Reklama

Na pierwszy rzut oka byliśmy idealną parą. Ona – młoda, zgrabna, z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Ja – trochę starszy, z pieniędzmi, doświadczeniem, jak to mawiano – poukładany. Znajomi mówili, że trafiła mi się jak szóstka w totka. Sami nie wiedzieli, czy bardziej mnie podziwiać, czy mi zazdrościć. Podkreślali, że gdyby oni mieli taką żonę, to nie potrzebowaliby już niczego więcej do szczęścia. Nie miałem serca, żeby im mówić prawdę. Że ta piękna wygrana zaczęła mnie powoli rujnować. Od środka.

Przy niej czułem się młody

Poznałem ją w banku. Stała przede mną w kolejce, trzymając w dłoni kopertę i nerwowo sprawdzając godzinę na telefonie. Miała w sobie coś magnetycznego. Nie tylko urodę – choć tej odmówić jej nie sposób – ale też energię, której nie widziałem od lat. Przypadkiem usłyszałem, że spóźni się na zajęcia na uczelni. Później wszystko potoczyło się samo. Pomogłem jej załatwić sprawę, zaproponowałem kawę. Była wdzięczna, rozmowna, roześmiana.

– Starszy pan z dobrym sercem – żartowała, a ja tylko się uśmiechałem, bo czułem, że po raz pierwszy od dawna ktoś patrzy na mnie z podziwem.

Kiedy powiedziała, że ma dwadzieścia cztery lata, nie drgnął mi nawet mięsień. Miałem czterdzieści dziewięć, dom, firmę, pieniądze, a w życiu – uczciwie mówiąc – nudę, której sam już nie potrafiłem znieść. Przy niej czułem się znowu młody. Kupowałem nowe ubrania, zmieniłem fryzjera, zacząłem chodzić na siłownię. Znajomi pytali, co się ze mną dzieje. Nie mówiłem nic. Była jak tajemnica, którą chciałem zatrzymać tylko dla siebie. Po pół roku oświadczyłem się jej w Paryżu. Przyjęła pierścionek z diamentem ze łzami w oczach. Myślałem wtedy, że wygrałem los na loterii.

Wolała gapić się w telefon

Ślub był jak z bajki. Wesele w plenerze, w ogrodzie przy jednej z najdroższych restauracji w mieście. Białe kwiaty, złote wstążki, orkiestra, szampan. Mój brat, wiecznie sceptyczny, rzucił tylko:

– No, stary, przepłaciłeś. Za wszystko.

Zignorowałem go. Chciałem, żeby było pięknie. Żeby każdy widział, że mnie stać. Że się udało. Że mam kobietę, której inni mogą mi tylko zazdrościć. A zazdrościli.

– Stary, jak ty to zrobiłeś? – pytali znajomi z firmy. – Ona wygląda jak modelka z wybiegu. A ty? No wiesz… Ty jesteś bardziej z kategorii „ojciec chrzestny”.

Śmiałem się z nimi, choć w środku miałem dziwne uczucie. Że coś jest nie tak. Że moja nowa żona nie patrzy na mnie jak wtedy, w banku. Że częściej zerka w telefon niż w moje oczy. Że coraz częściej mówi o socialach, obserwatorach, współpracach. Że każda chwila musi być udokumentowana – selfie, relacja, post. Nasze życie powoli przestawało być prawdziwe. Stawało się projektem.

– Kochanie, przesuń się trochę w prawo, światło tu lepsze – mówiła przy śniadaniu.

Ja trzymałem filiżankę i udawałem, że to wszystko mnie bawi. Nie wiedziałem wtedy, że to dopiero początek. A kamera w jej telefonie będzie naszym najwierniejszym świadkiem.

Nie mąż, tylko sponsor

Na początku nie zauważyłem, kiedy przekroczyliśmy granicę. Kiedy moje „wszystko dla niej” zaczęło znaczyć: „poświęć siebie”. Zaczęło się od drobiazgów – torebka za pięć tysięcy, weekend w Mediolanie, sesja zdjęciowa u modnej fotografki.

– Kochanie, muszę dobrze wyglądać. Mam współpracę z marką kosmetyczną. Z tego może być coś dużego – tłumaczyła z błyskiem w oku.

Płaciłem. Bez słowa. Zauroczony, wciąż naiwnie dumny. Chciałem ją wspierać. Nie zauważałem, że moje konto zaczęło chudnąć szybciej niż moje ciało na siłowni. Z czasem przestała mnie pytać. Po prostu wydawała. A ja... ja nadal tylko kiwałem głową. Gdy raz zapytałem, czy nie za dużo, rzuciła:

– Co ty możesz wiedzieć o świecie, w którym się teraz obracam?

Zabolało. Nie odpowiedziałem. Następnego dnia przyjechał kurier z nowymi sukienkami. Potem przyszła kolej na auto. Małe, sportowe, czerwone – idealne do zdjęć.

– Przecież cię na to stać – powiedziała i pocałowała mnie w policzek, zanim pobiegła wrzucić unboxing do relacji.

Z miesiąca na miesiąc czułem się coraz mniej jak mąż, a coraz bardziej jak sponsor. I coraz bardziej bałem się, że jeśli przestanę płacić, przestanę się dla niej liczyć.

Nie miałem już siły

Zacząłem zasypiać sam. Coraz częściej. Tłumaczyła się zdjęciami, montażem filmików, wiadomościami od fanek, „biznesem”. Leżałem po swojej stronie łóżka, słuchając stukania paznokci o ekran telefonu. Światło nie gasło do drugiej, trzeciej w nocy. Czasem nawet do rana.

– Przepraszam, musiałam wrzucić relację – mówiła rano, ziewając i zerkając na powiadomienia.

Nie czekała już na mnie z obiadem. Bo kto w dzisiejszych czasach gotuje, skoro można zamówić jedzenie z piękną naklejką? Z czasem przestała pytać, jak mi minął dzień. Mój świat stał się zbędnym dodatkiem do jej świata. Zdarzały się momenty, że patrzyłem na nią z boku, gdy śmiała się do telefonu, odgrywała emocje, kręciła filmiki, których sensu już nawet nie próbowałem zrozumieć. Zastanawiałem się wtedy, czy w ogóle jestem jeszcze częścią jej życia, czy już tylko tłem.

– Hej, uśmiechnij się! – wołała, kierując obiektyw w moją stronę. – Fani cię polubili!

Nie wiedziała, że od dawna nie miałem już na to siły. Że coś we mnie gasło. I że każdego dnia coraz bardziej tęskniłem za zwyczajnością. Za kolacją we dwoje. Za prawdziwym uśmiechem. Za kobietą, którą kiedyś poznałem w banku.

Nie robiła ze mnie głupka

Zaczęło się od komentarzy. Kilka anonimowych wiadomości. Szybko je usunęła. Twierdziła, że to hejterzy, zazdrośnicy. Nie wnikałem. Dopiero gdy kolega z pracy podsunął mi jedno zdjęcie, serce mi zamarło. Zdjęcie było sprytnie ucięte – niby promocyjna fotka z jakiegoś eventu, ale w odbiciu okna widać było ich dwoje. Ona i ktoś jeszcze. Młody, umięśniony. Trzymali się za ręce.

– Kto to? – spytałem spokojnie, pokazując jej zdjęcie.

– Ty poważnie pytasz? – zaśmiała się. – To tylko kolega z agencji. Zresztą, od kiedy ty w ogóle wiesz, co się dzieje w moim życiu?

Nie zaprzeczyła. I to bolało najbardziej. Zacząłem zauważać wszystko: późne powroty, ukradkowe uśmiechy, tajemnicze rozmowy, zapach męskich perfum w naszym aucie. Nie robiła ze mnie głupka. Ona po prostu uznała, że nie musi się już starać. Bo ja i tak będę – jak zawsze – płacił rachunki. Wciąż byłem mężem z portfelem. Z tym że teraz już nawet bez złudzeń. Tej nocy nie spałem. Patrzyłem w sufit, a jej nie było obok. Wiedziałem już wszystko. I nie miałem odwagi nic z tym zrobić. Jeszcze nie wtedy.

Byłem dla niej portfelem

Pewnego dnia wróciłem do domu i zastałem pustkę. Dosłownie. Walizki zniknęły. Część ubrań, kosmetyki, biżuteria. Na stoliku leżał klucz i kartka z trzema słowami: „Muszę iść dalej.” Nawet się nie podpisała. Nie płakałem. Nie krzyczałem. Nie roztrzaskałem żadnego cholernego kubka o ścianę. Usiadłem w kuchni i patrzyłem na filiżankę, z której codziennie piła rano kawę. Była pusta. Jak ja. Jak cały ten dom, który urządzałem z myślą o wspólnym życiu. Znajomi pytali:

– Co się stało? Przecież byliście idealni!

Uśmiechałem się gorzko. Idealni na zdjęciach. Idealni w oczach innych. Prawda była taka, że byłem tylko portfelem z sercem. A ona – marzeniem, które błyszczało, póki miało odbicie. Kiedy przestałem dawać blask, poszła szukać światła gdzie indziej. Z czasem przestało boleć. Zlikwidowałem wspólne konto, sprzedałem jej auto, wycofałem się z jej świata. A potem wróciłem do swojego. Zacząłem znowu chodzić bez telefonu w kieszeni. Gotować dla siebie. Oglądać filmy bez konieczności robienia relacji. Żyć. Nie wygrałem w totka. Wpakowałem wszystkie oszczędności w los, który był pusty. I długo nie potrafiłem się z tego otrząsnąć. Teraz przynajmniej wiem jedno – cisza też może być wybawieniem.

Michał, 51 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama