„Ktoś w biurze rozpuścił plotkę, że wpadłam szefowi w oko. Najgorsze, że w każdej plotce zawiera się ziarenko prawdy”
„W kolejnych tygodniach zaczęłam obsesyjnie kontrolować swoje zachowanie. Unikałam patrzenia Filipowi w oczy podczas zebrań. Kiedy prosił mnie o zostanie po godzinach, żeby dokończyć pilne zlecenie, prosiłam o przesyłanie wytycznych mailem”.

Praca w dużej agencji reklamowej w centrum Warszawy zawsze kojarzyła mi się z pędem, nieustannym dzwonieniem telefonów i zapachem świeżo parzonej kawy, który unosił się nad open space.
To był mój świat
Lubiłam ten chaos. Dawał mi poczucie, że jestem częścią czegoś ważnego, że moje projekty graficzne realnie wpływają na to, jak ludzie postrzegają świat. Przez pierwsze dwa lata byłam po prostu jednym z wielu trybików w tej maszynie – sumienną, kreatywną, ale raczej trzymającą się na uboczu. Wszystko zmieniło się trzy miesiące temu, kiedy kierownictwo nad naszym działem przejął Filip.
Był inny niż nasi poprzedni szefowie. Zaledwie kilka lat starszy ode mnie, z nienagannym gustem i sposobem bycia, który onieśmielał, ale jednocześnie budził szacunek. Nie krzyczał, rzadko okazywał zniecierpliwienie, a jego uwagi do projektów były zawsze trafne. Pamiętam dzień, w którym po raz pierwszy pochwalił moją prezentację dla klienta z branży ekologicznej.
– To jest świeże – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – Właśnie takiej wrażliwości brakowało nam w zespole.
Wtedy poczułam jedynie dumę zawodową. Dla mnie to była zwykła uprzejmość. Dla biura – to był początek serialu, który oglądali na żywo każdego dnia.
Nic nie zauważyłam
Atmosfera zaczęła gęstnieć powoli. Najpierw były to tylko uśmieszki, kiedy wychodziłam z jego gabinetu po omówieniu poprawek. Potem nagłe milknięcie rozmów, gdy wchodziłam do kuchni. Czułam się nieswojo, ale zrzucałam to na karb stresu przed końcem kwartału. Pewnego wtorku, kiedy stałam przy drukarce, czekając na wielkoformatowe wydruki, podeszła do mnie Malwina. Oparła się biodrem o parapet i zaczęła bawić się swoim kubkiem.
– Słyszałam, że Filip odrzucił projekt Kaśki, a twój przepchnął bez poprawek – rzuciła niby od niechcenia, ale w jej głosie słyszałam jad.
– Mój projekt był zgodny z briefem – odpowiedziałam spokojnie, choć serce zaczęło mi bić szybciej. – Kaśka źle zinterpretowała wytyczne dotyczące kolorystyki.
– Oczywiście – Malwina uśmiechnęła się krzywo. – Po prostu masz niesamowite wyczucie tego, co podoba się szefowi. W każdym aspekcie.
Zatkało mnie. Chciałam zapytać, co sugeruje, ale ona już odeszła. Stałam tam, patrząc, jak maszyna wypluwa kolejne kartki papieru i czułam, jak pieką mnie policzki. Zrozumiałam wtedy, że w ich oczach nie jestem już zdolną graficzką. Byłam tą, która ma chody. Tą, która „coś kręci”.
Biuro huczało
W kolejnych tygodniach zaczęłam obsesyjnie kontrolować swoje zachowanie. Unikałam patrzenia Filipowi w oczy podczas zebrań. Kiedy prosił mnie o zostanie po godzinach, żeby dokończyć pilne zlecenie, prosiłam o przesyłanie wytycznych mailem, tłumacząc się, że wolę pracować w domu. Starałam się stać niewidzialna.
Problem polegał na tym, że Filip tego nie ułatwiał. I to nie dlatego, że robił coś niestosownego. Wręcz przeciwnie. Był po prostu zbyt ludzki jak na standardy korporacyjnego piekła, w którym tkwiliśmy.
Pamiętam deszczowy czwartek. Wszyscy byliśmy wykończeni, bo termin oddania kampanii minął wczoraj, a klient wciąż marudził. Siedziałam nad tabletem graficznym, masując skronie, kiedy na moim biurku wylądował kubek z gorącą herbatą z cytryną i miodem. Podniosłam wzrok. Filip stał nade mną z uśmiechem.
– Wyglądasz, jakbyś walczyła z migreną – powiedział cicho. – To pomaga. Moja babcia zawsze taką robiła.
Był uprzejmy
Zanim zdążyłam podziękować, rozejrzałam się po sali. Malwina patrzyła. Kinga patrzyła. Nawet stażysta, który zazwyczaj nie odrywał wzroku od telefonu, teraz obserwował nas z ciekawością.
– Dziękuję, szefie – powiedziałam oficjalnie, starając się brzmieć chłodno. – Ale naprawdę nie trzeba. Mam wodę.
– Wypij. Potrzebujemy cię w pełni sił – rzucił krótko i wrócił do swojego gabinetu.
W kuchni wybuchła bomba. Kiedy poszłam tam pół godziny później umyć jabłko, usłyszałam fragment rozmowy, której nie powinnam była słyszeć.
– …no mówię ci, herbata z miodzikiem. Do łóżka jej jeszcze nie zanosi, ale to kwestia czasu – głos Malwiny niósł się echem po kafelkach. – Przecież to widać. Ona zgrywa świętą, a on lata wokół niej jak zakochany kundel. Ciekawe, czy premię też dostaje w naturze.
Upuściłam jabłko. Potoczyło się po podłodze i uderzyło w but jednego z handlowców, który akurat wchodził. Zapadła się martwa cisza. Malwina odwróciła się, zobaczyła mnie i nawet nie spuściła wzroku. Wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: „No co? Przecież wszyscy to wiedzą”.
Wybiegłam stamtąd, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Zamknęłam się w toalecie i oparłam czoło o zimne lustro. To było niesprawiedliwe. Harowałam jak wół. Moje projekty wygrywały przetargi. A teraz wszystko to zostało sprowadzone do brudnej plotki o romansie, którego nie było.
Musiałam to wyjaśnić
Najgorsze było jednak to, że gdzieś na dnie serca zaczęłam zadawać sobie pytanie: dlaczego on to robi? Dlaczego przyniósł herbatę akurat mi? Dlaczego tydzień temu zapytał, czy bezpiecznie dojechałam do domu podczas śnieżycy, a nie zapytał o to nikogo innego? Czy ja też byłam ślepa?
Kulminacja nastąpiła dwa tygodnie później. Zbliżał się termin oddania projektu dla naszego kluczowego klienta. Awaria serwerów sprawiła, że straciliśmy część danych i musieliśmy odtwarzać grafiki niemal od zera. Zespół rozszedł się do domów o osiemnastej, ale ja i Filip musieliśmy zostać.
On odpowiadał za strategię, ja za warstwę wizualną. Nie było wyjścia. Biuro po zmroku wyglądało zupełnie inaczej. Ciche, zgaszone światła, tylko blask monitorów i szum wentylacji. Siedzieliśmy przy moim biurku, przeglądając kolejne layouty.
– To przesunięcie o dwa piksele w prawo robi robotę – mruknął Filip, pochylając się nad ekranem. Stał blisko. Miał poluzowany krawat i podwinięte rękawy koszuli.
– Filip – zaczęłam, nie odrywając wzroku od ekranu. – Muszę ci coś powiedzieć.
– Coś nie tak z projektem? – zaniepokoił się.
– Nie. Z biurem. Z ludźmi.
Wyprostował się i oparł o krawędź biurka, krzyżując ramiona na piersi.
– Słucham.
– Plotkują – wyrzuciłam z siebie, czując, że nie mam już nic do stracenia. – Mówią, że mamy romans. Że faworyzujesz mnie, bo… coś jest między nami. Malwina rozsiewa historie, które są bzdurne, ale ludzie w nie wierzą. To podważa moje kompetencje. Nie mogę tak pracować.
Zapadła cisza. Bałam się na niego spojrzeć. Spodziewałam się, że wyśmieje te rewelacje, albo obieca, że porozmawia z zespołem o etyce pracy.
– Wiem – powiedział cicho.
Podniosłam głowę gwałtownie.
– Wiesz? I nic z tym nie robisz?
– Wiem, co gadają. Trudno tego nie zauważyć, kiedy milkną na mój widok. Nie reagowałem ostro, bo bałem się, że jakakolwiek interwencja tylko pogorszy sprawę. Że uznają to za dowód, iż bronię swojej… – zawiesił głos.
– Swojej kochanki? – dokończyłam z goryczą.
– Nie. Swojej bliskiej osoby.
Te słowa zawisły w powietrzu. Patrzyłam na niego, próbując zrozumieć sens tego, co właśnie powiedział. Jego twarz, zazwyczaj tak opanowana, teraz wyrażała walkę.
Nie mogłam uwierzyć
– Przepraszam, że naraziłem cię na to wszystko – kontynuował. – Starałem się być profesjonalny. Ale chyba jestem beznadziejnym aktorem, skoro całe biuro zauważyło to szybciej niż ty.
– Zauważyło co? – zapytałam szeptem, choć odpowiedź zaczynała już do mnie docierać.
– Że cię podziwiam. Że szukam pretekstów, żeby podejść do twojego biurka. Że tamta herbata to nie była tylko uprzejmość szefa, ale troska faceta, który martwi się, że kobieta, na której mu zależy, zaraz padnie z wycieńczenia.
Serce uderzyło mi w piersi jak młot. To nie była biurowa gra. To nie był mobbing ani manipulacja. Filip, mój opanowany, zdystansowany szef, właśnie przyznawał się do uczuć, o które oskarżały nas plotkary.
– Więc to prawda? – zapytałam, czując dziwną mieszankę lęku i ulgi.
– Prawda jest taka, że nic między nami nie zaszło, więc plotki o romansie są kłamstwem – powiedział stanowczo. – Ale prawdą jest też to, że chciałbym, aby kiedyś, w innych okolicznościach, coś zaszło. Że cię lubię. Bardzo.
Patrzyliśmy na siebie w półmroku biura. Nagle wszystkie te sytuacje – spojrzenia, drobne gesty, jego obecność – ułożyły się w całość. I co najbardziej przerażające – uświadomiłam sobie, że ja też nie byłam obojętna. Jego pochwały znaczyły dla mnie więcej niż premia. Czułam się przy nim bezpiecznie. Te plotki bolały mnie tak bardzo nie tylko dlatego, że były kłamstwem, ale dlatego, że dotykały czegoś, co bałam się nazwać.
Miałam obawy
– I co teraz? – zapytałam bezradnie. – Jak mamy jutro przyjść do pracy?
– Normalnie – odparł. – Ale najpierw skończymy ten projekt. A potem… zastanowimy się, jak rozwiązać ten węzeł gordyjski. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię obrażał. Obiecuję.
Siedzieliśmy tam do drugiej w nocy. Atmosfera się zmieniła. Napięcie zniknęło, zastąpione przez coś nowego, delikatnego, ale potężnego. Kiedy wychodziliśmy z biurowca, Filip zaproponował, że odwiezie mnie do domu. Zgodziłam się. W samochodzie prawie nie rozmawialiśmy, ale to milczenie było dobre.
Następnego dnia w biurze czułam się jak na polu minowym. Malwina obserwowała mnie z triumfem, pewna, że jej intrygi w końcu mnie złamią. Około południa Filip zwołał zebranie całego zespołu. Wszyscy zebrali się w sali konferencyjnej, szurając krzesłami i wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Filip stał przy tablicy, wyprostowany i poważny.
– Dziękuję wszystkim za przybycie – zaczął. – Chciałem podsumować projekt technologiczny. Dzięki tytanicznej pracy, zwłaszcza wczorajszej nocy, zdążyliśmy przed terminem.
Rozległy się niemrawe brawa.
– Jednak jest jeszcze jedna sprawa, którą muszę poruszyć – jego ton stał się lodowaty. Zobaczyłam, jak Malwina prostuje się na krześle, spodziewając się pewnie mojego zwolnienia albo jakiegoś skandalu.
Postawił sprawę jasno
– W tym zespole cenimy kreatywność i zaangażowanie – kontynuował Filip, patrząc po kolei na każdego z pracowników. – Nie ma tu jednak miejsca na toksyczną atmosferę, pomówienia i podważanie czyjegoś profesjonalizmu na podstawie wyssanych z palca plotek. Doszły mnie słuchy o historiach krążących na temat moich relacji z niektórymi pracownikami.
W sali zapadła grobowa cisza. Słychać było tylko szum klimatyzacji.
– Chcę to uciąć raz na zawsze. Dagmara jest wybitną specjalistką i jej pozycja w firmie wynika wyłącznie z jej talentu i ciężkiej pracy. Sugerowanie czegokolwiek innego jest nie tylko krzywdzące dla niej, ale obraźliwe dla mnie, jako osoby zarządzającej tym działem w oparciu o merytorykę. Jeśli usłyszę jeszcze jeden komentarz godzący w dobre imię któregokolwiek członka zespołu, wyciągnę konsekwencje służbowe. Czy wyrażam się jasno?
Nikt nie śmiał nawet mrugnąć. Malwina zrobiła się czerwona jak burak i wbiła wzrok w blat stołu.
– Dziękuję, to wszystko. Wracamy do pracy – zakończył Filip i wyszedł z sali.
Czułam, jak trzęsą mi się ręce, ale było to drżenie z emocji, nie ze strachu. Obronił mnie publicznie, stanowczo, nie pozostawiając cienia wątpliwości. Kiedy wychodziłam z sali, minęłam Malwinę. Nie odezwała się słowem. Wiedziała, że przegrała.
Chciałam tego
Tego samego dnia, po godzinach, czekałam na windę. Kiedy drzwi się otworzyły, w środku stał Filip. Uśmiechnął się na mój widok – tym razem szczerze, bez maski szefa.
– Byłeś niesamowity – powiedziałam, wchodząc do środka.
– Byłem po prostu uczciwy – odpowiedział, naciskając przycisk parteru, choć jego samochód stał na poziomie minus dwa. Zatrzymał windę między piętrami.
– Co robisz? – zapytałam zaskoczona.
– Muszę dopełnić formalności – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. – Powiedziałem zespołowi prawdę: nie mamy romansu. Nie wpływasz na moje decyzje biznesowe w sposób nieetyczny. Ale skłamałbym, mówiąc, że jesteś mi obojętna.
Serce znów zaczęło mi bić jak szalone.
– Więc… mam propozycję – kontynuował. – Złóż wniosek o przeniesienie do działu kreacji wideo. Szef tamtego pionu, Tomek, od dawna pyta mnie o ciebie, bo widział twoje animacje. To osobny departament. Nie będę twoim przełożonym.
– Chcesz się mnie pozbyć? – zażartowałam słabo, choć rozumiałam, do czego zmierza.
– Chcę móc zaprosić cię na randkę bez zastanawiania się, co powie Malwina przy ekspresie do kawy – odparł z uśmiechem. – Chcę, żeby te plotki stały się prawdą, ale na naszych zasadach. Czystych i jasnych.
Wszystko się zmieniło
Patrzyłam na niego i widziałam człowieka, który dla mnie był gotów przeorganizować strukturę firmy, byle tylko postąpić właściwie. Przeniesienie do wideo było moim marzeniem od dawna, ale bałam się o nie prosić. On o tym wiedział.
– Zgoda – powiedziałam cicho. – Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Tym razem to ja stawiam kawę. I nie w biurze.
Filip roześmiał się, a dźwięk ten był najprzyjemniejszą rzeczą, jaką usłyszałam od miesięcy. Przeniosłam się miesiąc później. Plotki oczywiście nie ucichły od razu – ludzie tacy jak Malwina zawsze znajdą powód do gadania. Mówili, że uciekłam, albo że Filip mnie wyrzucił. Ale tym razem zupełnie mnie to nie obchodziło. Wiedziałam swoje.
Nasza pierwsza randka odbyła się w małej włoskiej knajpce, z dala od korporacyjnego zgiełku. Nie rozmawialiśmy o pracy. Rozmawialiśmy o podróżach, o ulubionych książkach i o tym, jak bardzo nienawidzimy deszczowych wtorków. Kiedy odprowadził mnie pod drzwi i po raz pierwszy pocałował, wiedziałam, że warto było przejść przez to piekło domysłów i szeptów.
Dzisiaj, po dwóch latach, wciąż pracujemy w tej samej firmie, ale w innych budynkach. Malwina dawno odeszła z pracy, szukając sensacji gdzie indziej. A my tworzymy własną historię. I każdego ranka, kiedy Filip parzy mi kawę w naszej wspólnej kuchni, uśmiecham się do siebie na wspomnienie tamtego kubka z herbatą, od którego wszystko się zaczęło. Czasami plotki są niszczące, ale czasami zmuszają do spojrzenia prawdzie w oczy. I ta prawda okazuje się piękniejsza, niż moglibyśmy przypuszczać.
Dagmara, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy mąż zdradził mnie z przyjaciółką, świat mi się zawalił. To teściowa dała mi radę, która postawiła mnie na nogi”
- „Nie planowaliśmy ferii, bo brakowało nam kasy na chleb. To niewinne zaproszenie do Austrii zmieniło wszystko”
- „Zauważyłam, że mój mąż po cichu czyści nasze konto, ale nie znałam powodu. Okrutna prawda zabolała mnie podwójnie”