„Kochałam zakupy bardziej niż ludzi. Wszystkie pieniądze przepuszczałam na perfumy, ciuchy i buty”
„Wiele mówi się o tym, że zakupy potrafią poprawić humor, a ja byłam najlepszym tego przykładem. Zły humor rekompensowałam sobie nowymi butami, sukienką czy torebką, nie myśląc nawet, czy właściwie jest mi to potrzebne. Długo tłumaczyłam się sama przed sobą, ale potem zauważyłam, że miarka już dawno się przebrała”.

- Redakcja
Przez całe dorosłe życie, zakupy były dla mnie ucieczką. Od stresu, od samotności i od wszystkiego, co przytłaczało mnie w codzienności. Nowa torebka potrafiła poprawić mi humor bardziej niż jakiekolwiek słowa. Sukienki, buty, kosmetyki – każdy przedmiot miał w sobie magię, która przez chwilę sprawiała, że czułam się lepiej, piękniej, pewniej. Wszelkie spadki nastroju i gorsze dni potrafiłam błyskawicznie uleczyć wizytą w galerii handlowej. Czy czułam, że robię źle? Trochę, ale w końcu pracowałam i zarabiałam nie najgorzej, więc pozwalałam sobie na to. Niestety, pod koniec miesiąca coraz częściej moje konto świeciło pustkami. Wmawiałam sobie, że to nic takiego, że przecież każda kobieta potrzebuje odrobiny luksusu. Tylko że z czasem wszystko zaczęło się komplikować.
Co miesiąc czekałam na wypłatę
Pierwszy dzień po wypłacie zawsze miał w sobie coś ekscytującego. Budziłam się wcześnie, pełna energii, choć w głowie kłębiły się myśli o rachunkach i codziennych obowiązkach. Liczyło się jedno: ile zostanie mi na drobne przyjemności. Spacerowałam po mieście, obserwując witryny sklepów, czując przyjemny zapach nowych perfum, materiałów i skóry. Każda sukienka, którą oglądałam, wydawała się stworzona dla mnie, a każda torebka krzyczała, że bez niej życie byłoby niepełne.
Wchodząc do butiku, czułam się jak w innym świecie. Sprzedawczynie uśmiechały się do mnie, zachęcały do przymierzenia wszystkiego, co tylko chciałam. Nigdy nie odmawiałam sobie próby – każdy materiał, każdy detal był wart uwagi. W przymierzalni krążyłam przed lustrem, dotykałam tkanin, przymierzałam dodatki, a w głowie planowałam, jak wkomponować nowe zdobycze w moją szafę.
Kiedy wychodziłam, torby pełne były drobnych cudów. Moja karta płatnicza ledwo wytrzymywała tempo, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Czułam triumf i radość, które trwały do następnego dnia, kiedy patrzyłam na puste miejsce w portfelu. Nie myślałam o tym, że kolejny miesiąc może być trudniejszy. Liczyło się tu i teraz, a świat zakupów dawał mi poczucie kontroli, którego brakowało w innych sferach życia.
Wracałam do domu, niosąc torby z powrotem do mieszkania, uśmiechając się do siebie. Każdy nowy przedmiot miał w sobie obietnicę lepszego nastroju, odrobiny luksusu, który był dla mnie jak nagroda za ciężką pracę. W tym momencie nie istniały żadne konsekwencje, żaden rachunek, żadna odpowiedzialność – tylko ja, moje zakupy i uczucie euforii, które z trudem mogłam powstrzymać przed wybuchem.
Zapaliła mi się czerwona lampka
Kilka dni po zakupowym szaleństwie zaczęłam zauważać pierwsze skutki. Konto bankowe świeciło na czerwono, a ja wciąż myślałam, że jakoś uda mi się to nadrobić w przyszłym miesiącu. Każdy przelew, każda opłata wydawały się teraz większe, niż były w rzeczywistości. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę potrzebowałam kolejnej sukienki, torebki czy błyszczyka, które tylko chwilowo poprawią mi nastrój. Z ulgą przyjęłam wiadomość, że w pracy czeka mnie premia, nawet jeśli niewielka. Mimo to w głębi serca czułam rosnący niepokój. Co jeśli znowu przekroczę limit? Myśl ta nie dawała mi spokoju, ale mimo to, zamiast liczyć koszty, planowałam już kolejne zakupy.
Kiedy minął tydzień, a do wypłaty pozostało jeszcze kilka dni, wybrałam się do centrum handlowego. Stałam przed witryną z nową kolekcją i niemal czułam, jak wszystko mnie wzywa. Każda sukienka wyglądała perfekcyjnie, każda torebka była jak dzieło sztuki. Pomimo świadomości pustki na koncie nie mogłam się powstrzymać. W głowie powtarzałam sobie: „To tylko mała przyjemność. Zasługuję na to.”
Kiedy dotknęłam pierwszej torby i poczułam miękkość skóry, wszystko inne przestało istnieć. Zatopiłam się w zakupach, wyciągając kartę, nawet nie sprawdzając dokładnie, ile pieniędzy mi zostało. W tym momencie liczyło się tylko uczucie triumfu, radości i chwilowego luksusu. Dopiero później, w drodze do domu, poczułam ukłucie strachu. Czy rzeczywiście mam nad wszystkim kontrolę, czy już pozwoliłam, by zakupy zawładnęły moim życiem.
W mieszkaniu układałam nowe rzeczy w szafie, przyglądając się im, a jednocześnie czując wyrzuty sumienia. Byłam szczęśliwa i przerażona jednocześnie. W tym chaosie rodziła się świadomość, że nie mogę tak dalej, choć wcale nie chciałam tego przyznać.
Pojawiły się pierwsze komplikacje
Tamtego dnia poczułam się wyjątkowo niepewnie. Wchodząc do sklepu z kosmetykami, od razu zauważyłam, że moje konto już dawno nie mogło sprostać kolejnym wydatkom. Patrzyłam na półki pełne kolorowych produktów, które kusiły zapachem i błyskiem, a serce biło mi szybciej niż zwykle. Wiedziałam, że powinnam przestać, ale nie mogłam – każda nowa szminka wydawała się kluczem do poprawy humoru i poczucia własnej wartości.
Podchodząc do kasy, zaczęłam czuć dziwny ucisk w żołądku. Sprzedawczyni uśmiechnęła się, pakując moje zakupy, a ja próbowałam zachować spokój. Kiedy podałam kartę, dłonie mi drżały. Na ekranie pojawił się komunikat o przekroczeniu limitu. Serce zamarło. Poczucie wstydu wypełniło mnie całkowicie. Ludzie wokół spojrzeli, niektóre twarze wyrażały zdziwienie, inne – delikatną irytację. Nie wiedziałam, gdzie mam się podziać.
– Przepraszam… – zaczęłam, starając się nie patrzeć w oczy nikomu. – Chyba nie mogę zapłacić…
Sprzedawczyni skinęła głową, a ja szybko wzięłam torby i wyszłam, próbując ukryć rumieniec na twarzy. Na parkingu opadłam na ławkę, czując ciężar własnej bezsilności. To nie był pierwszy raz, kiedy moje wydatki wymknęły się spod kontroli, ale po raz pierwszy odczułam, jak bardzo publiczna kompromitacja może mnie dotknąć.
Po powrocie do domu stałam przed lustrem, przeglądając to, co kupiłam. Radość z nowych produktów mieszała się z poczuciem winy i frustracji. Wiedziałam, że nie mogę tak dalej, że każdy kolejny zakup przybliża mnie do kłopotów finansowych. Mimo to nie mogłam obiecać sobie, że się powstrzymam – potrzeba nowości była silniejsza od rozsądku. Tamtego dnia zrozumiałam, że zakupy przestały być tylko przyjemnością. Stały się pułapką, w której sama się zamykałam, nie mogąc ani wyjść, ani odpuścić.
Podjęłam pierwsze próby oszczędzania
Któregoś dnia stanęłam przed lustrem i nie mogłam na siebie patrzeć. Widziałam tam kobietę, która nie potrafi wziąć się w garść i ciągle daje się ponieść chwili, zamiast zacząć ogarniać własne życie. Wtedy postanowiłam oszczędzać. Usiadłam przy stole, wzięłam notes i zaczęłam skrupulatnie spisywać wszystkie wydatki. Najpierw te najważniejsze, czyli wszelkie stałe zobowiązania i rachunki do opłacenia, potem jedzenie, a na końcu ekstra przyjemności. Obiecałam sobie, że będę wpisywała tu wszystko, co kupiłam i nawet zostawiłam kopertę na paragony.
Na początku szło mi całkiem nieźle i przez chwilę miałam nawet wrażenie, że odzyskałam kontrolę nad swoim życiem. Postanowiłam ograniczyć zakupy i przemyśleć każdy wydatek. Codziennie zapisywałam w notesie wszystkie wydatki, nawet te drobne, sprawdzając, ile zostało na koncie. Na początku było to trudne, bo każda witryna sklepu wywoływała pokusę, ale starałam się myśleć o przyszłości i o konsekwencjach mojej nieodpowiedzialności.
Spacerując po centrum handlowym, obserwowałam innych klientów i uświadamiałam sobie, jak często ludzie ulegają impulsywnym zakupom. Widziałam ich szczęście i satysfakcję, ale też rozczarowanie, gdy kartą nie dało się zapłacić. Czułam, że mogę być inna, że mogę w końcu mieć nad tym kontrolę.
– Może dzisiaj wystarczy – powiedziałam do siebie, odstawiając kolejną sukienkę z powrotem na wieszak. – Nie potrzebuję wszystkiego od razu.
Pojawiło się poczucie satysfakcji, że mogę powstrzymać impuls i podejmować rozsądne decyzje. Wiedziałam, że nie zniknie całkowicie, że wciąż będę kuszona, ale to poczucie kontroli było nowe i niezwykle cenne. Wieczorem, przeglądając swoje finanse, zdałam sobie sprawę, że odpowiedzialność nie musi odbierać radości życia. Zakupy mogą być przyjemnością, jeśli są świadome i przemyślane. Zrozumiałam, że nie chodzi o całkowite powstrzymanie się, ale o znalezienie równowagi między potrzebą a rozsądkiem. Choć pokusa wciąż istniała, czułam, że mogę nią zarządzać. To nie był koniec moich zakupów, ale początek nowego sposobu myślenia – bardziej świadomego, spokojnego i zrównoważonego.
Zobaczyłam zmianę w sobie
Któregoś wieczora siedziałam w ciszy w moim mieszkaniu, patrząc na torby i pudełka, które nagromadziły się w ciągu ostatnich miesięcy. Każda z nich opowiadała historię mojej słabości i zachłanności, ale jednocześnie była świadectwem chwilowej radości i poczucia mocy. Zrozumiałam, że zakupy były dla mnie czymś więcej niż przyjemnością – były próbą wypełnienia pustki, której nie umiałam zaakceptować.
W głowie układałam rachunki i wydatki, analizowałam każdy impuls, który doprowadził mnie do kolejnego zakupu. Chociaż czasami czułam pokusę, by znów wejść do sklepu i poczuć natychmiastową ulgę, wiedziałam, że prawdziwa satysfakcja przyjdzie dopiero wtedy, gdy nauczę się panować nad sobą. Czasem kusiło mnie też zamówienie czegoś online, ale wtedy starałam się przekierować swoją uwagę na coś innego i włączałam serial lub film.
Przez chwilę poczułam spokój, którego wcześniej nie znałam. Mogłam patrzeć na swoje zakupy bez poczucia winy, a jednocześnie myśleć o przyszłości i o tym, jak mogę zrównoważyć przyjemność z odpowiedzialnością. Wiedziałam, że droga do równowagi będzie długa i trudna, ale pierwszy krok już zrobiłam.
Zrozumienie własnych ograniczeń i akceptacja, że czasem trzeba powiedzieć „nie”, stały się dla mnie ważniejsze niż kolejna sukienka czy błyszczyk. To był moment, w którym mogłam zacząć budować nowy sposób życia – bardziej świadomy, spokojny i wolny od potrzeby natychmiastowej gratyfikacji. Przede mną nadal były wyzwania, ale po raz pierwszy poczułam, że mogę nad nimi panować i znaleźć prawdziwą równowagę między przyjemnością a rozsądkiem.
Weronika, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na święta wyjechałem do Karpacza, żeby uniknąć męczącej szopki. W pensjonacie przeżyłem coś znacznie gorszego”
- „Zamiast barszczu na Wigilię, zrobiłam zupę dyniową po tajsku. Chcę mieć święta po swojemu, a nie pod dyktando mamusi”
- „W Białce Tatrzańskiej w święta spotkałam mężczyznę o jasnych oczach. Mąż nawet nie zauważył, że znikałam na całe noce”