Reklama

Mam 32 lata i przez większość mojego życia byłam tylko czyimś tłem. To nie żart – nawet na wspólnych zdjęciach rodzinnych czy z pracy stałam zawsze gdzieś z boku. Albo za kimś. Albo wcale mnie nie było. Tak jakby inni po prostu mnie nie zauważali. Taka cicha, spokojna, zawsze z tym samym pudełkiem na lunch. Szara. Sama ze sobą.

Reklama

Rano – tramwaj. Biuro. Wykresy i tabele. Czasem herbata z automatu. Potem dom. Książka. Sen. Powtórz. Nie miałam przyjaciółek, do których można napisać w środku nocy. Nie miałam psa ani kota. Czasem dzwoniła Ola – moja starsza siostra – ale to nie były rozmowy, to były tematy do odhaczenia.

„Mama ci mówiła o ubezpieczeniu?”. „Masz umowę na czas nieokreślony?”. „A robisz coś, żeby nie być taka samotna?”.

Zawsze taka sama. Ola – ta, która wie wszystko. Ja – ta, która boi się odpowiedzieć. Czy tak miało być już zawsze?

Zostałam milionerką

Tamten dzień był jak każdy. Padał deszcz, a ja jak idiotka nie wzięłam parasola. Przemoczona do suchej nitki, wstąpiłam na stację benzynową po coś ciepłego do picia. Herbata malinowa z syropem. I guma do żucia. I los na loterię.

Tak. Los. Taki pomarańczowy, za dychę. Nie wiem, dlaczego go kupiłam. Może dlatego, że pani za kasą się uśmiechnęła. Tak szczerze. I powiedziała:

– To może pani dzisiaj szczęście dopisze?

Pierwszy raz od miesięcy ktoś powiedział do mnie coś miłego. Uśmiechnęłam się, skinęłam głową. Guma, herbata, los. Wieczorem sprawdziłam wyniki. I myślałam, że śnię. 3 miliony. Trzy. Miliony. Złotych. Zaczęłam się trząść. Usiadłam na podłodze. Patrzyłam w ekran i powtarzałam:

– To jakiś błąd. Przecież to się nie dzieje naprawdę. To niemożliwe.

Ale się działo. Pieniądze były moje. Byłam milionerką. Ja. Klaudia z ostatniego rzędu, która nigdy nie mówiła na głos „dziękuję” ekspedientkom, bo bała się, że źle to zabrzmi. I wtedy nagle... wszyscy zaczęli mnie zauważać.

W końcu ktoś mnie dostrzegł

Na początku nie mówiłam nikomu. Nie chciałam. Bałam się, że jak powiem, to wszystko się rozmyje jak sen. Jak bańka mydlana. Chodziłam do pracy, jak gdyby nigdy nic, trzymając w kieszeni informację, która zmieniała wszystko. Trzy miliony.

Ale nie dało się tego ukrywać zbyt długo. W końcu powiedziałam Oli. Trochę, żeby się wygadać, trochę, żeby zobaczyć jej reakcję. Zadzwoniłam wieczorem, kiedy zazwyczaj była już po siłowni, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni i serialem lecącym w tle.

– Ola? Mam coś ważnego.

– Co? – rzuciła zniecierpliwiona, jakby to był kolejny raport do sprawdzenia.

Wygrałam w totka. Trzy miliony.

Przez kilka sekund było tylko milczenie. Pomyślałam nawet, że się rozłączyła. Ale nie – po chwili jej głos zrobił się jakiś inny. Cieplejszy. Prawie serdeczny.

– O kurczę, Klaudia… serio? To niesamowite. To może wpadniesz do mnie? Pogadamy. Weź jakieś dobre prosecco, co?

Zgodziłam się. Bo Ola mnie zaprosiła. Po raz pierwszy od… nie pamiętam kiedy. I nie chodziło o święta ani pogrzeb.

To był mój czas

Kilka dni później napisała do mnie Sandra. Kiedyś moja najlepsza przyjaciółka, z która później urwał mi się kontakt. Właściwie ona go urwała. Po prostu któregoś dnia przestała odbierać i odpowiadać na moje wiadomości.

„Klaudia! Boże, jak się cieszę! Zobaczyłam cię w internecie. Podobno dużo wygrałaś. Masz chwilę na kawę? Chciałabym się spotkać. Pogadać. Przepraszam za tamto kiedyś. Głupia byłam” – pisała.

Nie odpisałam od razu. Przeczytałam wiadomość kilka razy. Serce waliło mi jak szalone. Sandra. Wraca, bo wygrałam.

Zgodziłam się. Oczywiście, że się zgodziłam. Jeszcze tego samego dnia zarezerwowałam stolik w kawiarni, którą znałam z Instagrama, ale nigdy nie miałam odwagi do niej wejść. Miała marmurowe stoliki i złote lampki nad głową. Sandra przyszła w obcisłych dżinsach i grubym swetrze. Zachowywała się tak, jakbyśmy się widywały co tydzień.

– Zawsze byłaś taka… cicha. Ale dobra. Wiesz, czasem trzeba zrozumieć coś dopiero po czasie.

Kiwnęłam głową. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Ale czułam, że ktoś w końcu mnie dostrzega i chce ze mną spędzać czas.

W weekend zadzwonił Rafał, kolega z podstawówki. Zawsze był jednym z „tych fajnych”, do których się wzdychało w sekrecie. Miał uśmiech, przez który miękły dziewczynom kolana, i styl bycia, który sprawiał, że nawet nauczyciele mu wybaczali spóźnienia. Teraz odezwał się do mnie.

– Hej, Klaudia! Wow, wygrałaś trzy bańki? Szok. Gratulacje! Pamiętasz mnie? Rafał z 6B?

Pamiętałam. Nie zapomniałam nigdy. Zaproponował spotkanie. „Na luzie, pogadamy, powspominamy”. I znów się zgodziłam. Bo czemu nie? Może wreszcie to był mój czas.

Wreszcie czułam się kimś

Zaczęło się. Ludzie, których nie widziałam od lat, zaczęli się odzywać. Ciocia Renata, która po śmierci mamy zniknęła bez słowa, nagle napisała SMS-a: „Klaudio, bardzo za Tobą tęsknię. Musimy się zobaczyć. Rodzina to rodzina”. Nie miałam już wątpliwości. Coś się zmieniło. Nie ja. Mój status.

Ale wtedy jeszcze nie zadawałam sobie zbyt wielu pytań. Byłam zbyt zajęta byciem częścią świata, który przez tyle lat się przede mną zamykał. Wreszcie ktoś do mnie pisał, ktoś dzwonił, ktoś mnie zapraszał. Wreszcie nie byłam tłem. Wreszcie byłam kimś. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Zaczęłam kupować prezenty. Na początku – z radości. Ola zawsze lubiła dobre perfumy, więc kupiłam jej te z górnej półki. Uśmiechnęła się, przytuliła mnie nawet. „Zawsze wiedziałam, że jesteś cudowna” – powiedziała.

Sandrze podarowałam elegancki portfel. Rafałowi – smartwatcha. „Nie trzeba było!” – rzucił z szerokim uśmiechem, ale prezent przyjął.

Na początku to było przyjemne. Czułam, że jestem komuś potrzebna, że jestem lubiana. Że daję ludziom coś, czego potrzebują. Że wreszcie nie jestem ciężarem, ale wartością.

Ale potem… zaczęli mówić coraz mniej o mnie. A coraz więcej o tym, co „fajnie by było”.

– Może wpadniemy do SPA? Znasz jakieś dobre miejsce, Klaudia? – zapytała Sandra.

– Hej, może mogłabyś pożyczyć mi parę stówek? Wypadła mi niespodziewana naprawa auta – napisał Rafał.

Ola podsunęła mi pod nos papiery. Kredyt na jej mieszkanie. „Nie podpisuj, jeśli nie chcesz – ale jesteś w takiej dobrej sytuacji…”.

Zaczęło mnie ściskać w brzuchu. Ale nie mówiłam nic. Uśmiechałam się, płaciłam, przelewałam. Bo przecież… kochali mnie, prawda?

Otaczałą mnie cisza

Pieniądze się kończyły. Nawet nie wiedziałam, kiedy. Nie było wielkich zakupów ani willi z basenem. Po prostu… wszystko się rozeszło. Tu parę tysięcy, tam dziesięć. Prezent, wakacje, „pomoc”. Na koncie została resztka. Mniej niż trzydzieści tysięcy. I nagle świat znowu zamilkł.

Zadzwoniłam do Oli. Chciałam tylko pogadać.

– Nie mam teraz czasu – powiedziała krótko. – I wiesz co? Nie mogę wiecznie słuchać twoich żali. Sama to sobie zrobiłaś.

Potem mnie zablokowała. Po prostu.

Napisałam do Rafała. „Może kawa? Chodźmy pogadać”. Nie odpisał. Wiadomość wyświetlona.

Próbowałam do Sandry – „Brakuje mi cię”. Odpowiedź: „Zadzwoń jutro”. Zadzwoniłam. Nie odebrała.

Siedziałam przy oknie. Telefon był jak martwy. Messenger pusty. Jeszcze miesiąc temu miałam tylu „bliskich”. Teraz otaczała mnie tylko cisza.

Nie próbowałam już dzwonić. Po prostu wyszłam z domu. Bez planu. Chodziłam po miejscach, które kiedyś wydawały mi się piękne. Park z ławkami, na których kiedyś śmiałam się z Sandrą. Plac zabaw, gdzie kiedyś Rafał kupił mi lody i powiedział, że mam piękny uśmiech. Ulica, gdzie pierwszy raz spotkałam ciocię Renatę po latach – wtedy trzymała mnie za rękę i mówiła, że „rodzina to rodzina”. Teraz te miejsca były inne. Puste. Jakby się wypaliły.

Zostałam z niczym

W parku usiadłam na ławce. Obok była starsza kobieta z reklamówką i termosikiem. Nie patrzyła na mnie, ale odezwała się nagle, jakby wiedziała, że potrzebuję wsparcia.

– Wie pani… jak człowiek ma coś, czego inni chcą, to nigdy nie wie, czy oni chcą tego… czy jego.

Spojrzałam na nią. Miałam wrażenie, że wie o mnie wszystko.

Ja już nic nie mam – wyszeptałam.

– To dobrze – odpowiedziała. – Teraz może pani sprawdzić, kto zostanie.

Wieczorem zrobiłam herbatę i usiadłam z notesem. Od lat nic nie pisałam. Ale ręka sama zaczęła się poruszać. Najpierw kilka słów. Potem zdania. Myśli, które się bały wyjść. Uczucia, które dusiłam gdzieś głęboko w sobie.

Zaczęłam pisać dziennik. Na początku tylko jedno pytanie: „Kim jestem, gdy nikt niczego ode mnie nie chce?”. Nie znałam odpowiedzi. Ale postanowiłam jej poszukać.

Chciałam pokochać siebie

Napisałam list do Oli. Długi. Nie po to, żeby próbować coś naprawić. I nie po to, żeby coś odzyskać. Raczej, żeby w końcu mi ulżyło. Przypomniałam jej, jak kiedyś płakałam w nocy po kłótni z mamą, a ona weszła do mojego pokoju i położyła obok mnie misia. Nie powiedziała ani słowa. Po prostu była.

Napisałam: „Chciałabym, żebyś znowu była. Ale nie zamierzam cię błagać”. Wysłałam maila. Nie liczyłam na odpowiedź.

Napisałam też krótkie wiadomości do Sandry i Rafała. Nie były złośliwe. Ani oskarżające. Po prostu napisałam: „Dziękuję, że byłeś. Nawet jeśli nie na serio. Ja traktowałam to poważnie”. Nie odpowiedzieli. Nie musieli.

Pisałam dziennik codziennie. Coraz rzadziej o innych, a coraz częściej o sobie. O tym, jak lubię zapach świeżego chleba. O tym, że mam słabość do starych map. O tym, że jak byłam mała, chciałam mieć sklepik z pocztówkami. Z każdym dniem poznawałam siebie, jakby po raz pierwszy. Bez lustra. Bez świadków.

W końcu zapisałam w notesie jedno zdanie: „Nie wiem, czy ktoś mnie kiedyś naprawdę kochał. Ale ja bym chciała spróbować pokochać siebie”. I rozpłakałam się. To były oczyszczające łzy.

To była cenna lekcja

Nie odzyskałam tych ludzi. I już nie próbuję. Ola nie odpisała na maila. Rafał chyba nawet nie przeczytał wiadomości. Sandra – cóż, może znów zapomniała, że kiedyś istniałyśmy. I to boli. Ale tylko czasem. Coraz rzadziej.

Nie mam już pieniędzy. Zostało tyle, co zawsze. Ale teraz nie udaję, że jestem kimś innym. Już nie gram w „ciekawą osobę”. Nie muszę.

Zaczęłam chodzić na spacery o świcie. Miasto wtedy jest ciche, jak ja. I może właśnie dlatego tak mi dobrze. Lubię te chwile, kiedy nikt na mnie nie patrzy.

Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym nie wygrała. Może dalej siedziałabym cicho w biurze, podawała kawę, dziękowała zbyt nieśmiało. Ale nie byłabym sobą. Nie tą sobą, którą teraz znam.

Bo prawda jest taka: czasem musisz dać się oszukać, żeby przestać się oszukiwać. Czasem musisz stracić ludzi, żeby usłyszeć własne myśli. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś komuś zaufam. Ale jedno wiem na pewno: nigdy więcej nie dam się pokochać za to, kim nie jestem.

Reklama

Klaudia, 34 lata

Reklama
Reklama
Reklama