Reklama

Nigdy nie uważałam się za romantyczkę, ale odkąd jestem z Michałem, coś się we mnie zmieniło. Wciąż pamiętam nasze pierwsze spotkanie – zupełnie przypadkowe, bo wpadliśmy na siebie w tramwaju, ja z kawą, on z uśmiechem. Mówi się, że takie rzeczy tylko w filmach, a jednak… Minęło półtora roku i zamiast nieufności, czuję coś, czego wcześniej nie znałam: ciepło, pewność, czasem nawet tęsknotę, gdy Michał wraca późno z pracy.

W tym roku chciałam zrobić dla niego coś naprawdę wyjątkowego. Odkładałam pieniądze przez kilka miesięcy, zaciskając pasa, żeby tylko móc kupić mu ten cholernie drogi zegarek. Wyobrażałam sobie, jak go rozpakowuje, jak się uśmiecha, może nawet przytula. Chciałam, żeby zrozumiał, jak bardzo mi na nim zależy.

– Nie przesadzasz z tym prezentem? – spytała Ola, gdy opowiadałam jej o moich planach.

Siedziałyśmy w mojej kuchni, a ona jak zwykle patrzyła na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem.

– Może i przesadzam, ale… Czuję, że to jest to. Michał jest inny niż wszyscy. Może pierwszy raz w życiu nie muszę się bać, że coś się zawali – odpowiedziałam, udając większą pewność siebie, niż faktycznie czułam.

Chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę wierzyłam, że mogę być szczęśliwa.

Tylko udawał, że się cieszy

W walentynki wstałam wcześniej, choć nie mogłam spać niemal całą noc. Przewracałam się z boku na bok, wyobrażając sobie każdą możliwą reakcję Michała. Zegarek, pięknie zapakowany, leżał na stole, a ja chodziłam wokół niego jak kot. Gdy w końcu przyszedł, ubrany na pół elegancko, na pół niedbale, serce zabiło mi mocniej.

– Wszystkiego najlepszego, Michał – powiedziałam cicho i podałam mu pudełko. – Chciałam, żebyś miał coś ode mnie… coś ważnego.

Przez chwilę tylko patrzył na prezent, jakby nie wiedział, co z nim zrobić. Potem powoli rozpakował pudełko, a na jego twarzy pojawiło się coś, czego nie umiałam odczytać. Może zaskoczenie? Może zakłopotanie? Zamiast radości, zobaczyłam chłód.

– O rany, Natalia… To trochę za dużo, nie sądzisz? – wymamrotał i nawet nie założył zegarka na rękę.

– Chyba ci się nie podoba? – próbowałam żartować, ale w głosie słychać było napięcie.

– Nie, nie, jest super… – odpowiedział szybko, lecz spojrzenie miał już gdzieś obok mnie. – Wiesz co, muszę zaraz wychodzić, coś mi w pracy wyskoczyło.

Patrzyłam, jak się zbiera, chaotycznie pakuje rzeczy i unika mojego wzroku. Po chwili już go nie było. Zostałam sama z kubkiem zimnej kawy i pustką, która rozlewała się po mieszkaniu.

Wieczorem próbowałam do niego dzwonić, ale nie odbierał. Odpisał tylko późno: *„Sorki, padam, pogadamy jutro.” Leżałam w łóżku, analizując każde jego słowo, każdy gest. Przecież wszystko było dobrze. Dlaczego więc nie dostałam od niego nic na walentynki? Chyba coś zaczęło się psuć, tylko jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo.

Byłam zaniepokojona

Nie zamierzałam dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Przez całą noc przewracałam się w łóżku, co chwila sięgając po telefon i sprawdzając, czy Michał czegoś nie napisał. Rano zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do niego, ledwo słysząc własny głos.

– Michał, porozmawiamy? – rzuciłam bez ogródek, kiedy tylko odebrał.

– Jasne… Tylko szybko, bo mam zaraz spotkanie – odpowiedział niemal od razu, z tą dziwną, napiętą nutą w głosie.

– O co chodzi? Ostatnio jesteś jakiś… inny. Wczoraj, ten prezent… – zawahałam się. – Powiesz mi, co się dzieje?

– Przesadzasz, serio. Wszystko gra. Po prostu miałem ciężki dzień, a ten prezent… No, zaskoczyłaś mnie – mówił, a ja słyszałam w jego głosie zniecierpliwienie.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, już się spieszył:

– Muszę kończyć, oddzwonię.

Odłożyłam telefon i przez chwilę patrzyłam w ścianę. Moje wątpliwości zamiast zniknąć, tylko się nasiliły. Przypadkiem, jeszcze tego samego dnia, zobaczyłam w mediach społecznościowych relację jednego z jego kolegów. Michał niby był z nimi, a jednak na nagraniu go nie było. Ktoś otagował lokal, który wcale nie pasował do historii, którą mi opowiedział.

Serce zaczęło mi walić. Otworzyłam jego profil i zobaczyłam zdjęcie – Michał w tłumie, obok jakaś dziewczyna, jej ręka na jego ramieniu. Kadr przypadkowy? A może nie? Postanowiłam dowiedzieć się prawdy.

Wieczorem zadzwoniłam do Oli. Opowiedziałam jej wszystko, całą serię swoich podejrzeń. Ola nie owijała w bawełnę.

– Natalia, jeśli chcesz wiedzieć, musisz przestać się łudzić i zacząć patrzeć na fakty. Sprawdź, kim jest ta dziewczyna.

Słowa Oli bolały, ale miała rację. Nie chciałam być tą, która boi się prawdy.

Tego się nie spodziewałam

Przez kilka dni zbierałam się, żeby napisać do tej dziewczyny ze zdjęcia. Była oznaczona, więc wiedziałam, jak się nazywa. To było głupie, żenujące, upokarzające… Ale ciekawość i strach przed niewiedzą były silniejsze niż wstyd. W końcu weszłam na jej profil – Justyna, ładna, uśmiechnięta, parę wspólnych znajomych z Michałem. Drżącymi palcami napisałam wiadomość:

– Cześć, przepraszam, że piszę, ale… czy znasz Michała?

Po godzinie przyszła odpowiedź:

– Znam. To mój chłopak. A ty kim jesteś?

Serce mi stanęło. Przez kilka minut wpatrywałam się w ekran, nie wiedząc, jak oddychać.

– Jestem Natalia. Byłam… chyba byłam z nim przez ostatni rok.

Po kilku wymianach wiadomości okazało się, że Justyna i Michał niby się rozstali – ale tylko „na próbę”. On przez ten czas… żył na dwa fronty. Walentynki spędził z nią, ze mną był dzień wcześniej. Zegarek, który dostał ode mnie, sprzedał następnego dnia. Justyna o niczym nie wiedziała. Ja też nie.

Zadzwoniłam do Michała, z trudem utrzymując telefon w dłoni. Odebrał po kilku sygnałach.

– Michał, wiem wszystko. Rozmawiałam z Justyną.

Po drugiej stronie zapadła cisza, dłuższa niż jakiekolwiek jego wytłumaczenie.

– Słuchaj… To nie tak, jak myślisz…

– Oszczędź mi tego. Nie chcę słuchać twoich kłamstw. – W głosie słyszałam swój własny gniew, ale i drżenie.

– Przepraszam – szepnął w końcu.

Potem rozłączył się pierwszy.

Patrzyłam w ekran, a potem przed siebie. Nie wiedziałam już, czy płaczę z żalu, czy z wściekłości. Przede wszystkim czułam się totalnie oszukana.

Byłam załamana

Dni po wszystkim zlały się w jedną, długą, męczącą noc. Nie wychodziłam z domu, nie miałam siły nawet zaparzyć kawy. Zamiast tego przeglądałam zdjęcia na telefonie, czytałam stare rozmowy z Michałem, aż litery rozmazywały się pod powiekami. Wszystko, co wydawało się prawdziwe, nagle stało się papierowe, martwe.

Zostawił po sobie tylko kilka rzeczy – bluzę w mojej szafie, zapomnianą szczoteczkę do zębów i kilka książek, których nigdy nie oddałam. Każdy przedmiot bolał, jakby wciąż miał w sobie jego zapach, jego cień. Zastanawiałam się, czy oddać mu te rzeczy, czy wyrzucić przez okno, ale ostatecznie upychałam je w kartonie, który wsunęłam głęboko pod łóżko.

Wieczorem przyszła Ola. Wparowała bez zapowiedzi, z siatką drożdżówek i butelką taniego wina, które zawsze piłyśmy na studiach, kiedy świat walił się nam na głowę.

No dobra, koniec tego mazgajenia – rzuciła, stawiając siatkę na stole. – Albo mi opowiadasz wszystko od początku, albo wyciągam cię do ludzi.

Nie miałam siły się śmiać, ale słuchałam jej, jakby była jedynym głosem rozsądku w tym chaosie.

– Wiesz, Ola… Czuję się, jakby mnie ktoś wymazał. Nie wiem, kim byłam przez ostatni rok. Może wcale mnie nie było?

– Byłaś. I jesteś. Po prostu ktoś próbował wmówić ci, że twoje życie zależy od niego. Ale już nie zależy.

Siedziałyśmy razem do późna, milcząc, przeglądając stare zdjęcia i popijając wino. Patrzyłam na ekran telefonu, na zdjęcia siebie – uśmiechniętej, zakochanej, naiwnej. I nie wiedziałam, czy kiedykolwiek odzyskam tamtą siebie.

To ciągle boli

Nie było już wielkich wybuchów gniewu, nie było dramatycznych rozmów. Była tylko codzienność. Najpierw otępiała, potem coraz bardziej milcząca, cicha. Michał próbował się jeszcze odezwać, przysłał długi mail, w którym tłumaczył się, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Nawet nie otworzyłam załącznika z jego selfie. W końcu przestał pisać.

Justyna zostawiła wiadomość głosową. Słuchałam jej siedząc na podłodze, plecami oparta o zimną ścianę kuchni.

– Chciałam tylko, żebyś wiedziała, że też czuję się oszukana. Chyba obie musimy zacząć wszystko od nowa. Przepraszam.

Nie odpisywałam nikomu. Za dużo słów, za dużo wspomnień. Uczyłam się być sama ze sobą – to było trudniejsze niż wszystko, co dotąd znałam. Rano wstawałam i robiłam sobie kawę, już nie dwie. Jadłam śniadania przy stole, na którym wciąż leżały dwa kubki – jego zostawiłam z rozpędu, potem z uporu, a w końcu z przyzwyczajenia. Nawet pustka ma swoje rytuały.

W weekend Ola zaciągnęła mnie na wystawę starych plakatów. Patrzyłam na te wszystkie kolory, obrazy z innego czasu i myślałam, że może jeszcze wróci do mnie radość. Ola zapytała:

– Co teraz?

– Nie wiem. Może po prostu muszę się nauczyć być sama.

Zaczęłam znowu rysować. Najpierw nieśmiało, trochę jakby od niechcenia, ale kartka po kartce znikała czarna plama z mojej głowy. Wśród tych wszystkich kresek pojawiały się nie moje smutki, tylko moje marzenia. Powoli. Bardzo powoli.

To była najdziwniejsza lekcja, jaką dała mi miłość – że po wszystkim zostaję tylko ja, i że to czasem musi wystarczyć.

Natalia, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama