Mama odeszła w lutym. To był nasz pierwszy rok bez niej, a właściwie pierwszy taki listopad, do którego podchodziłam z jakimś irracjonalnym stresem, niepotrafiąc się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości bez niej. Czułam się, jakby ktoś wyciął mi kawałek życia, a wszystko, co do tej pory było oczywiste, nagle okazało się trudne i skomplikowane. Myślałam naiwnie, że z siostrą jakoś razem przez to przejdziemy, że wspólna strata nas zbliży, pozwoli odnaleźć wspólny język, że będziemy się wspierać – przecież zawsze byłyśmy blisko, nawet jeśli różniłyśmy się od siebie niemal pod każdym względem. A jednak, zamiast cichego wsparcia, zafundowałyśmy sobie jakiś absurdalny wyścig nad jej płytą nagrobną.

WIDEO…

player placeholder

– Kupiłam już wiązankę, taką z białych róż i storczyków – ogłosiła Kaśka przez telefon, ledwie zaczął się październik. Jej głos brzmiał dumnie, wręcz triumfalnie, jakby właśnie wygrała los na loterii. – Ogromna jest, mówię ci, musiałam zrobić miejsce w bagażniku. Kosztowała majątek, ale co tam, dla mamy wszystko.

Zatkało mnie. Ja miałam w planach skromną chryzantemę, taką, jakie mama zawsze lubiła najbardziej, zwyczajną i prostą, bez żadnych ozdób. Ale po słowach Kaśki poczułam się jak wyrodna córka. Że niby ja na mamie oszczędzam? Że nie zależy mi tak bardzo? Od razu pojechałam do kwiaciarni i zamówiłam gigantyczny wieniec. Stałam tam, nerwowo przebierając palcami po blacie, a pan florysta patrzył na mnie z lekkim politowaniem, kiedy prosiłam o dorzucenie kolejnych gałązek i szyszek, byle tylko moja kompozycja była większa i bogatsza niż ta, którą opisywała siostra. Czułam, jak ogarnia mnie wstyd i złość na samą siebie, że daję się wciągnąć w tę dziwną rywalizację, której zupełnie nie rozumiem.

Zobacz także

Festiwal próżności zamiast zadumy

Kiedy nadszedł ten dzień, cmentarz przypominał raczej targowisko próżności niż miejsce zadumy. Ludzie przechadzali się alejkami w odświętnych ubraniach, taszcząc naręcza kwiatów, torby pełne zniczy, dekoracje jak z katalogu z wystrojem wnętrz. Wszystko lśniło, mieniło się kolorami, a w powietrzu unosił się zapach wosku i wilgotnej ziemi. Przyszłam wcześnie rano, nie chcąc spotkać tłumu i licząc na chwilę ciszy. Jednak już przy bramie cmentarza widziałam, że nie jestem jedyna z tym pomysłem. Taszczyłam swój wieniec, cztery wielkie, szklane znicze ze złotymi pokrywkami, torbę z zapasowymi wkładami, a do tego donicę z chryzantemami.

Z ledwością znalazłam miejsce na płycie. Kaśka już tam była, a jej wkład w dekorację grobu przechodził ludzkie pojęcie. Pomnik był zastawiony. Z lewej strony jej wieniec, wielki jak koło od traktora, z prawej jakieś aniołki, serduszka, latarenki. A pośrodku znicze. Takie wielkie, ciężkie kule, pękate serca z dedykacjami, szklane kapliczki. Wszystko błyszczało, migotało, odbijało jesienne słońce. Obok leżały jeszcze nowe wiązanki, jakby na zapas, na zmianę, żeby zawsze coś świeżego zdobiło grób.

– O, jesteś – rzuciła Kaśka, poprawiając szalik. Omiotła wzrokiem moje zakupy, przesunęła się nieznacznie, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że ledwo mieści się już coś więcej. – Trochę skromnie, co? Ja wczoraj dokupiłam jeszcze te dwa aniołki, zobacz. Ręczna robota. Pani z sąsiedztwa robi takie na zamówienie, podobno każda figurka wyjątkowa.

Zacisnęłam zęby, czując, jak narasta we mnie irytacja.

– Ważne jest to, co w sercu, a nie ile wydasz – warknęłam, upychając mój wieniec między jej latarenkę a ogromne szklane serce. Czułam, że zaczyna się między nami jakiś cichy pojedynek, którego żadna nie chce przegrać, chociaż przecież nie o wygraną tu chodzi.

– Jasne, jasne. Ale chyba mama zasługuje na to, żeby jej grób wyglądał godnie? Popatrz na grób N., jak tam pusto. A u nas od razu widać, że pamiętamy. Myślę, że mama byłaby zadowolona.

Cała się trzęsłam z nerwów

Godnie. Według Kaśki „godnie” oznaczało zastawienie każdego centymetra marmuru. Zaczęłyśmy się przepychać, dosłownie i w przenośni. Przesuwałam jej znicze, żeby zrobić miejsce dla moich. Ona natychmiast korygowała ich ustawienie, twierdząc, że zaburzam symetrię, że mama na pewno nie chciałaby, żeby coś takiego szpeciło jej grób. Potem zaczęły się uwagi o kolorach: moje chryzantemy za blade, jej róże za sztuczne, moje znicze za proste, jej za kiczowate. Każdy, nawet najmniejszy szczegół, stawał się powodem do drobnych uszczypliwości.

– Przestań, Beata! – syknęła w końcu. – Te wkłady mają się palić sto dwadzieścia godzin. Są specjalne, olejowe, nie takie zwykłe, co zgasną od byle wiatru. Przygotowałam to wszystko, żeby nie trzeba było za często przyjeżdżać. Ty też mogłabyś się postarać.

– Moje są przynajmniej gustowne! – odpyskowałam, choć czułam, jak twarz piecze mnie z zażenowania. Ludzie przechodzący alejką zaczynali się nam przyglądać, jakbyśmy były atrakcją cmentarza. – Nie zrobiłam z grobu własnej matki wystawy sklepowej!

– Odezwała się ta, co skąpiła na wieniec, a teraz próbuje nadrobić gadaniem! – Kaśka podniosła głos. – Ty zawsze uważałaś, że jesteś lepsza. Nawet teraz musisz robić problemy!

Stanęłyśmy nad grobem, kłócąc się o znicze, wkłady, wiązanki i aniołki. Atmosfera gęstniała z każdą minutą, jakby ciężar tej chwili przygniatał nas coraz mocniej. Wyciągałyśmy brudy sprzed lat, oskarżałyśmy się o to, kto rzadziej odwiedzał mamę w szpitalu, kto mniej pomagał w domu, kto zawsze zrzucał odpowiedzialność na drugą. Kaśka płakała z wściekłości, ja trzęsłam się z nerwów i bezsilności, bo wiedziałam, że nie walczymy o mamę, tylko o coś zupełnie innego, czego żadna nie umiała nazwać.

– Moje wkłady będą się palić dłużej! – krzyknęła Kaśka, ocierając łzy. – Zobaczysz, przyjdę tu we wtorek i moje będą świecić, a twoje dawno zgasną!

– I co z tego? – rzuciłam sfrustrowana. – Myślisz, że to się liczy? Że to coś zmienia?

Zrobiło mi się potwornie wstyd

Przez chwilę obie milczałyśmy, każda z nas wpatrzona w grób, jakbyśmy czekały na znak, że ktoś nam powie, co robić dalej. Ludzie przechodzili obok, zwalniali kroku, czasem spoglądali ukradkiem, czasem z wyraźną dezaprobatą. Przypomniałam sobie, jak mama zawsze nam powtarzała, że na cmentarzu trzeba zachowywać się z szacunkiem, bo to miejsce zadumy i spokoju. Tymczasem my urządziłyśmy tam awanturę, jakiej nie powstydziłaby się kłótliwe przekupki na targu.

Patrzyłam na ten ołtarz próżności. Na te wszystkie świecidełka, gigantyczne kwiaty, sztuczne aniołki i tony plastiku, które miały być dowodem naszej pamięci, a były tylko pustą dekoracją. Patrzyłam na nazwisko mamy, ledwo widoczne zza sterty zniczy, i nagle zrozumiałam, że ona by tego nie pochwaliła. Mama zawsze lubiła skromność. Jedna świeczka, mały bukiecik z ogrodu. Cicha modlitwa, wspomnienie, rozmowa przy herbacie.

A my co jej zafundowałyśmy? Kłótnię nad jej grobem. Cyrk. Pokazówkę dla sąsiadów, udowadnianie całemu światu i sobie nawzajem, która z nas jest lepszą córką, podczas gdy tak naprawdę obie zawiodłyśmy. Opuściłam ręce. Zrobiło mi się potwornie wstyd. Przypomniałam sobie to, jak mama potrafiła zgasić każdą sprzeczkę jednym słowem, jak jej cichy uśmiech rozbrajał najbardziej napiętą atmosferę. Teraz jej nie było, a my nie potrafiłyśmy same się zatrzymać.

– Kaśka... – zaczęłam cicho, nie patrząc jej w oczy. – Co my robimy?

Spojrzała na mnie, wciąż zjeżona, z policzkami mokrymi od łez.

– O czym ty mówisz?

– Przecież my w ogóle o niej nie myślimy – głos mi zadrżał. Wskazałam na grób, na cały ten festiwal dekoracji. – Myślisz, że ona by tego chciała? Tych kłótni o wkłady olejowe? O to, czyja wiązanka jest droższa?

Kaśka spojrzała na grób. Na te wszystkie ozdoby, które nagle wydały się tak strasznie puste. Ramiona jej opadły, spojrzenie złagodniało. Nagle zobaczyłam w niej nie rywalkę, tylko moją siostrę, która tak samo jak ja nie potrafi pogodzić się z tą stratą. Stanęłyśmy w milczeniu. Wiatr szumiał w gałęziach starych drzew, suche liście tańczyły na marmurze, a powietrze było ciężkie od niewypowiedzianych słów. Nie miałyśmy siły już nic mówić. Po prostu stałyśmy, każda z własnym poczuciem winy, patrząc na płonące, drogie znicze, które nie dawały żadnego ciepła. Przypominałam sobie, jak jeszcze rok temu mama potrafiła opowiadać o swoich rodzicach, wspominać ich z czułością, bez pośpiechu, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek komukolwiek. Teraz, gdy jej zabrakło, nie potrafiłyśmy nawet znaleźć wspólnego języka.

Nowy początek

Wróciłam do domu z pustką w sercu. Usiadłam w fotelu, nie zdejmując płaszcza, wpatrzona w okno, za którym szarzało listopadowe popołudnie. Zamknęłam oczy i wreszcie, po raz pierwszy tego dnia, pomyślałam o mamie. O jej uśmiechu, o cieple jej rąk, o zapachu jabłek, który zawsze unosił się w kuchni, gdy piekła szarlotkę. O tym, jak potrafiła wysłuchać, nie oceniając, jak potrafiła być obecna, choćby tylko przez telefon, gdy miałam gorszy dzień.

Przypomniałam sobie też, jak często mówiła, że najważniejsze jest to, co zostaje w sercu i w pamięci, nie to, co widać na pokaz. To była jej filozofia – prosta, ale prawdziwa. Zrozumiałam, że w naszej rodzinie zawsze było dużo niewypowiedzianych pretensji, ukrytej rywalizacji, cichego porównywania się, kto zrobił więcej i lepiej. Mama próbowała nas tego oduczyć, ale najwyraźniej nie wszystko zdążyłyśmy zrozumieć na czas. Wieczorem zadzwoniłam do Kaśki. Wahałam się długo, zanim wybrałam jej numer, bo nie wiedziałam, czy będzie chciała rozmawiać. Odebrała niemal od razu.

– Cześć – powiedziała cicho. – Przepraszam za dzisiaj. To wszystko mnie przerosło.

– Mnie też – odpowiedziałam szczerze. – Może... mogłybyśmy tam pójść jeszcze raz, razem? Tak po prostu, bez tych wszystkich dekoracji?

Chwilę milczała, potem westchnęła:

– Chciałabym. Zróbmy to.

– Przyniosę tylko jedną świeczkę i te chryzantemy, które mama lubiła najbardziej. A potem możemy usiąść na ławce i powspominać. Porozmawiać o niej, o nas, o tym, co było dobre.

– Tak będzie najlepiej – powiedziała Kaśka i w jej głosie usłyszałam ulgę.

Wiedziałam, że to nie rozwiąże wszystkich naszych problemów, ale może pozwoli nam zacząć od nowa, trochę inaczej. Jutro pójdziemy tam razem. Bez aniołków, bez rywalizacji, bez udowadniania sobie czegokolwiek. I zapalimy jeden, zwykły symboliczny znicz.

Beata, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: