Reklama

Każdego roku powtarzałam sobie, że te święta będą spokojne. Bez nerwów, bez dramatów, bez kuchennego maratonu. Marzyłam o ciszy, o książce czytanej pod kocem i herbacie, która nie stygnie, zanim zdążę ją wypić. Święty spokój – tylko tego pragnęłam. Oczywiście mojej rodzinie to nie wystarczało. Zrobili po swojemu. Nikt nie zapytał, co ja chcę. A może pytali, tylko nie słuchali odpowiedzi. Tak czy inaczej, zapamiętam te święta do końca życia. Nie przez magię czy wzruszenie. Raczej przez chaos, łzy i kilka zaskakujących odkryć.

Nie miałam siły na ten cały teatr

O tym, że coś będzie nie tak, wiedziałam już na początku grudnia, gdy na rodzinnej grupie mama napisała: „W tym roku wszyscy u ciebie, jak zawsze!”. Tyle że ja nie pamiętam, żebyśmy się na to umawiali. Owszem, bywało, że święta wypadały u mnie, ale żeby od razu zawsze? Miałam ochotę odpisać coś kąśliwego, ale tylko kliknęłam emotkę z kciukiem. Zresztą, nawet gdybym się buntowała i tak by mnie przegłosowali. Od tamtej wiadomości zapanowała świąteczna mobilizacja. A właściwie – mobilizacja całej rodziny oprócz mnie. Bo wszyscy zakładali, że ja się wszystkim zajmę. „My przyjedziemy wcześniej, pomożemy z pierogami”, pisała siostra. A to, że w zeszłym roku „pomoc” polegała na tym, że zlepiła trzy uszka, a potem zniknęła na trzy godziny, bo „bolała ją głowa”, to już szczegół.

– W tym roku zamawiam gotowe – powiedziałam mężowi, kiedy rozplątywałam światełka na choinkę.

– Naprawdę? – zapytał z autentycznym zaskoczeniem, jakby to była najbardziej rewolucyjna decyzja świata.

– Tak. Nie będę spędzać trzech dni przy garach. Chcę odpocząć. Pracuję cały rok. Mam prawo nie mieć siły na świąteczny teatr.

Pokiwał głową, ale nie powiedział nic więcej. A ja wiedziałam, że jego milczenie oznacza tylko jedno, że nie poprze mnie, gdy przyjdzie co do czego. Szkoda. Liczyłam, że przynajmniej on mnie zrozumie.

Goście pojawili się dzień wcześniej

Dzień przed Wigilią miałam już wszystko zaplanowane. Barszcz z torebki, pierogi od pani Zosi z bazarku, kutia kupna – bo nikt jej i tak nie je – i makowiec z cukierni, który był tak słodki, że zatykało po drugim kęsie. I bardzo dobrze. Mniej roboty, więcej ciszy. Marzyłam, że może uda mi się nawet usiąść z książką, ale o osiemnastej zadzwonił domofon. I to nie raz. Trzy długie dźwięki, jakby ktoś uciekał przed pożarem.

– Spodziewasz się kogoś? – zapytał mąż z kuchni.

– Nie. Wszystko ma być jutro.

Podeszłam do domofonu. I wtedy usłyszałam ten głos.

– Cześć, my już jesteśmy! Zrobiliśmy wam niespodziankę!

To była moja kuzynka Ewelina. Z mężem. I dwójką dzieci.

Zesztywniałam.

– Dzisiaj? Ale przecież… Wigilia jest jutro...

– No wiem, ale stwierdziliśmy, że skoro mamy tyle kilometrów, to przyjedziemy dzień wcześniej. I posiedzimy. Tak po prostu. Przecież się ucieszycie, co nie?

Nie, nie ucieszyliśmy się. A przynajmniej ja nie. Mój mąż otworzył im drzwi i udawał, że się cieszy, że tyle śniegu, że dzieci takie duże, że super, że są. Ja poszłam do kuchni i zaczęłam nerwowo wyciągać talerze.

– To chyba trzeba zrobić herbatę – mruknęłam sama do siebie, próbując nie krzyczeć.

Wiedziałam już, że te święta nie będą spokojne.

Miałam tego dosyć

Wigilia od rana była jednym wielkim chaosem. Dzieci Eweliny już od szóstej biegały po mieszkaniu, włączając bajki na pełen regulator. Mój mąż stwierdził, że „skoczy po świeże bułki”, po czym zniknął na dwie godziny. A ja krążyłam między kuchnią a salonem, próbując ogarnąć stół, choinkę, pierogi, które jednak trzeba było podsmażyć i zupę grzybową, którą kuzynka poprosiła „koniecznie domową, bo dzieci nie lubią barszczu z torebki”. Stałam przy garnku, mieszając grzyby i czułam, jak zaciska mi się gardło. Przecież miałam nic nie gotować. Miałam usiąść, wypić kawę, może zadzwonić do przyjaciółki. Tymczasem obierałam marchewki i modliłam się, żeby nikt nie zauważył, że zaraz się rozpłaczę.

– Co ty robisz tę zupę jak na stypę? – zaśmiała się Ewelina, zaglądając do garnka. – Dodaj śmietany, będzie weselej!

– Może wystarczy tej zupy w ogóle – powiedziałam, odkładając łyżkę. – Może byś ty coś zrobiła?

– Ojej, nie denerwuj się. Przecież tylko pytam.

Nie odpowiedziałam. Poszłam do łazienki, zamknęłam drzwi i pozwoliłam sobie na kilka minut płaczu. Ale nie takiego filmowego, cichego, eleganckiego. Tylko tego prawdziwego, z zasmarkanym nosem i drżącą brodą. Mąż zapukał po chwili.

– Wszystko w porządku?

Jasne. Święta przecież – powiedziałam, wycierając twarz papierem toaletowym.

Byłam zmęczona. I zła na siebie, że znowu dałam się w to wciągnąć.

Czułam się jak obserwatorka

Po południu przyjechali kolejni goście. Rodzice, teściowa, siostra z nowym chłopakiem, który pachniał tak intensywnie wodą kolońską, że kot uciekł do sypialni. W mieszkaniu zrobiło się ciasno, gorąco i głośno. Dzieci biegały między nogami dorosłych, ktoś potknął się o kabel od czajnika, a moja mama uznała, że powinna „na szybko” poprawić układ serwetek na stole.

– Bo tak będzie ładniej – tłumaczyła z tym swoim tonem, który oznaczał: „Ty oczywiście tego nie widzisz”.

Wszyscy udawali, że wszystko jest cudownie. Tylko ja miałam ochotę schować się w szafie. A może i schowałam się na moment, idąc niby po papier do prezentów. Usiadłam w sypialni i przez chwilę słuchałam tego gwaru zza drzwi. Jakbym była obserwatorką we własnym domu, ale przecież przyszła pora na prezenty. Dzieci piszczały z radości, Ewelina wręczyła mi zestaw do robienia domowych przetworów („bo mówiłaś, że lubisz mieć wszystko pod kontrolą”), a teściowa po raz kolejny podarowała mi krem przeciwzmarszczkowy.

– No co? Porządny i praktyczny – dodała, jakby to miało coś zmienić.

Mój mąż wręczył mi małe pudełko. Serce mi zadrżało, bo na chwilę uwierzyłam, że może jednak mnie zaskoczył. W środku był… zegarek kuchenny. W kształcie kurczaka. Z piskiem. Uśmiechnęłam się sztucznie i podziękowałam. Nie było sensu robić sceny. W końcu były święta.

W końcu nie wytrzymałam

Kolacja wigilijna skończyła się tuż po dwudziestej drugiej. Goście wciąż siedzieli, jedli makowiec i popijali kompotem z suszu, a ja siedziałam na końcu stołu z miną kogoś, kto siedzi tu za karę. Miałam nadzieję, że zaraz ktoś się podniesie, powie: „to my już lecimy”, ale nie. Ewelina nawet przebrała dzieci w piżamki i zapytała:

– Gdzie możemy ich położyć, bo są już padnięte?

Spojrzałam na nią bez słowa. A potem zerwałam się od stołu.

– Przepraszam wszystkich, ale ja już kończę na dziś. Idę się położyć.

– Jak to? – mama spojrzała na mnie jak na wariatkę. – Przecież jeszcze nie było kolędowania!

– A może jeszcze Jasełka? – rzuciłam z goryczą. – Jestem zmęczona. I mam dość.

– O co ci chodzi? – zapytał mój mąż, podnosząc brwi.

– O wszystko. O to, że nikt mnie nie słucha. Że co roku robię święta dla was wszystkich, chociaż mówiłam, że nie chcę. Że zamiast spokoju dostaję zegar-kurczaka i krem na zmarszczki. I że wy jeszcze macie czelność udawać, że to wszystko jest normalne.

Zapadła cisza. Dzieci patrzyły na mnie z otwartymi ustami. Mama chrząknęła, jakby chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła. Siostra sięgnęła po pierniczka, udając, że nie słyszy. Odwróciłam się i wyszłam do sypialni. Po raz pierwszy od tygodni poczułam ulgę.

Wreszcie miałam swój święty spokój

Obudziłam się o siódmej. Przez chwilę miałam nadzieję, że to był tylko zły sen, ale nie – z kuchni dochodziły szepty, ktoś mył naczynia, w salonie brzdąkały już bajki. Podeszłam do drzwi i nasłuchiwałam. Mama mówiła coś o mnie do Eweliny, szeptem, ale wystarczająco głośno, bym mogła usłyszeć.

Nigdy jej nic nie pasuje. Taka męczennica, wszystko musi być po jej myśli. Zawsze miała trudny charakter.

Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Czułam, że jeśli teraz wyjdę i wybuchnę, to już nie będzie odwrotu. Ale tym razem postanowiłam inaczej. Włożyłam dres, spakowałam szczoteczkę do zębów i jedną książkę. Weszłam do kuchni, spokojnie, bez słowa, i wręczyłam mężowi kartkę.

– Jadę do Moniki. Spędzę u niej dwa dni. Ty się zajmij rodziną.

– Co? – zapytał, wciąż w piżamie, z kubkiem kawy w ręku. – Ale... Wigilia…

– Wigilia była wczoraj. Dzisiaj zaczynam świętować ja. A moim prezentem będzie święty spokój.

Nie czekałam na odpowiedź. Wyszłam i poczułam, jak opada ze mnie napięcie. Telefon zaczął dzwonić po dziesięciu minutach, ale nie odebrałam. Przez dwa dni byłam offline. Jadłam pizzę, piłam gorącą czekoladę, oglądałam głupie komedie z Moniką i śmiałam się do łez. Nie wszystko da się zapakować w papier i wstążkę. Ale święty spokój – jeśli się go wywalczy – może być najpiękniejszym prezentem.

Iwona, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama