Reklama

Byłam przekonana, że robię dobrze. Że tak trzeba. Bo przecież matka powinna myśleć o dzieciach, a nie o sobie. To nie była decyzja podjęta pod wpływem impulsu. Miałam czas, żeby się zastanowić. Myślałam, analizowałam, rozważałam wszelkie za i przeciw. I w końcu zrobiłam to, co uznałam za słuszne – przepisałam mieszkanie na mojego jedynego syna.

Miał zapewnienie, że to jego własność, ale że ja mogę w nim mieszkać, ile tylko zechcę. Byłam wtedy spokojna, pełna dumy, że dbam o przyszłość dziecka. Nazywałam to miłością. Teraz, kiedy patrzę na swoje rzeczy zapakowane w reklamówki i leżące pod drzwiami mieszkania, które kiedyś było moje, już nie jestem pewna, czym to było naprawdę.

Komu mam ufać, jak nie synowi?

– No i podpisałaś – westchnęła Halina, moja sąsiadka z piętra wyżej, kiedy opowiedziałam jej o wizycie u notariusza. – Mam tylko nadzieję, że dobrze to przemyślałaś.

Oczywiście, że przemyślałam – odpowiedziałam, chociaż w środku coś mnie ścisnęło. – Przecież to mój syn. Komu mam ufać, jak nie jemu?

– Mój też był złotym dzieckiem, dopóki nie poznał tej swojej... – urwała i tylko pokręciła głową.

Zignorowałam jej aluzję. Nie chciałam słuchać złych historii. Wierzyłam, że nas to nie dotyczy. Mój syn był dobry. Zawsze grzeczny, spokojny, nie sprawiał problemów. Nawet kiedy jako dorosły rzadko wpadał na obiad, tłumaczyłam go sobie – praca, obowiązki, wiecznie zabiegany. I wtedy, kiedy zaproponował, że mogłabym już nie martwić się opłatami ani formalnościami, bo chętnie wszystko weźmie na siebie, byłam wzruszona.

– Mamo, przecież nie będziesz się już szarpać z papierologią – mówił. – Jesteś sama, ja ci pomogę.

Zgodziłam się. W kancelarii byłam zdenerwowana, ale powiedziałam sobie: przecież to nic złego, mieszkanie nadal będzie nasze. Tyle że teraz będzie jego.

Przyszedł z Anią

Z początku nic się nie zmieniło. Mieszkałam jak dotąd, robiłam zakupy w tym samym markecie, zaparzałam sobie rano herbatę w tej samej kuchni. Michał przychodził nawet częściej niż wcześniej. Przynosił ciastka, siadał w fotelu i opowiadał o pracy. Pomyślałam: no proszę, może naprawdę dobrze zrobiłam? Wreszcie nie muszę martwić się o rachunki, wszystko bierze na siebie. Aż raz przyszli razem. On i ona.

– Mamo, poznaj Anię – powiedział, rozpinając kurtkę i uśmiechając się tak, jak dawno go nie widziałam.

Ania wyglądała jak z katalogu – zrobione paznokcie, idealnie ułożone włosy, lekko znudzony uśmiech. Uścisnęła moją dłoń bez przekonania.

– Cudne mieszkanko – rzuciła, przechadzając się po pokoju. – Tylko te meble takie... staroświeckie.

Zawstydziłam się.

– Ja wiem, że to już nie są nowe rzeczy, ale...

– Mamo, przestań, nie tłumacz się – Michał przerwał mi z uśmiechem, ale jego głos był dziwnie stanowczy. – Przecież niedługo i tak trochę tu odświeżymy. Nie?

– Jak to?

– No... pogadamy o tym później – rzucił i zmienił temat.

Wtedy po raz pierwszy coś mnie zaniepokoiło.

Czułam się jak gość we własnym mieszkaniu

Zaczęło się od dywanu. Któregoś dnia wróciłam ze spaceru, a w salonie leżał nowy – biały, puszysty, jak z reklam wnętrzarskich. Mój stary, wysłużony chodnik zniknął bez śladu.

Gdzie jest mój dywan? – zapytałam Michała, kiedy wieczorem zadzwoniłam.

– No co ty, mamo. Był zniszczony, sam kurz i sierść. Ania zamówiła nowy, zresztą wzięła na siebie koszt. Dziękuj jej.

– Bez mojej zgody?

– Przecież teraz to też jej dom – rzucił z lekką pretensją.

Nie odpowiedziałam. Odkładałam słuchawkę, patrząc na pokój, który coraz mniej przypominał mój. Kilka dni później zniknęły firanki. Potem zawisły nowe obrazy. Stylowe, modne, chłodne. Ania przychodziła częściej, zaglądała do mojej szafy, proponowała „przemeblowania”. W kuchni zabrakło miejsca na moje garnki, bo pojawiły się nowe, ich.

– Mamo, te są ceramiczne, zdrowsze – tłumaczył Michał.

Znikały drobiazgi, które zbierałam latami. Zdjęcia w ramkach, figurki z podróży, poduszka od siostry. Gdy zapytałam, usłyszałam:

– Mamo, trzeba iść z duchem czasu. Ten bałagan tylko zagraca przestrzeń.

Zaczęłam się czuć jak gość. We własnym mieszkaniu.

Chciał poważnie pogadać

Któregoś wieczoru usiedli naprzeciwko mnie, jak para rodziców gotowa na poważną rozmowę z dzieckiem. Michał miał splecione dłonie, Ania sączyła herbatę i nie patrzyła mi w oczy.

– Mamo, musimy pogadać – zaczął.

Skinęłam głową. Serce waliło mi jak oszalałe.

– Wiesz, jak jest teraz z wynajmem. Mieszkania to złoto. Ludzie się zabijają, żeby coś znaleźć. A my… mamy możliwość się rozwinąć.

Zacisnęłam dłonie na kolanach.

– Co masz na myśli?

– Ania jest w ciąży – powiedział bez wahania, a mnie zalała fala gorąca.

– Co?

I potrzebujemy przestrzeni. Właściwie… całego mieszkania. A ty… może byś chwilowo przeniosła się do cioci Haliny? Albo na działkę, póki pogoda.

Spojrzałam na niego, jakby mówił w obcym języku.

– Przecież to ja tu mieszkam – szepnęłam.

– Tak, ale to już moje mieszkanie, mamo. Prawnie. Nie wyrzucamy cię! Tylko prosimy o zrozumienie. Chcesz, żeby dziecko miało swój pokój, prawda?

Ani razu nie zapytał, czy mam gdzie pójść. Ani razu nie wspomniał o tym, że to przecież ja go tu wychowałam. Patrzył na mnie jak na problem do rozwiązania.

Straciłam dach nad głową

Nie zgodziłam się od razu. Powiedziałam, że muszę się zastanowić. Nie zdążyłam. Dwa dni później wróciłam ze sklepu i zastałam obcych ludzi w przedpokoju. Młoda para z niemowlęciem na rękach. Patrzyli na mnie zaskoczeni.

– Dzień dobry… pani jest…?

– Mieszkam tu – odpowiedziałam, próbując zrozumieć, co się dzieje.

W kuchni usłyszałam znajomy głos. Michał rozmawiał z kimś przez telefon.

– A, mama? Przyszła? No tak, nie uprzedziłem jej. Dajcie jej chwilę, zaraz wszystko wyjaśnię.

Zacisnęłam pięści. Kiedy tylko mnie zobaczył, uniósł ręce w obronnym geście.

Mamo, nie panikuj. To chwilowe. Ania źle się czuła, ci młodzi potrzebują dachu nad głową. Ty przecież i tak mówisz, że źle sypiasz tutaj.

– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęłam, pierwszy raz od lat podnosząc na niego głos.

– To moje mieszkanie. Mam prawo – odparł spokojnie.

Przez kolejne dni spałam na wersalce u Haliny, znajomej sąsiadki. Potem zabrałam swoje rzeczy do piwnicy. Przynajmniej to, co jeszcze było moje. Reszta została – dla nowych lokatorów. Michał nie widział w tym nic złego. Dla niego to był po prostu nowy etap.

Byłam naiwna

Mówią, że czas leczy rany. Może. Ale nie każdą. Są takie, które tylko przycichają, chowają się głębiej, aż w końcu człowiek nauczy się z nimi żyć. Tak było ze mną. Po kilku miesiącach przeniosłam się do małego pokoju u kuzynki. Jest ciasno, skromnie, ale przynajmniej nikt nie usuwa mi zdjęć z półek i nie wyrzuca moich kapci.

Z Michałem prawie nie rozmawiamy. Dzwoni rzadko, przeważnie wtedy, gdy chce, żebym coś podpisała albo wpadła pomóc przy dziecku. Mówię, że nie mogę. Że mam swoje sprawy. Kiedyś bym pobiegła od razu, dziś siadam na kanapie i patrzę przez okno. I przypominam sobie tę kobietę sprzed lat – głupią, naiwna, która myślała, że miłość wystarczy, żeby zapewnić sobie miejsce w czyimś sercu.

Zrobiłam to z miłości. Chciałam zostawić mu coś trwałego, bezpiecznego. Myślałam, że oddając mieszkanie, daję mu bezpieczną przyszłość, gdy mnie nie będzie. A oddałam siebie. Zepchnęłam się sama na margines. I tylko jedno boli mnie najbardziej – że on nigdy nawet nie zapytał, gdzie śpię.

Teresa, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama