„Jestem mężatką, ale mój luby nie chce mieszkać pod jednym dachem. Żyjemy jak znajomi, którzy wpadają do siebie na kawę”
„Prawda była bardziej przykra – żyliśmy z Arturem jak studenci w wynajmowanych pokojach, widywaliśmy się raz na kilka dni, bez wspólnych planów, bez codzienności. Dla niego to było normalne, dla mnie bolesne. Marzyłam o normalnej rodzinie i stabilizacji. On przychodził, wychodził i nawet nie zauważał, że ja przez cały ten czas czekałam. Dziś już wiem, że nie tak wygląda miłość”.

- Redakcja
Kiedy mówiłam koleżankom, że jestem mężatką, często dziwiły się, że nigdy nie widziały mnie z partnerem. Wtedy tylko się uśmiechałam i mówiłam, że mój mąż dużo pracuje. Prawda była bardziej przykra – żyliśmy z Arturem jak studenci w wynajmowanych pokojach, widywaliśmy się raz na kilka dni, bez wspólnych planów, bez codzienności. Dla niego to było normalne, dla mnie bolesne. Marzyłam o normalnej rodzinie i stabilizacji. On przychodził, wychodził i nawet nie zauważał, że ja przez cały ten czas czekałam. Dziś już wiem, że nie tak wygląda miłość.
Przecież mam ciebie
Poznałam Artura na trzecim roku studiów. Był kilka lat starszy, już po magisterce, zaczynał karierę w firmie IT. Miał wtedy urok człowieka zapracowanego, który nie ma czasu na głupoty. Taki odpowiedzialny, poukładany. Mnie imponowało, że ktoś tak konkretny w ogóle zwrócił na mnie uwagę. Zaczęliśmy się spotykać. Na początku to były spacery, kolacje i wieczory z filmem. Potem – nocne wizyty z torbą i poranne „muszę lecieć, mam spotkanie”.
Z początku mi to nie przeszkadzało. Miałam egzaminy, praktyki, swoje życie. Tyle że ono powoli się kończyło, a ja coraz częściej miałam wrażenie, że moje mieszkanie to dla niego po prostu nocleg. Jego rzeczy nigdy nie zostały na dłużej. Wszystko mieściło się w małej torbie, którą zawsze zostawiał przy drzwiach. Nawet szczoteczkę do zębów wyjmował i chował do kosmetyczki.
– Może chcesz mieć tu coś swojego? – zapytałam kiedyś nieśmiało.
– Przecież mam ciebie – uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.
Wtedy mnie to rozczuliło. Dziś wiem, że to był sygnał. On nie miał zamiaru zagrzewać u mnie miejsca na dłużej. Dla mnie to był początek czegoś poważnego. Dla niego – przystanek.
Przecież jesteśmy razem cały czas
Artur miał swoje życie. Pracę, znajomych z korporacji, wyjazdy służbowe, kolacje z klientami. Czasem coś wspominał, ale nigdy mnie nie zapraszał. Mówił, że nie chce łączyć życia prywatnego z zawodowym. Tłumaczyłam sobie, że to przez to, że jego firma jest wymagająca, że się wstydzi, że jeszcze nie jestem „tą jedyną” do pokazania. Czekałam. W weekendy bywał, czasem. Przychodził późno w piątek, zmęczony. Zasypiał przed filmem, a rano włączał komputer. Potem wychodził. Czasem mówił, że idzie na siłownię, czasem – że z kolegą na śniadanie. Nigdy nie zaproponował, żebyśmy poszli razem.
– Kiedy mnie w końcu gdzieś zabierzesz? – zapytałam raz w żartach.
– Przecież jesteśmy razem cały czas – odpowiedział i wzruszył ramionami. – Po co nam jakieś atrakcje?
Dla niego moje cztery ściany wystarczały za cały świat. A ja siedziałam w nich sama przez większość tygodnia, tęskniąc. Gdy dzwoniłam, często nie odbierał. Tłumaczył, że „wpadł w wir pracy” albo „rozładował mu się telefon”. Przyzwyczaiłam się. Czekałam, że może coś się zmieni. Może w końcu zaczniemy naprawdę być razem.
Widziałam to, jak się od siebie oddalamy
O ciąży dowiedziałam się w marcu. Pamiętam, że było jeszcze chłodno, a ja z niedowierzaniem patrzyłam na dwie kreski na teście. Siedziałam na krawędzi wanny i próbowałam sobie wyobrazić, jak Artur zareaguje. Miałam nadzieję, że to będzie ten moment, w którym coś się w nim przebudzi. Że powie: „To znak. Zakładamy rodzinę. Zamieszkamy razem. Zaczynamy naprawdę.” Nie powiedział. Patrzył na mnie długo, jakby nie rozumiał, co mówię. Potem usiadł przy stole i wyjął telefon.
– Muszę przemyśleć parę rzeczy. To... spore zaskoczenie – powiedział spokojnie.
Z jego strony nie było żadnej radości. Tylko kalkulacja. Dwa dni później przyszedł z gotowym planem: on miał robić karierę, a ja opiekować się w domu dzieckiem. O mnie nie zapytał. O to, co czuję. Jak ja widzę przyszłość naszej rodziny. Myślałam, że zostanie u mnie na noc, ale mówił, że ma jeszcze sporo spraw na głowie. A ja leżałam i płakałam w ciszy. Zamiast stać się dla niego partnerką, poczułam się jak dodatek do jego planów. Coraz bardziej widziałam to, jak się od siebie oddalamy.
Każdy gest miłości wydawał się wyważony
Po kilku miesiącach wynajęliśmy razem mieszkanie. To miało być nasz wspólny start, moment, w którym poczujemy się jak prawdziwa rodzina. Mimo to codzienność szybko uświadomiła mi, że nasze życie wciąż toczy się równoległymi torami. Artur rano znikał do pracy, wracał późno, czasem z lekkim uśmiechem, czasem w milczeniu. Ja zostawałam sama, myśląc o naszej przyszłości. Każdy mój krok był starannie wyważony – kiedy odpoczywać, kiedy posprzątać, kiedy gotować, a kiedy po prostu czekać, aż on pojawi się na kilka godzin.
– Przyniosłem coś do jedzenia – rzucił raz, stawiając torbę z fast foodem na stole.
Przyjęłam to z wymuszonym uśmiechem, chociaż serce mnie bolało. To nie był styl życia, o którym marzyłam. Chciałam porannych rozmów przy kawie, spacerów po parku, wspólnych zakupów. Chciałam, żeby dziecko czuło, że mamy dom pełen obecności, ciepła i zainteresowania. Zamiast tego były tylko sporadyczne spotkania, nocne rozmowy przez telefon, krótkie weekendy, które zawsze kończyły się jego powrotem do własnego świata. Czułam, że samotność w tym mieszkaniu jest gęsta jak powietrze przed burzą. Artur był fizycznie obok, ale emocjonalnie gdzieś daleko. Każdy gest miłości wydawał się wyważony, planowany, a ja pragnęłam spontaniczności, której nigdy nie otrzymałam.
Ja nauczyłam się samotności w duecie
Minęły kolejne miesiące. Ja byłam skupiona na ciąży, a Artur był zajęty swoją pracą, planami zawodowymi, weekendami z kolegami. Czasem wpadł na kilka godzin, zawsze z walizką, jakby przychodził do hotelu. Ja starałam się zachować spokój, choć w środku paliło mnie poczucie osamotnienia i zawiedzione marzenia o wspólnej rodzinie.
– Chcesz, żebym coś przyniósł ze sklepu? – zapytał raz wieczorem, stawiając torbę z gotowym jedzeniem.
– Nie trzeba – odpowiedziałam cicho, żeby nie poczuł winy, że mnie zostawia samą.
Chciałam, żeby w naszym mieszkaniu było choć trochę życia, rozmów o przyszłości, planów. On widział tylko codzienną rutynę, obowiązki, które ja starałam się ogarnąć sama. Kiedy próbowałam poruszyć temat rodziny, zamykał się w krótkich zdaniach, które więcej mówiły o dystansie niż o uczuciach. Nie pamiętam, kiedy poczułam, że jest za późno. Może wtedy, gdy po raz kolejny wyszedł, zostawiając mnie przy włączonym telewizorze, a ja patrzyłam na pusty fotel naprzeciwko. Chciałam, żeby trzymał mnie za rękę, żeby opowiadał o swoich dniach, żebyśmy razem wybierali ubranka dla naszego dziecka. On się niczym nie interesował. A ja nauczyłam się samotności w duecie.
Miłość nie zawsze łączy w pary
Kiedy nadszedł dzień porodu, Artur był przy mnie przez chwilę, ale zaraz wyszedł do pracy, zostawiając mnie w szpitalnym pokoju z dzieckiem na rękach. Patrzyłam na malutką główkę, na delikatne rączki, i czułam jednocześnie ogromną radość i pustkę. To dziecko było moim cudem, moją nadzieją, ale także dowodem na to, że wciąż byłam sama w związku, który pozornie wyglądał normalnie.
W nocy, gdy wszyscy spali, tuliłam córkę i szeptałam do niej o marzeniach, które miałam o rodzinie. Wyobrażałam sobie wspólne śniadania, spacery, rozmowy przy kawie, a potem patrzyłam na pusty fotel obok łóżka. Artur pojawiał się na krótkie momenty, jakby bał się zaangażować. Był obok fizycznie, ale emocjonalnie nigdy nie był częścią mojego świata ani świata dziecka.
Czasami myślę, że nauczyłam się samotności w duecie. Umiejętności, której nie chciałam, a która stała się częścią mojego życia. Nauczyłam się kochać dziecko sama, podejmować decyzje, które normalnie należałyby do obojga, i radzić sobie z codziennością, kiedy druga osoba jest jedynie przelotnym gościem w naszym życiu.
Córka rośnie, a ja wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia zrozumie, jak wiele siły wymagało wychowywanie jej w samotności obok kogoś, kto nigdy naprawdę nie był obecny. Ta lekcja nauczyła mnie, że miłość nie zawsze łączy w pary i że czasem najważniejsze jest odnaleźć własną siłę, nawet jeśli obok jest ktoś, kto teoretycznie powinien być twoim wsparciem.
Maria, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie miały nas zbliżyć, a tylko się kłóciliśmy. Jedno pytanie zadane mężowi sprawiło, że wracaliśmy osobno”
- „Żona mnie nie rozumiała, więc zacząłem się rozglądać na boki. Szybko tego pożałowałem”
- „Mój mąż przyznał się do zdrady i myśli, że ujdzie mu to płazem. Nie zwlekałam i szybko wyrównałam rachunki”