Reklama

Przyjechałem do uzdrowiska, żeby podreperować zdrowie, wyciszyć myśli i może, tylko może, zamienić z kimś kilka słów więcej niż zdawkowe dzień dobry na korytarzu. Nie spodziewałem się, że zafunduję sobie emocjonalny rollercoaster, a mój pobyt zamieni się w aferę o ukradzione krzesła, przesolone zupy i złośliwe plotki. To miała być jesień mojego życia, a poczułem się jak w piaskownicy, z której nikt nie potrafi wyjść z twarzą.

Los się do mnie uśmiechnął

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Powietrze w Ciechocinku pachniało wilgocią i solanką. Zameldowałem się w sanatorium tuż przed obiadem. Dostałem pokój na drugim piętrze z widokiem na fontannę, co uznałem za dobry znak. Mój współlokator, Mietek, cichy emerytowany księgowy, od razu pogrążył się w lekturze, więc wiedziałem, że w pokoju nie znajdę kompana do rozmów.

Zszedłem na stołówkę. Gwar uderzył mnie od progu; szuranie krzesłami, brzęk sztućców i szum setek rozmów. Rozejrzałem się, szukając wolnego miejsca i wtedy ją zobaczyłem. Siedziała przy stoliku pod oknem, ubrana w błękitną garsonkę, która idealnie podkreślała kolor jej oczu. Miała nienagannie ułożone włosy i sposób bycia, który od razu wyróżniał ją z tłumu. Jadła zupę z taką gracją, jakby była na królewskim bankiecie, a nie w sanatoryjnej jadalni serwującej pomidorową z ryżem.

Nazywała się Grażyna. Dowiedziałem się tego jeszcze tego samego popołudnia, kiedy „przypadkiem” minąłem ją przy tablicy ogłoszeń.

– Przepraszam panią – zagaiłem, siląc się na najbardziej szarmancki uśmiech, na jaki było mnie stać. – Czy wie pani może, gdzie znajduje się sala ćwiczeń? Dopiero przyjechałem i nieco błądzę.

Oczywiście doskonale wiedziałem, gdzie jest ta sala, ale każda wymówka była dobra. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się łagodnie i wskazała drogę. Jej głos był ciepły, melodyjny. Poczułem, jak serce, które od śmierci mojej żony biło tylko z konieczności, nagle przyspiesza. Pomyślałem, że może los wreszcie się do mnie uśmiechnął. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za rogiem czai się Romuald.

To był pierwszy cios

Romualda poznałem następnego dnia rano na gimnastyce. Trudno było go nie zauważyć. Podczas gdy my wszyscy, w szarych dresach, staraliśmy się niezdarnie wykonywać skłony, on wkroczył na salę w neonowym, pomarańczowym zestawie, który szeleścił przy każdym ruchu. Był głośny. Zbyt głośny.

– Dzień dobry, załogo! – krzyknął od progu, klepiąc po plecach bogu ducha winnego instruktora. – Rozruszamy te stare kości, co?

Już wtedy poczułem do niego instynktowną niechęć. Był typem człowieka, który zawsze musi być w centrum uwagi i uważa, że każda kobieta w promieniu kilometra czeka na jego komplementy. Niestety, los bywa złośliwy. Romuald upatrzył sobie ten sam cel co ja.

Zobaczyłem ich po południu w pijalni wód. Grażyna sączyła wodę, a on stał nad nią, oparty nonszalancko o kolumnę, i gestykulował żywo. Widziałem, jak Grażyna się śmieje. Ukłucie zazdrości było tak silne, że od razu postanowiłem działać. Podszedłem do nich, prostując plecy.

– Dzień dobry pani Grażyno – powiedziałem, ignorując Romualda. – Jak smakuje woda? Podobno ta źródlana czyni cuda na cerę, choć pani akurat tego nie potrzebuje.

Romuald zmierzył mnie wzrokiem, jakby oceniał rywala w ringu. Jego oczy zwęziły się.

– O, kolega z gimnastyki! – zagrzmiał, wchodząc mi w słowo. – Widziałem, jak walczyłeś ze skłonami. Trzeba uważać na kręgosłup w naszym wieku, co? Żeby coś nie chrupnęło.

To był pierwszy cios. Zawoalowana sugestia, że jestem niedołężnym staruszkiem. Grażyna spojrzała na mnie z troską, co tylko pogorszyło sprawę.

– Staram się dbać o formę – odpowiedziałem chłodno. – Ale cenię sobie też kulturę i spokój, czego niektórym tutaj wyraźnie brakuje.

Romuald parsknął śmiechem, ale w jego oczach nie było wesołości. Wojna została wypowiedziana.

Konflikt się zaostrzał

Każdy posiłek i zabieg stawał się okazją do rywalizacji. Kiedy przychodziłem na stołówkę wcześniej, by zająć stolik blisko Grażyny, okazywało się, że krzesło jest już zajęte przez „rezerwację” Romualda – zazwyczaj była to jego jaskrawa czapka z daszkiem.

Zrewanżowałem się trzeciego dnia. Wiedziałem, że Romuald uwielbia kompot z truskawek. Kiedy poszedł do bufetu po dokładkę, „przypadkiem” potrąciłem jego szklankę łokciem. Czerwona ciecz rozlała się po ceracie, kapiąc na jego krzesło.

– Ojej, najmocniej przepraszam! – zawołałem, udając przerażenie. – Jaka gafa!

Romuald wrócił, zobaczył mokre krzesło i poczerwieniał na twarzy. Musiał jeść na stojąco, co wyglądało komicznie. Grażyna nie widziała incydentu, ale widziała Romualda jedzącego jak koń przy żłobie. Zaliczyłem małe zwycięstwo.

Ale on nie pozostał dłużny. Następnego ranka, gdy poszedłem na zabiegi, okazało się, że moja karta zabiegowa zniknęła. Szukałem jej w panice, spóźniając się na okład. Znalazłem ją wciśniętą za doniczkę z paprotką na korytarzu. Kiedy wpadłem zdyszany do gabinetu, pielęgniarka pokręciła głową.

– Panie Waldemarze, spóźnienie to brak szacunku dla naszej pracy – skarciła mnie.

A kto siedział na ławce pod gabinetem, czytając gazetę i uśmiechając się pod nosem? Romuald.

Puściły nam hamulce

Zrozumiałem, że muszę zmienić taktykę. Bezpośrednie starcia były ryzykowne. Postanowiłem uderzyć w jego wizerunek. Postanowiłem odwiedzić panią Jadwigę, kuracjuszkę, która wiedziała wszystko o wszystkich.

– Wie pani, pani Jadwigo – szepnąłem do niej konspiracyjnie podczas oczekiwania na windę. – Ten pan Romuald, ten w dresie... Słyszałem, że w zeszłym roku w Busku-Zdroju narobił strasznych długów w kawiarni i uciekł przed końcem turnusu. Podobno nie oddaje pożyczek.

Oczy pani Jadwigi zaświeciły się jak latarnie. Wiedziałem, że do kolacji ta informacja dotrze do stolika Grażyny. Efekt był natychmiastowy. Podczas podwieczorku widziałem, jak Grażyna z rezerwą odsuwa się od Romualda. Czułem triumf, ale też lekkie ukłucie sumienia. Czy to było fair? Nie. Ale czy on grał fair, podrzucając mi do kieszeni płaszcza garść łupin po słoneczniku? Też nie.

Romuald szybko zorientował się, skąd wieje wiatr. Jego zemsta była perfidna. Podczas grupowego wyjścia do parku, kiedy szedłem obok Grażyny, opowiadając jej o mojej pasji do ogrodnictwa, nagle poczułem, że moja laska zapada się w ziemię głębiej niż powinna. Straciłem równowagę i wylądowałem jak długi na trawniku, brudząc spodnie błotem. Okazało się, że ktoś poluzował gumową nasadkę na końcu laski. Romuald podbiegł pierwszy, z udawaną troską.

– Waldek! Co się stało? Nogi odmawiają posłuszeństwa? – krzyczał na cały park. – Może wózek trzeba załatwić? Pani Grażyno, niech się pani odsunie, bo jeszcze pana Waldemara trzeba będzie ocucić!

Grażyna patrzyła na mnie z litością. To było najgorsze spojrzenie, jakie mężczyzna może otrzymać od kobiety, na której mu zależy.

Straciliśmy nad tym kontrolę

Atmosfera gęstniała z każdym dniem. Inni kuracjusze zaczęli zauważać naszą rywalizację i obstawiać zakłady, kto wygra serce „pięknej pani w błękicie”. Mój współlokator Mietek próbował przemówić mi do rozsądku.

– Waldek, odpuść – mówił wieczorami. – Zachowujecie się jak koguty. Ta kobieta nie jest głupia, widzi, co robicie. Ośmieszasz się.

– Ty nic nie rozumiesz, Mietek – burczałem. – Tu chodzi o honor. On myśli, że wszystko mu wolno. Nie pozwolę, żeby taki prostak zawrócił jej w głowie.

Punkt kulminacyjny nastąpił w przedostatni wieczór turnusu. Wielki wieczorek pożegnalny w sali lustrzanej. To miał być mój moment. Kupiłem w miasteczku najlepszą bombonierkę i zamówiłem u DJ-a dedykację.

Wszedłem na salę w moim najlepszym garniturze. Grażyna wyglądała zjawiskowo w granatowej sukience. Siedziała przy stoliku z koleżankami. Ruszyłem w jej stronę pewnym krokiem. I wtedy z drugiej strony sali ruszył Romuald. W jasnej marynarce, z gigantycznym bukietem róż. Szliśmy ku niej, przyspieszając z każdym krokiem. Dopadliśmy do jej stolika w tym samym momencie.

– Pani Grażyno, to dla pani – wydyszał Romuald, wpychając jej bukiet w ręce.

– Pozwoli pani, słodki upominek dla najsłodszej kobiety – wtrąciłem się, próbując wcisnąć bombonierkę między róże a jej twarz.

– Ja byłem pierwszy! – warknął Romuald, odpychając mnie biodrem.

Chyba śnisz! – odparowałem, nie ustępując pola. – Pani Grażyna nie potrzebuje twoich chwastów!

– Chwastów?! To są róże królewskie, tetryku!

Ludzie przestali tańczyć. Wszyscy patrzyli na dwóch starszych panów, którzy przepychali się nad głową przerażonej kobiety. W ferworze walki Romuald zahaczył rękawem o mój łokieć, ja straciłem równowagę i poleciałem na stolik. Bombonierka wystrzeliła z moich rąk, otwierając się w locie. Czekoladki rozsypały się po podłodze, a jedna, o ironio, wylądowała w dekolcie pani Jadwigi.

Romuald pociągnął za obrus. Szklanki z sokiem i talerzyki zjechały z hukiem. Wazon z wodą przewrócił się prosto na kolana Grażyny. Zapadła cisza absolutna. Nawet DJ przestał grać.

Usłyszeliśmy gorzkie słowa prawdy

Leżałem na podłodze wśród okruchów sernika, patrząc w górę. Grażyna wstała powoli. Jej piękna sukienka była mokra. Z jej twarzy zniknął łagodny uśmiech. Zastąpił go wyraz głębokiego zażenowania i złości.

– Czy wy jesteście poważni? – zapytała cicho, ale w tej ciszy jej głos brzmiał jak dzwon.

– Pani Grażynko, to on... – zaczął Romuald, wskazując na mnie.

– Cisza! – przerwała mu ostro. – Obaj zachowujecie się jak rozkapryszone dzieci. Zepsuliście mi cały pobyt. Myślałam, że w sanatorium spotkam dojrzałych ludzi, z którymi można porozmawiać o życiu, o sztuce, o czymkolwiek sensownym. A trafiłam między dwóch egocentryków, którzy potraktowali mnie jak trofeum w jakimś żałosnym konkursie.

Spojrzała na mnie, potem na Romualda.

Nie chcę znać żadnego z was. Dajcie mi święty spokój.

Odwróciła się na pięcie i wyszła z sali. Zostałem na podłodze, czując, jak palący wstyd zalewa mnie od stóp do głów. Spojrzałem na Romualda. Stał z opuszczonymi ramionami, trzymając nieszczęsny bukiet, z którego opadały płatki. Ludzie zaczęli szeptać. Ktoś się zaśmiał. Wstałem, otrzepałem garnitur, choć wiedziałem, że godności nie da się tak łatwo odzyskać. Wyszedłem z sali, czując na plecach wzrok setek par oczu.

Wyciągnąłem z tego wnioski

Wyjazd był następnego ranka. Pakowałem walizkę w milczeniu. Kiedy szedłem do autokaru, zobaczyłem Grażynę. Rozmawiała z kierowcą, uśmiechała się. Chciałem podejść, przeprosić... Ale nie miałem odwagi. Zrozumiałem, że każde moje słowo byłoby teraz zbędne. Usiadłem na samym końcu autokaru. Chwilę później wsiadł Romuald. Jedyny wolny fotel był obok mnie. Spojrzeliśmy na siebie. W jego oczach nie było już bufonady. Było zmęczenie i to samo poczucie porażki, które trawiło mnie.

Usiadł ciężko obok. Przez pierwsze pięćdziesiąt kilometrów nie zamieniliśmy słowa.

Głupio wyszło – mruknął w końcu, nie odwracając głowy.

– Bardzo głupio – przyznałem.

– Ładna była. I z klasą.

– Zbyt dużą jak na nas dwóch – odpowiedziałem.

Romuald westchnął i wyciągnął z torby termos.

– Chcesz herbaty? Z cytryną.

Spojrzałem na niego. W tym neonowym dresie, teraz nieco wymiętym, wyglądał po prostu na samotnego, starzejącego się faceta, który tak samo jak ja, bał się pustego domu i ciszy w czterech ścianach. Nasza rywalizacja nie toczyła się o Grażynę. Chodziło o to, by poczuć, że jeszcze coś znaczymy, że jeszcze możemy o coś walczyć.

– Poproszę – powiedziałem.

Nalał mi herbaty do plastikowego kubka. Była gorąca i słodka. Wypiliśmy ją w milczeniu. Grażyna siedziała pięć rzędów przed nami. Nie odwróciła się ani razu. Zmarnowaliśmy trzy tygodnie na walkę, w której nie było zwycięzców. Jedyne, co nam zostało, to ta herbata i długa droga powrotna do pustych mieszkań. Kiedy wysiadałem na dworcu w moim mieście, podałem Romualdowi rękę.

– Trzymaj się, Romek.

– Ty też, Waldek. Dbaj o siebie.

Wróciłem do domu. Jest cicho. Czasem myślę o Grażynie, ale częściej myślę o tym, jak łatwo duma potrafi zniszczyć coś, co mogło być piękną przyjaźnią – z nią, a może nawet z nim. Następnym razem, jeśli w ogóle będzie jakiś następny raz, zacznę od zwykłego „dzień dobry” i zostawię wrogość w domu.

Waldemar, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama