Reklama

Od śmierci Stefana minęło już siedem lat, ale każdy dzień wyglądał tak samo. Poranek cichy, śniadanie bez pośpiechu, później trochę radia, krzyżówka. Gotowałam z przyzwyczajenia, choć rzadko miałam na coś ochotę. Czas płynął powoli, a ja nawet nie próbowałam go dogonić.

Namawiała mnie

Coraz rzadziej wychodziłam z domu, nie licząc sklepu albo apteki. Spacerowałam tylko wtedy, gdy musiałam – na przykład kiedy skoczyło mi ciśnienie i lekarz kazał się ruszać. Zresztą… po co miałam dokądkolwiek iść? Nikogo nie znałam, nikt nie czekał. Nawet sąsiedzi już inni – młodzi, mijali mnie na klatce, nawet nie mówili dzień dobry.

Moja córka Ania nie dawała mi spokoju. Ciągle z czymś przychodziła – a to zaproszenie na wykład, a to bilety do kina, a to joga dla emerytek. Kręciłam głową, mówiłam, że nie mam ochoty. Ona się nie zrażała. Uśmiechała się i mówiła, że nie chce, żebym zgasła tak do końca, że powinnam jeszcze coś przeżyć. Aż któregoś dnia przyszła z czymś nowym.

– Mamo, za tydzień jest bal dla seniorów. Taki z muzyką, tańcami, ciasteczkami. Pójdź chociaż na chwilę, dobrze?

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Dziecko, ja jestem już za stara na takie rzeczy – odpowiedziałam cicho.

– Chociaż spróbuj. Zrobisz to dla mnie? – zapytała, patrząc mi prosto w oczy.

Nie chciałam iść

Nie mogłam jej odmówić i poszłam. Bal miał się odbyć w domu kultury. Trochę zniszczona elewacja, wysokie okna, ciężkie drzwi z mosiężną klamką. Kiedyś chodziło się tu na przedstawienia, potem z dziećmi na mikołajki, a jeszcze wcześniej – z mężem na potańcówki. Teraz wszystko wydawało się mniejsze, jakby świat się skurczył, a ja razem z nim.

W środku było ciepło. Sala udekorowana była girlandami z bibuły, kolorowe światła odbijały się od okien. W kącie ustawiono głośnik, z którego płynęła muzyka. Ludzie rozmawiali, tańczyli. Panie w kolorowych sukienkach, panowie w koszulach i marynarkach. Usiadłam przy jednym ze stolików ustawionych pod ścianą.

Siedziałam sztywno, z torebką na kolanach, obserwując. Miałam ochotę się wycofać, wyjść po cichu, wrócić do siebie, do spokoju i znajomych odgłosów mieszkania. Nikt mnie tu nie znał, nikt nie czekał, nikt nie zauważyłby, że mnie nie ma, ale siedziałam, bo obiecałam córce, że spróbuję.

Nikogo nie znałam

Wtedy go zauważyłam. Starszy pan, wysoki, lekko zgarbiony, ale poruszał się z jakąś lekkością. Tańczył najpierw z jedną panią, potem z drugą. Czasem się śmiał, czasem coś mówił, i wyglądało to wszystko naturalnie, jakby naprawdę czerpał z tego radość. Usiadł przy sąsiednim stoliku, a po chwili podniósł się i ruszył w moją stronę. Od razu wiedziałam, że idzie do mnie. Serce mi zadrżało. Odruchem poprawiłam apaszkę.

– Może zatańczymy? – zapytał spokojnym głosem.

– Och, chyba już nie potrafię… – powiedziałam, chcąc się uśmiechnąć, ale wyszedł mi raczej skrzywiony grymas.

– To tylko kilka kroków. Zawsze można przypomnieć sobie, jak się cieszyć – odpowiedział, nie ustępując.

Nie wiem, co mnie podkusiło. Może jego spojrzenie, może to, że nie czułam w nim litości. Ostrożnie wstałam, podparłam się o stół, wyprostowałam. Początek był niezgrabny. Szłam niepewnie, sztywno, on prowadził łagodnie, cierpliwie. Muzyka była prosta, powolna. Nagle poczułam, że się uśmiecham. Dawno się tak nie bawiłam.

Był szarmancki

Po tańcu usiedliśmy przy tym samym stoliku, przy którym wcześniej siedziałam sama. Nagle wszystko wydawało się mniej przytłaczające. On usiadł naprzeciwko mnie. Z bliska wyglądał na niewiele starszego ode mnie. Miał wyraźne brwi i ciepłe, lekko rozbawione spojrzenie.

– Józef – powiedział, podając mi dłoń.

– Helena.

Przez chwilę milczeliśmy, jakby oboje potrzebowali złapać oddech. Potem zaczęliśmy rozmawiać – o muzyce, która leciała z głośników, o starych piosenkach, o dawnych zabawach. Okazało się, że znał te same melodie, co ja i kiedyś też tańczył z żoną.

– Zmarła dziesięć lat temu – powiedział cicho.

Nie trzeba było więcej słów. Ja też powiedziałam o Stefanie – że byliśmy razem czterdzieści dwa lata, że wszystko robiliśmy we dwoje, że trudno się po czymś takim nauczyć oddychać samemu. To nie była rozmowa dwojga ludzi, którzy próbują się przypodobać, to było bardziej jak zdejmowanie płaszcza, który nosiło się zbyt długo. Każde zdanie było małym odsłonięciem – niektóre ciepłe, inne kruche, ale rozmowa płynęła lekko.

Byłam zauroczona

Po balu nie rozchodziliśmy się od razu. Zamiast się pożegnać, wyszliśmy na zewnątrz. Było zimno, ale sucho. Pospacerowaliśmy chwilę wokół domu kultury. Nic nie mówiliśmy. Ja się bałam odezwać, żeby nie spłoszyć tej dziwnej ciszy między nami, która była dobra. Szliśmy wolno, krok w krok, obok siebie. Czułam się jak dziewczyna, która pierwszy raz wraca z randki, nie wiedząc, czy coś się wydarzy, ale mając nadzieję, że tak.

„To tylko jeden wieczór” – pomyślałam. „Nie mogę się tak unosić… Ale przecież… czuję się żywa”. Wróciłam do domu z ciepłem na policzkach. Córka siedziała na kanapie z laptopem, ale kiedy mnie zobaczyła, od razu go zamknęła.

– I jak było? – zapytała z nadzieją.

Wzruszyłam ramionami, próbując wyglądać obojętnie.

– Znośnie. Tłoczno. Trochę hałasu.

– Tylko tyle? – podniosła brwi.

Nie odpowiedziałam. Nie chciałam się przyznać, że wciąż czuję na skórze jego dłoń.

Zaskoczył mnie

Następnego dnia zadzwonił telefon.

– Helena? Tu Józef. Wiesz, pomyślałem, że może… masz ochotę na spacer w sobotę? Nie musisz się spieszyć z odpowiedzią…

– Mam – przerwałam mu.

Podczas kolejnego spaceru usiedliśmy na ławce przy stawie. Józef milczał, czekał, jakby wyczuł, że coś mnie dławi.

– Boję się – powiedziałam w końcu. – Że to się skończy. Że będzie mi znowu kogoś brakować i zostanę sama.

Spojrzał na mnie spokojnie.

– Nie wiem ile nam zostało. Może pięć lat, może dziesięć, może miesiąc, ale… może właśnie dlatego warto?

Złapał moją dłoń mocno.

– Ja też się boję – dodał. – Ale wolę się bać razem z tobą niż siedzieć sam i robić krzyżówki.

– Dobrze, ale obiecaj, że zatańczysz ze mną jeszcze raz. Chociażby w kuchni.

– Zawsze – odpowiedział. – Nawet jeśli będę miał laskę i szurające kapcie.

Wróciliśmy tego wieczoru trzymając się za ręce. Sąsiadka z naprzeciwka spojrzała, jakby mnie nie rozpoznawała. Może faktycznie byliśmy kimś innym niż jeszcze kilka tygodni temu.

Helena, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama