„Kocham siebie, więc w Dzień Singla kupiłam sobie pierścionek. Ten piękny moment mogła zepsuć tylko jedna osoba”
„Pomyślałam, że to zabawne, jak łatwo nadajemy datom znaczenie. Jakby jeden dzień w kalendarzu mógł potwierdzić, kim jesteśmy. Powtarzałam sobie, że moja samotność jest wyborem. Że to ja odeszłam, ja postawiłam granicę, ja zdecydowałam, że nie chcę dłużej czekać aż Adrian wreszcie się zdecyduje”.

- Redakcja
Pierścionek miał być prostą odpowiedzią na wszystkie pytania, których nie chciałam już słyszeć. Na te o przyszłość, o plany, o to, czy kogoś mam. Wystarczyło spojrzeć na dłoń i móc powiedzieć sobie, że potrafię zadbać o siebie sama. Że brak kogoś obok nie jest pustką, tylko przestrzenią. Przynajmniej tak to sobie wtedy tłumaczyłam.
Dzień Singla był moim wyborem
Dzień Singla zaczął się dla mnie zaskakująco spokojnie. Bez nerwowego sprawdzania telefonu, bez oczekiwania, że coś się wydarzy. Zaparzyłam kawę, otworzyłam okno i przez chwilę stałam w ciszy, obserwując ludzi spieszących się na przystanek. Pomyślałam, że to zabawne, jak łatwo nadajemy datom znaczenie. Jakby jeden dzień w kalendarzu mógł potwierdzić, kim jesteśmy. Powtarzałam sobie, że moja samotność jest wyborem. Że to ja odeszłam, ja postawiłam granicę, ja zdecydowałam, że nie chcę dłużej czekać na „kiedyś”. Adrian zawsze mówił to słowo z takim spokojem, jakby było konkretną datą, a nie mglistą obietnicą. Telefon zawibrował, gdy kończyłam śniadanie. To była Karolina.
– No i jak, świętujesz? – zapytała bez wstępów.
– Jak najbardziej – odpowiedziałam zbyt szybko. – Myślę, że zrobię dziś coś tylko dla siebie.
– Brzmi groźnie. Albo drogo.
Uśmiechnęłam się do siebie. Karolina znała mnie za dobrze.
– Po prostu… chcę sobie coś kupić. Coś, co będzie tylko moje.
– Natalia, tylko nie rób nic z myślą, że musisz coś komuś udowodnić – powiedziała ciszej.
– Nie muszę – zaprzeczyłam odruchowo. – Chcę.
Po rozmowie długo siedziałam na kanapie, wpatrując się w swoją dłoń. Pustą, bez znaczeń. Przypomniałam sobie moment sprzed dwóch lat, gdy Adrian, zupełnie mimochodem, zatrzymał się przy witrynie jubilera.
– Ten jest ciekawy – rzucił wtedy. – Jak już będę kupował, to tylko coś wyjątkowego.
Nie zapytałam „kiedy”. Wtedy wydawało mi się to oczywiste. Teraz poczułam ukłucie irytacji. Na siebie. Na to, że wciąż wracam do tych samych scen. Wstałam gwałtownie, jakby decyzja mogła uciszyć myśli. Założyłam płaszcz, poprawiłam włosy i spojrzałam w lustro.
– Nie potrzebujesz nikogo – powiedziałam na głos. – Dasz sobie wszystko sama.
Brzmiało to niemal przekonująco.
Poczułam sporą satysfakcję
Galeria handlowa była pełna ludzi, ale czułam się w niej dziwnie odizolowana, jakbym poruszała się w osobnej warstwie powietrza. Sklepy mijałam bez większego zainteresowania, aż w końcu zatrzymałam się przed witryną z biżuterią znanej jubilerskiej marki. Światło odbijało się od szkła, a rzędy pierścionków wyglądały jak uporządkowane obietnice. Weszłam do środka, zanim zdążyłam się rozmyślić.
– W czym mogę pomóc? – zapytała sprzedawczyni z uprzejmym uśmiechem.
– Szukam pierścionka – odpowiedziałam, po czym dodałam szybko: – Dla siebie.
Skinęła głową, jakby to było zupełnie oczywiste. Wyjęła kilka modeli i ułożyła je przede mną. Patrzyłam na nie uważnie, analizując każdy detal, jakby od tej decyzji zależało coś więcej niż estetyka. Jeden z nich przyciągnął moją uwagę natychmiast. Prosty, ale wyrazisty. Dokładnie taki, jaki kiedyś opisywał Adrian. „Bez przesady, ale z charakterem” – powiedział wtedy, obracając w palcach zupełnie inny pierścionek. Pamiętałam to zdanie z niepokojącą wyrazistością.
– Ten jest bardzo modny – zauważyła sprzedawczyni. – Wiele osób wybiera go na wyjątkowe okazje.
Wyjątkowe. To słowo zawisłood razu mi się spodobało.
– Wezmę go – powiedziałam, zanim dopadły mnie wątpliwości.
Zakładanie pierścionka było krótką chwilą triumfu. Metal był chłodny, ale po sekundzie dopasował się do skóry. Spojrzałam na dłoń i poczułam coś na kształt satysfakcji. Jakbym właśnie zamknęła pewien rozdział bez czyjejkolwiek pomocy. Zapłaciłam bez mrugnięcia okiem, choć kwota na paragonie była wyraźna i konkretna. Wyszłam ze sklepu z małą torebką i podniesioną głową. Na ławce w galerii zrobiłam zdjęcie dłoni i wysłałam je Karolinie.
– Kupiłam – napisałam.
Odpowiedź przyszła szybko.
– Ładny, ale powiedz szczerze, czy dla radości, czy dla odwagi?
Zawahałam się.
– Dla siebie – odpisałam w końcu.
Schowałam telefon i spojrzałam jeszcze raz na pierścionek. Próbowałam wmówić sobie, że to tylko rzecz. Nagroda. Symbol niezależności. A jednak gdzieś pod tym wszystkim tliło się znajome porównanie. Tego, co jest, z tym, co miało być. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to już nie ma znaczenia. Postanowiłam, że kupię sobie jeszcze ulubione tulipany. W końcu to Dzień Singla, moje święto.
1 zdjęcie zburzyło mój spokój
Obudziłam się następnego dnia z dziwnym uczuciem ciężaru, jakby coś we mnie było nie na miejscu. Przez chwilę nie wiedziałam jeszcze co. Dopiero gdy poruszyłam dłonią, metal delikatnie dotknął pościeli. Pierścionek. Wczorajszy triumf. Przez moment wróciło to krótkie uczucie kontroli, ale szybko się rozpłynęło. Sięgnęłam po telefon. Odruchowo, bez konkretnego celu. Powiadomienia, kilka wiadomości, nic pilnego. Przewinęłam ekran i zatrzymałam się przy relacji wspólnej znajomej. Zdjęcie było jasne, starannie wykadrowane. Dwie dłonie splecione na tle kawiarni. Kobieca, z delikatnym lakierem, i męska, znajoma aż za bardzo.
Poczułam, jak żołądek zaciska mi się gwałtownie. Przybliżyłam obraz. Na palcu Leny, jego nowej, błyszczał pierścionek. Prawie identyczny jak mój. Ten sam kształt, ten sam detal przy oprawie. Różnił się ledwie zauważalnie, jakby ktoś zrobił dwie wersje tej samej obietnicy. Nie pamiętam, kiedy usiadłam na łóżku. Pamiętam za to myśl, która przyszła nagle i była boleśnie konkretna. On wiedział dokładnie, co wybiera. Telefon zadzwonił. Karolina.
– Widziałaś? – zapytała bez zbędnych wstępów.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć od razu.
– Tak – wydusiłam w końcu.
– Natalia, ja… dowiedziałam się przed chwilą. Nie chciałam, żebyś była z tym sama.
Zaśmiałam się krótko, nerwowo.
– Spokojnie. Przecież to już mnie nie dotyczy.
Wypowiedzenie tego zdania kosztowało mnie więcej, niż chciałam przyznać nawet przed sobą.
– Jak się czujesz? – zapytała ostrożnie.
Spojrzałam na swoją dłoń. Na pierścionek, który jeszcze wczoraj miał być dowodem siły.
– Jakby ktoś wyjął mi spod nóg coś, na czym nawet nie wiedziałam, że stoję... – odpowiedziałam cicho.
W głowie zaczęły pojawiać się obrazy, których nie chciałam. Adrian mówiący, że nie lubi pośpiechu. Adrian przekładający rozmowy o przyszłości. Adrian, który teraz klęczał przed kimś innym, z pierścionkiem przygotowanym wcześniej, niż kiedykolwiek chciał się przyznać.
– Może po prostu… z nią było inaczej – odezwała się Karolina.
– Właśnie to mnie przeraża – przerwałam jej.
Bo jeśli było inaczej, to znaczyło, że ja byłam tylko jakąś cholerną wersją roboczą. Przystankiem. Kimś, przy kim uczył się, zanim zrobił to naprawdę. Odłożyłam telefon i przez długą chwilę siedziałam bez ruchu. Pierścionek na mojej dłoni nagle ciążył. Nie był już symbolem niezależności. Był pytaniem, na które nie chciałam znać odpowiedzi.
Było mi potwornie wstyd
Przez resztę dnia chodziłam z uczuciem, że wszystko wokół jest zbyt głośne, zbyt intensywne. Każdy dźwięk drażnił, każde spojrzenie wydawało się nie na miejscu. W głowie wciąż miałam obraz dłoni tej jego Leny i ten jeden detal pierścionka, którego nie potrafiłam „odzobaczyć”. Próbowałam sobie wmówić, że to zbieg okoliczności, że takie wzory są popularne. Ale pamięć uparcie podsuwała mi sceny, które nagle zaczęły układać się w nową całość.
Przypomniałam sobie wszystkie rozmowy, w których Adrian mówił, że jeszcze nie czas. Że musi się poukładać... Że nie chce nic robić pod presją... Ja kiwałam wtedy głową, udając zrozumienie, choć w środku zaciskałam palce z niepokoju. Teraz zrozumiałam, że to ja nie byłam tą jedyną... Wieczorem przyszła Karolina. Usiadłyśmy przy stole, między nami stały dwie herbaty, których prawie nie ruszyłyśmy.
– Nie porównuj się do niej – powiedziała spokojnie. – To donikąd nie prowadzi.
– To trwało całe lata, tylko ja o tym nie wiedziałam? – zapytałam. – Może zawsze byłam tą, która nie miała znaczenia, a on czekał aż będzie gotowy… dla kogoś innego.
Karolina westchnęła i spojrzała na moją dłoń.
– Ten pierścionek… miał być dla ciebie, prawda? W innym sensie, niż teraz.
Nie odpowiedziałam od razu. Obróciłam go powoli palcami. Jeszcze wczoraj czułam dumę, dziś – coś na kształt wstydu. Jakbym próbowała oszukać samą siebie, przykrywając stratę błyszczącym symbolem.
– Chciałam udowodnić, że niczego mi nie brakuje – powiedziałam w końcu. – A tak naprawdę najbardziej boli mnie to, że nadal mi brakuje...
Karolina położyła dłoń na mojej.
– Niezależność to nie zbroja – powiedziała cicho. – Nie musi chronić przed wszystkim.
Zrozumiałam wtedy, że mój manifest był kruchy od samego początku. Że siła, na którą się powoływałam, była raczej tarczą niż wyborem. Pierścionek nie był nagrodą za przetrwanie. Był próbą zagłuszenia tego, że coś we mnie wciąż czekało. I właśnie wtedy ta konstrukcja pękła do końca.
W końcu przestałam czuć złość
Zostałam sama w mieszkaniu dopiero późnym wieczorem. Cisza była inna niż zwykle, mniej nerwowa, bardziej szczera. Zdjęłam pierścionek i położyłam go na stole. Leżał tam bez znaczenia, zwykły przedmiot, pozbawiony znaczenia, które próbowałam mu nadać. Patrzyłam na niego długo, aż w końcu przestałam czuć złość. Zostało tylko zmęczenie i coś na kształt ulgi. Zrozumiałam, że nie kupiłam go z miłości do siebie. Kupiłam go z lęku, że bez symboli będę wyglądać na kogoś, komu się nie udało. A przecież to nieprawda. Udało mi się odejść. Udało mi się nie zostać w miejscu, w którym ciągle słyszałam „jeszcze nie”.
Następnego dnia zapakowałam pierścionek do pudełka i zaniosłam go z powrotem do jubilera. Bez dramatów, bez tłumaczeń. Gdy wyszłam na ulicę, poczułam się lżejsza, jakby decyzja domknęła coś, co od dawna wisiało w powietrzu. Nie potrzebowałam dowodów niezależności. Potrzebowałam uczciwości wobec siebie. Przyznania, że strata bolała bardziej, niż chciałam pokazać, i że to w porządku. Samowystarczalność nie polega na tym, by nic nie czuć. Polega na tym, by nie udawać, że jest inaczej.
Natalia, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Remont kuchni planowałam od dawna, marząc o rodzinnych obiadach. Niestety wspólny stół nie sklei tego, co w nas pękło”
- „W tłusty czwartek planowałam słodkie popołudnie z babcią. Lukrowane pączki straciły smak, gdy poznałam gorzką prawdę”
- „W tłusty czwartek przy stole udawałam szczęśliwą żonę. Jedno spojrzenie mojego męża zdradziło więcej niż tysiąc słów”