„Walentynki spędziłem z byłą teściową. Tegoroczne święto zakochanych dało mi więcej, niż oczekiwałem”
„Walentynki po rozwodzie były dla mnie tylko przypomnieniem samotności. Nie planowałem nic poza mrożoną pizzą i ciszą. Los jednak postawił na mojej drodze byłą teściową – kobietę, która kiedyś była mi niemal jak matka. To jedno spotkanie, szczera rozmowa i gest, którego się nie spodziewałem, sprawiły, że ten wieczór zostawił we mnie coś bardzo ważnego”.

- Redakcja
Walentynki nigdy nie były dla mnie szczególnie ważnym dniem, ale odkąd rozstałem się z żoną, stały się niemal symbolem mojej samotności. Zbliżające się święto zakochanych powodowało u mnie ciężką nostalgię. Te serduszka wokół, uśmiechnięte pary, promocje na czekoladki dla dwojga... A co ze mną?
Miałem zamiar schować się w swoim mieszkaniu, zamówić pizzę i zapomnieć o całym tym zamieszaniu. Nigdy bym nie przypuszczał, że właśnie tego wieczoru spotkam kogoś, kto jeszcze niedawno był dla mnie niemal rodziną – moją byłą teściową. To nieoczekiwane spotkanie przerodziło się w coś, co na długo zostanie w mojej pamięci. Nie przewidziałem, że los tak pokieruje moim samotnym walentynkowym wieczorem.
Nie mogłem zostać w domu
Tego dnia budziłem się z poczuciem ciężaru, który trudno opisać. Może to kwestia zimowej szarugi, a może zwyczajnie świadomość, że kolejny raz mam spędzić walentynki samotnie. Zawsze powtarzałem, że to komercyjne święto nie ma dla mnie znaczenia, ale gdy widzisz, jak wszyscy wokół planują kolacje, kupują róże i rezerwują stoliki w restauracjach, trudno nie poczuć ukłucia zazdrości. Przewracałem się w łóżku, próbując znaleźć powód, by jednak wstać i jakoś przeżyć ten dzień. W lodówce tylko światło, a kawa się skończyła – jakby wszechświat specjalnie chciał mi utrudnić życie.
Około południa zmusiłem się, żeby wyjść do sklepu. Miasto było przystrojone jak do jakiegoś kiczowatego festynu. Wszędzie czerwone baloniki i lizaki w kształcie serca. Przez chwilę rozważałem, czy nie zawrócić do domu, zanim jeszcze przekroczę próg marketu, ale jednak głód wygrał z dumą. Stałem w kolejce do kasy, z zakupami na jeden wieczór: pizza mrożona, chipsy, piwo. Zastanawiałem się, czy to już znak, że się poddałem, czy tylko taki żart z własnego losu. Byłem przekonany, że ten dzień będzie identyczny jak wszystkie poprzednie – nudny, przewidywalny i pusty.
W pierwszej chwili nie poznałem
Kiedy wyszedłem ze sklepu, przez moment miałem ochotę po prostu zniknąć – schować się w kaptur, przemknąć szybko między ludźmi, żeby nikt znajomy mnie nie zobaczył w tym żałosnym stanie. Pech chciał, że tuż przy wyjściu, pod dachem, chroniła się przed deszczem starsza kobieta w granatowym płaszczu. W pierwszej chwili nawet jej nie poznałem. Dopiero kiedy spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła, zrozumiałem, z kim mam do czynienia.
– O, cześć, Michał – powiedziała, ściskając pod pachą siatkę z zakupami.
Nie wiedziałem, jak się zachować. Przez ułamek sekundy miałem ochotę udawać, że się pomyliła, że mnie nie zna. Przecież rozstałem się z jej córką w niezbyt przyjaznych okolicznościach, od ponad roku nie mieliśmy kontaktu. Stałem więc, niezręcznie przekładając reklamówkę z ręki do ręki.
– Dzień dobry, pani Alino... – odpowiedziałem, siląc się na uprzejmość.
Uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach zobaczyłem coś, co mnie zaskoczyło – nie było w nich ani żalu, ani złości. Może trochę smutku, może odrobina ciepła, jakiego dawno nie czułem.
– Pada i pada... – westchnęła. – Czekałam na autobus, ale coś dziś nie jeżdżą.
Złapałem się na tym, że nawet mnie to wzruszyło. Przez moment zapadła między nami cisza, w której czułem się nieswojo. Nie mogłem się ruszyć z miejsca.
Było po prostu szczerze
– Może panią podwiozę? – wypaliłem w końcu, zanim zdążyłem się zastanowić, czy to w ogóle dobry pomysł.
Alina popatrzyła na mnie z wdzięcznością i nieco zaskoczeniem.
– Nie chciałabym ci robić kłopotu…
– To żaden problem, naprawdę – odpowiedziałem. Sam nie wiedziałem, skąd nagle we mnie tyle uprzejmości. Chyba tęskniłem za jakimkolwiek ludzkim kontaktem, nawet tak kłopotliwym. Wyszliśmy spod sklepu i ruszyliśmy w stronę mojego samochodu. Przez chwilę oboje milczeliśmy, tylko deszcz bębnił o dach auta, kiedy jechaliśmy przez miasto.
– Co u ciebie, Michał? – zapytała cicho, patrząc przez szybę na zewnątrz.
Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć. „Jakoś leci” – chciałem rzucić, jak to zwykle się mówi, ale w jej spojrzeniu było coś, co sprawiło, że nie chciałem kłamać.
– Samotno. Trochę tęskno za dawnymi czasami – przyznałem w końcu.
Alina pokiwała głową, jakby dokładnie rozumiała, co mam na myśli.
– Wiem, o czym mówisz – powiedziała. – Ja też czasem czuję się strasznie pusto. Szczególnie dziś, gdy wszędzie te serca i napisy o miłości…
Zrobiło mi się lżej. Byliśmy jak dwoje ludzi, którzy przestali udawać, że wszystko gra. Może właśnie za tym tęskniłem najbardziej – za szczerością.
Teściowa wspominała stare czasy
Zatrzymałem samochód pod blokiem Aliny. Przez chwilę żadne z nas się nie ruszało. W powietrzu wisiało coś trudnego do nazwania – mieszanka starego żalu i jakiegoś nowego zrozumienia. Już miałem się pożegnać, kiedy ona zapytała:
– Może wejdziesz na herbatę? Nie mam co prawda czekoladek w kształcie serca, ale zawsze znajdzie się coś słodkiego.
Wahałem się, ale samotność w moim mieszkaniu wydawała się jeszcze gorsza niż konfrontacja z duchami przeszłości. Kiwnąłem głową.
Jej mieszkanie wyglądało dokładnie tak samo, jak zapamiętałem. Ten sam obrus, ten sam zapach świeżo parzonej kawy – bo mimo pory dnia Alina zawsze piła kawę, nawet wieczorem. Usiadłem przy stole, a ona sięgnęła po ciasteczka z puszki.
– Pamiętasz, jak kiedyś siedzieliśmy tutaj przy makowcu? – rzuciła nagle. – Bywało różnie, ale nierzadko śmialiśmy się do łez.
Uśmiechnąłem się blado, bo dobrze pamiętałem te wieczory. Nie wszystko było wtedy łatwe, ale czułem, że mam do czego wracać. Teraz zostały tylko wspomnienia i niedopowiedziane żale.
– Czasem myślę, że człowiek powinien doceniać te chwile, zanim je straci – powiedziałem, patrząc na jej dłonie. – Dopiero teraz to rozumiem.
Alina spojrzała na mnie z czułością i smutkiem.
– Lepiej późno niż wcale.
Nie chciałem wychodzić od teściowej
W pokoju zrobiło się cicho, tylko zegar w kuchni tykał głośniej niż zwykle. Alina nalała kawy do dwóch kubków, przysiadła naprzeciwko i przez chwilę patrzyliśmy na siebie tak, jakbyśmy oboje próbowali zrozumieć, jak to możliwe, że nasze drogi znowu się przecinają. Była w niej jakaś inna delikatność niż kiedyś – może to wiek, może doświadczenia, a może po prostu ten walentynkowy wieczór.
– Michał, czy żałujesz… wszystkiego, co było? – zapytała cicho, nie podnosząc wzroku.
– Czasami tak, a czasami mam wrażenie, że to po prostu życie. Nie zawsze wychodzi, jak się chce – odpowiedziałem. – A pani?
Uśmiechnęła się nieśmiało.
– Ja żałuję tylko tego, że nie rozmawialiśmy, kiedy trzeba było. Czasem tak bardzo chce się kogoś zrozumieć, a brakuje słów.
Zapadła cisza. Byłem przekonany, że na tym zakończy się nasz wieczór – że podziękuję za kawę i wrócę do swojego pustego mieszkania. Tymczasem Alina nagle ujęła moją dłoń. Zdziwiłem się, bo ten gest był tak prosty, a jednocześnie przywrócił mi jakieś zapomniane poczucie bliskości.
– Dobrze, że przyszedłeś. – Jej głos był cichy, ale pełen emocji.
Nie chciałem już wracać do siebie. Po raz pierwszy od dawna poczułem, że ktoś naprawdę mnie widzi.
Nie czułem się już samotny
Nie wiem, kiedy czas minął tak szybko. Siedzieliśmy przy stole długo po tym, jak kawa dawno wystygła, a ciasteczka się skończyły. Rozmowa z Aliną nie była ani łatwa, ani przyjemna w banalny sposób – raczej oczyszczająca, pełna ciepła i smutku, które można zrozumieć dopiero wtedy, gdy naprawdę zabraknie w życiu kogoś bliskiego. Opowiadaliśmy sobie o rzeczach, które bolały i tych, które budziły śmiech. Było w tym coś pokrętnego, bo przecież byliśmy rodziną tylko przez chwilę, a teraz, po latach, potrafiliśmy być dla siebie bliżsi niż z wieloma osobami, z którymi teoretycznie powinniśmy być blisko.
Kiedy wychodziłem od niej po północy, śnieg padał lekko, a miasto wydawało się jakby cichsze niż zwykle. Alina odprowadziła mnie do drzwi, przez moment wahając się, czy powinna powiedzieć coś jeszcze. W końcu uśmiechnęła się i dotknęła mojej twarzy tak, jak matka dotyka syna, który długo nie wracał do domu.
– Pamiętaj, Michał, nawet jeśli świat się wali, zawsze możesz przyjść na herbatę – powiedziała.
Wracając do domu, pierwszy raz od dawna czułem, że nie jestem już tak zupełnie sam. Ten czuły, zwykły wieczór sprawił, że jeszcze raz uwierzyłem w ludzi. I w to, że drugi raz można dostać coś na kształt rodziny, nawet jeśli w zupełnie nieoczekiwany sposób.
Michał, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż wyjechał w delegację i zostawił mnie z remontem. Gdy wpadł szwagier, wiedziałam, że to nie będzie zwykła pomoc”
- „Uciekłam od męża i zabrałam dzieci na ferie w góry. Jego ciągłe pretensje i fochy nie są mi do szczęścia potrzebne”
- „Na stare lata w sanatorium znalazłem ukochaną. Nie sądziłem, że w moim sercu jest jeszcze miejsce na amory”