Reklama

Z zewnątrz nasze małżeństwo wyglądało zupełnie zwyczajnie. On – szanowany notariusz z dobrą reputacją, ja – cicha, ułożona kobieta, która zawsze była „tą drugą połówką”, co nosi ciepłą herbatę i podaje aspirynę, zanim ktoś zdąży poprosić. Mieliśmy dom, psa, wspólne wakacje i pozornie zgodne życie. Ale codzienność potrafi być złudna. Za fasadą uśmiechów i niedzielnych obiadów kryły się rzeczy, o których żadne z nas nie miało odwagi mówić głośno. On miał swoje tajemnice, ja miałam swoje. Tyle że moje były liczbami na koncie, a jego – kobiecymi perfumami na koszuli. I w końcu te dwa światy musiały się zderzyć.

Nie ufałam ludziom, a już na pewno nie ufałam bankom. Zawsze miałam coś odłożonego na czarną godzinę. Na początku to były drobne sumy – pięćdziesiąt, sto złotych, wciśnięte w stary portfel po mamie, który leżał między ręcznikami w szafce łazienkowej. Później, gdy zaczęłam pracować dorywczo, otworzyłam sobie dodatkowe konto, z którego nikt poza mną nie korzystał. Co miesiąc odkładałam tam po kilkaset złotych. Mówiłam mężowi, że zarabiam mniej niż w rzeczywistości. On nie dopytywał. Ufał mi. A przynajmniej tak to wyglądało.

Nie chodziło mi o to, żeby uciekać czy planować nowe życie. To było zabezpieczenie. Moja własna poduszka. Kiedyś, dawno temu, słyszałam rozmowę dwóch starszych pań w tramwaju. Jedna mówiła, że trzeba mieć swoje pieniądze, bo jak przyjdzie co do czego, to człowiek zostaje sam. I miała rację. Więc odkładałam, sumiennie, miesiąc w miesiąc, przez sześć lat. Cicho, po swojemu. W tym wszystkim było coś pokrzepiającego. Jakby te pieniądze były moją ucieczką, moim tajnym wyjściem ewakuacyjnym, z którego mogę skorzystać, gdyby świat nagle zawalił mi się na głowę.

Łudziłam się, że może przesadzam

Zaczęłam się niepokoić, kiedy po raz pierwszy przyniósł mi kwiaty bez okazji. Nie było żadnej rocznicy, żadnych przeprosin, nic, co by uzasadniało ten nagły przypływ czułości. Wręczył mi bukiet czerwonych róż z tą swoją rozbrajającą miną, którą zwykle zmiękczał atmosferę po kłótni.

– Po prostu pomyślałem, że ci się spodobają – powiedział, całując mnie w czoło.

Odpowiedziałam uśmiechem, choć wewnętrznie coś mnie uwierało. Mój mąż nie był romantykiem. Nigdy wcześniej nie wpadł na podobny gest. Nawet w dniu naszego ślubu ledwo pamiętał o bukiecie. A teraz nagle kwiaty bez powodu? Potem pojawiły się kolejne drobiazgi. Nowa koszula, drogi krawat, perfumy o nowym zapachu w łazience, którego nigdy wcześniej nie używał.

– Od kiedy to tak chętnie robisz zakupy? – zapytałam któregoś dnia, starając się brzmieć naturalnie.

– Pomyślałem, że czas się wreszcie wziąć za siebie – rzucił obojętnie, nie odrywając wzroku od telefonu.

Zaczęłam uważniej przyglądać się jego grafikom. Coraz częściej wracał później, tłumacząc się klientami, korkami, spotkaniami, które „przeciągnęły się niespodziewanie”. Nie robiłam scen. Jeszcze nie. Na razie tylko obserwowałam. Zbierałam okruchy. W końcu byłam dobra w odkładaniu – pieniędzy, emocji, pytań. Wtedy jeszcze łudziłam się, że może przesadzam. Że jestem przewrażliwiona. Że to tylko moja wyobraźnia szuka dziury w całym. Ale intuicja już szeptała mi do ucha, że z tymi kwiatami kryje się coś więcej.

To już nie są tylko podejrzenia

Uprałam jego białą koszulę, jak zwykle w sobotni poranek. Wyjęłam ją z bębna, roztrzepałam, by mniej się gniotła i wtedy zauważyłam. Na kołnierzyku została bladoróżowa plama – to była szminka. Pomadka w intensywnym, czerwonym kolorze, którego ja zawsze unikałam. Stałam nad koszulą jak idiotka, próbując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie. Gdy wrócił wieczorem, pokazałam mu ją.

– Nie mogę odeprać tej plamy. Może mi powiesz po czym jest? – rzuciłam, nie patrząc mu w oczy.

Podniósł wzrok znad laptopa, zerknął na koszulę, uśmiechnął się krzywo.

– Pewnie się zabrudziłem na obiedzie w pracy. Wiesz, jak to bywa w pośpiechu.

Nie odpowiedziałam. Cisza między nami gęstniała. Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim. Teraz każde z nas milczało, zatopione we własnych sekretach. W nocy leżałam obok niego, patrząc w sufit. Jego oddech był równy, spokojny. Spał jak ktoś, kto nie ma nic na sumieniu. A może jak ktoś, kto dobrze nauczył się udawać. Wtedy zrozumiałam, że to już nie są tylko podejrzenia. To są znaki. Krzyczące. A ja nie mogłam już dłużej ich ignorować.

Wszystko zaczęło się sypać

Zawsze był nieostrożny z hasłami. Ustawiał te same do wszystkiego – datę naszego ślubu i inicjały. Kiedyś żartowałam, że mógłby równie dobrze napisać je na kartce i przykleić do lodówki. Odrzucał temat machnięciem ręki.

– Kto niby miałby chcieć się włamać do mojego maila? – śmiał się.

Nie włamałam się. Po prostu sprawdziłam. Ot, raz zostawił laptop otwarty, kiedy poszedł pod prysznic. Nie planowałam tego. Ale ekran świecił, skrzynka była aktywna. Kilka kliknięć – i wszystko zaczęło się sypać. Były zdjęcia. Selfie w łazience, wiadomości z serduszkami, głupie żarty, których nie rozumiałam. Inne kobiety. Różne twarze, imiona. Niektóre pisały jakby znały go od dawna. Jedna zapytała: „Kiedy znowu powiesz, że masz spotkanie po pracy?”. Druga wysłała zdjęcie z restauracji, w której nigdy ze mną nie był.

Siedziałam nieruchomo, a ekran parzył mnie w oczy. Czułam, jak drży mi ręka, ale nie przestawałam czytać. Część wiadomości miała już po kilka miesięcy. Jedna z kobiet pojawiała się wyjątkowo często. Regularnie. Intymnie. Usłyszałam szum wody. Wstałam, zamknęłam laptop, położyłam się z powrotem. Gdy wrócił, pocałował mnie w czoło, jak zawsze. Nie odwzajemniłam. Nie powiedziałam nic. Tej nocy nie chciałam konfrontacji. Chciałam zrozumieć, ile jeszcze jestem w stanie znieść.

Teraz liczę na twoją szczerość

To była sobota. O siódmej rano usiadłam przy kuchennym stole z filiżanką czarnej kawy i czekałam, aż wstanie. Nie spałam całą noc. Myślałam, kalkulowałam, analizowałam. W końcu zrozumiałam, że nie chodzi tylko o niego. Że ja też mam coś na sumieniu. Wszedł zaspany, z potarganymi włosami i spojrzał na mnie zdziwiony.

Coś się stało? – zapytał, ziewając.

Wskazałam na krzesło naprzeciwko. Usiadł.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho.

Nie zaprzeczał. Może wyczuł, że wiem. A może był już zmęczony kłamstwami. Zaczęłam ja. Powiedziałam mu o pieniądzach. O tajnym koncie, o odkładaniu od lat, o kłamstwach, które pielęgnowałam jak ogródek na balkonie.

– Po co? – zapytał bez emocji.

– Na wszelki wypadek – odpowiedziałam. – Gdybym kiedyś musiała odejść. Albo gdybyś ty odszedł. Teraz liczę na twoją szczerość.

Siedział cicho przez chwilę, a potem opuścił głowę.

– Pewnie i tak już wszystko wiesz – wymamrotał.

– Chcę to usłyszeć z twoich ust – odparłam.

I powiedział. O jednej z nich. O tym, że „to się jakoś samo zaczęło”. Że „nigdy nic nie planował”. I że „nie potrafił przestać”. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwoje ludzi, którzy właśnie przyznali się do zdrady. Do egoizmu. Do życia obok, nie razem. Wtedy już wiedziałam, że żadne z nas nie było niewinne. I że żadne z nas nie wiedziało, co dalej.

Samotność nie boli tak bardzo, jak ciągłe udawanie

Minęły trzy tygodnie od tamtej rozmowy. Spaliśmy w osobnych pokojach, nie pytaliśmy się nawzajem, dokąd wychodzimy ani o której wrócimy. Byliśmy jak współlokatorzy, którzy niechcący wynajęli mieszkanie razem. Dni mijały w ciszy, a wieczory w chłodnym milczeniu. Żadne z nas nie poruszało tematu rozwodu. Jakbyśmy bali się, że wypowiedzenie tego słowa sprawi, że wszystko rozpadnie się naprawdę. Pieniądze na koncie rosły. Nikt ich nie ruszał. Jego telefon nadal czasem pikał późnym wieczorem, ale przestałam zaglądać. Nie dlatego, że mu ufałam. Po prostu już nie chciałam wiedzieć więcej. Już wystarczyło.

Pewnego ranka spakowałam jedną walizkę. Włożyłam do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Nie powiedziałam, że odchodzę. Po prostu zostawiłam klucze na stole, obok filiżanki z niedopitą herbatą. Nie zostawiłam żadnego listu. Uważałam, że po tylu latach każdy powinien już wiedzieć, co zrobił nie tak. Wynajęłam małe mieszkanie na obrzeżach miasta. Było cicho, spokojnie. Wieczorami siadałam na balkonie z kocem i herbatą, licząc przejeżdżające samochody. Zrozumiałam, że samotność nie boli tak bardzo, jak ciągłe udawanie. Że czasem lepiej mieć swoje pieniądze, swój pokój i własne światło nad łóżkiem, niż dzielić życie z kimś, kto już dawno z niego wyszedł, tylko zapomniał zamknąć za sobą drzwi. Nie wiem, czy on żałował. Może tak. Może nie. Ja też nie byłam bez winy. Ale przynajmniej w końcu wiedziałam, kim jestem bez niego.

Justyna, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama