Reklama

Miałam siedemdziesiąt dwa lata i coraz częściej odnosiłam wrażenie, że moje życie zostało zredukowane do jednego pokoju i kilku przedmiotów, które miały wartość jedynie sentymentalną. Dawniej byłam kobietą samodzielną, przyzwyczajoną do decydowania o sobie, swoich pieniądzach i codziennych sprawach. Z biegiem lat coś się jednak zmieniło, niepostrzeżenie.

Zostałam w swoim własnym mieszkaniu, a jednocześnie przestałam być jego panią. Cisza, która mnie otaczała, nie była spokojna. Była ciężka, podszyta lękiem i wstydem, że pozwoliłam, by mój własny syn stał się strażnikiem mojego życia. Każdy poranek zaczynał się od myśli, ile jeszcze wytrzymam w tej zamkniętej klatce, którą ktoś nazwał troską.

Syn był leniwy i wścibski

Mój syn Adrian wprowadził się do mnie po tym, jak stracił pracę. Powiedział, że to tylko na chwilę, że muszę mu pomóc, bo rodzina powinna trzymać się razem. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to naturalne. Pierwszego dnia położył się na kanapie i spędził tak cały dzień, tłumacząc się zmęczeniem. Mówiłam sobie, że pewnie musi odpocząć po przeprowadzce, ale kolejne tygodnie wyglądały tak samo.

Z czasem pojawiły się wścibskie pytania z jego strony. Gdzie byłam, co kupiłam, z kim rozmawiałam przez telefon. Kiedy próbowałam zaprotestować, uśmiechał się krzywo i mówił, że robi to dla mojego dobra.

– Mamo, ty już nie masz tej samej pamięci co kiedyś – powtarzał spokojnym tonem.

– Pamiętam wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że to moje mieszkanie – odpowiedziałam raz, drżącym głosem.

– Właśnie dlatego ktoś musi nad tym panować – zakończył rozmowę.

Czułam się jak dziecko, które dostało karę bez wyjaśnienia. Każdy dzień był podobny do poprzedniego, a ja uczyłam się chodzić cicho, żeby go nie denerwować. Pytanie, jak do tego doszło, wracało do mnie wieczorami, gdy gasło światło.

Czekał tylko na moją emeryturę

Dzień wypłaty emerytury stał się dla mnie źródłem napięcia. Adrian zabierał mnie do banku, stawał obok i nie opuszczał mnie na krok. Twierdził, że sprawy związane z finansami są skomplikowane, że mogę się pomylić. Ale gdy tylko otrzymywałam kopertę, on od razu wyciągał ręce po pieniądze. Dawałam mu, bo przecież to mój syn. Musiałam mu pomóc. Chociaż w sercu czułam rosnący bunt.

– Po co ci więcej? – zapytał, gdy raz odważyłam się zaprotestować. – To moje pieniądze – wyszeptałam.

– Nasze – poprawił mnie natychmiast. – Oddam ci, jak tylko znajdę pracę, ale muszę coś mieć na start.

Na start. Powtarzał to zdanie od miesięcy, a dalej był bez pracy. Wróciliśmy wtedy do domu w milczeniu. Zrozumiałam, że emerytura przestała być symbolem mojej niezależności, a stała się narzędziem kontroli. Ciągle przychodził po więcej, tłumaczył się, że chce w coś zainwestować.

Czułam wstyd, gdy patrzyłam na nowy telewizor, którego w ogóle nie potrzebowałamm i na nową konsolę, przy której Adrian spędzał długie godziny. Gdy zwracałam mu uwagę, że niepotrzebnie wydaje pieniądze, on tylko wzdychał teatralnie, jakby utrzymywał mnie z własnej kieszeni. Coraz częściej marzyłam o tym, by zniknąć na chwilę, odetchnąć bez rozliczeń i spojrzeń pełnych pretensji.

Doskwierała mi samotność

Sąsiadki przestały mnie odwiedzać. Syn był gburowaty i nieustannie panował wokół niego bałagan. Było mi wstyd przed ludźmi. Przez jakiś czas sama chodziłam do koleżanek, ale nasze relacje nie wyglądało już tak samo. Zaczęłam tęsknić za życiem, które prowadziłam, zanim Adrian się wprowadził.

Wtedy moje mieszkanie tętniło życiem, a drzwi się nie zamykały. Wpadały sąsiadki, trafiali tu nawet adoratorzy na kawę czy partię szachów. Teraz z mojego życia towarzyskiego nie zostało nic. Telefon coraz dłużej milczał. Drzwi do mieszkania stały się symbolem mojej bezsilności. Każdego wieczoru długo siedziałam na łóżku, patrząc na klamkę.

Miałam wrażenie, że mieszkanie się kurczy. Powietrze było ciężkie, a ściany zbliżały się do mnie. Zaczęłam bać się własnych myśli, bo każda prowadziła do wniosku, że nie mam dokąd pójść. W końcu najomi przestali dzwonić. Adrian godzinami wgapiał się w telewizor. Samotność była gorsza od krzyków, bo nie miała dźwięku. Była cicha i uporczywa, jak krople wody spadające na kamień.

Chciałam odzyskać swoje życie

Pewnego dnia odważyłam się powiedzieć, że powinien coś ze sobą zrobić. Znaleźć pracę, wyprowadzić się, pójść na swoje. Chciałam odzyskać swoje życie. Myśl ta dojrzewała we mnie długo, karmiona wstydem i bezsilnością. Adrian spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a potem roześmiał się krótko.

– Myślisz, że tak łatwo jest znaleźć pracę? – zapytał.

– Może chociaż spróbuj – odpowiedziałam cicho.

– Teraz są inne czasy, nie mam tak łatwo jak ty – dodał, a jego głos stwardniał.

Po tej rozmowie atmosfera stała się jeszcze cięższa. Odczuwałam jego lekceważący stosunek w drobnych gestach, w milczeniu, w braku wsparcia i troski. Czułam się, jakbym mieszkała z obcym człowiekiem, a nie z własnym dzieckiem. Wychowałam go, poświęciłam dla niego życie, a teraz miałam z nim tylko trud i łzy.

Zrozumiałam, że już go nie odzyskam. Że między nami nie będzie tak, jak dawniej. Mimo to w środku tliła się iskra. Wieczorami wciąż oddawałam się temu, co kiedyś sprawiało mi przyjemność. Robiłam krzyżówki, czytałam książi. Był to mój cichy akt oporu, jedyna przestrzeń, której nie mógł mi odebrać.

Chciałam, żeby się wyprowadził

Noce były najtrudniejsze. Leżałam w łóżku i wsłuchiwałam się w odgłosy mieszkania. Każdy krok Adriana wywoływał napięcie. W takich chwilach przychodziły myśli, których się wstydziłam. Chciałam, żeby się wyprowadził. Wyobrażałam sobie spokój, który wtedy poczuję. Bez jego gburowatych uwag, bez wyłudzania pieniędzy i wiecznie włączonego telewizora.

Nie były to myśli pełne dramatyzmu, raczej pragnienie ciszy i spokoju. Tak właśnie wyobrażałam sobie emeryturę. Miałam cieszyć się wolnym czasem i korzystać z uroków życia. Tymczasem przyszło mi niańczyć dorosłego syna, który traktował mnie jak mebel.

Nie chciałam się jednak uskarżać. Rano wstawałam i zakładałam sweter, jakby to był zwykły dzień. Adrian jadł śniadanie i mówił o swoich planach, nie zauważając, jak bardzo znikam. Czasami patrzyłam na niego i nie rozpoznawałam w nim chłopca, którego wychowałam. To bolało bardziej niż samotność.

Nie poddawałam się

Nie wiedziałam, jak potoczy się moja historia. Każdy dzień był podobny, a jednocześnie inny, bo zmieniało się moje wnętrze. Coraz bardziej bałam się tego, że nic się nie zmieni. Czasami wyobrażałam sobie rozmowę, w której mówiłam wszystko głośno, bez drżenia głosu. W tej wizji drzwi się otwierały, a on wychodził, zabierając swoje rzeczy.

Prawdziwe życie jednak toczyło się wolniej, uparcie. Mimo to wciąż czekałam. Na to, że Adrian w końcu znajdzie pracę, że zapragnie żyć na własny rachunek. Liczyłam, że jeszcze zaznam spokoju i będę znów cieszyć się życiem. Nie poddawałam się. Wychodziłam na spacery, do sklepu, do kościoła. Spotykałam starych i nowych znajomych.

W tej szarej rzeczywistości próbowałam dostrzec resztki nadziei. Może to ona trzymała mnie przy życiu, choć była krucha i ledwie widoczna. Dopóki oddychałam, historia się nie kończyła, nawet jeśli jej ciężar bywał nie do zniesienia.

Janina, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama