jednej chwili byłam w stanie to przyjąć – ciepło, prostą ludzką obecność. Ale to nie zmieniało faktu, że coś we mnie pękło. Nie przez Adama. Przez to, że po raz kolejny oddałam siebie komuś, kto nie miał najmniejszego zamiaru zostać.
Dałam się w to wciągnąć
Nie pisałam do niego, nie dzwoniłam. Nie próbowałam się tłumaczyć ani dociekać. Może z powodu dumy, może przez resztki godności, które mi zostały. Ale prawda była taka, że każdego dnia walczyłam ze sobą, żeby nie sięgnąć po telefon. Włączałam go i wyłączałam. Przeglądałam nasze rozmowy. Potem kasowałam je jedna po drugiej, ostrożnie, jakby to mogło coś zmienić.
Zostały tylko puste powiadomienia. Ciche noce. Chodziłam do pracy jak na autopilocie. Uśmiechałam się na spotkaniach, mówiłam te wszystkie profesjonalne zdania, które trzeba mówić. Wieczorami siedziałam na kanapie i wpatrywałam się w ekran telefonu, jakby miał się rozświetlić. Jakby miał znów napisać. Wytłumaczyć się, wyjaśnić. Ale nie pisał.
Cisza była jak ciężar. Nie dramatyczna, nie teatralna, tylko zwyczajna. Taka, która rozlewa się powoli i wnika pod skórę. Taka, której nikt nie widzi z zewnątrz. Ale ty czujesz ją w każdym geście, każdym spojrzeniu w lustro, każdym łyku herbaty.
W głowie kłębiły się pytania. Czy byłam tylko przerwą na lunch między jego normalnym życiem? Czy miałam być tylko chwilą, fantazją, emocjonalnym wentylem? Czy naprawdę aż tak łatwo dałam mu dostęp do siebie? Nie chciałam znać odpowiedzi, ale one i tak same przychodziły. W snach. W chwilach, kiedy tkwiłam w pustym mieszkaniu. Kiedy nawet muzyka w słuchawkach przestawała zagłuszać myśli.
Zaczęłam znikać z własnego życia. Nie dlatego, że nie umiałam żyć bez niego. Tylko dlatego, że nie mogłam uwierzyć, że dałam się w to wszystko wciągnąć. Świadomie. I że nic po tym nie zostało.
Weronika, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik baskijski i czekałam na wnuki. Ale młodzi pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy chcą kasy”
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”