Reklama

Walentynki zawsze były dla mnie pretekstem, by na chwilę się zatrzymać i przypomnieć sobie, że kiedyś byliśmy dla siebie ważni. Nie chodziło o wielkie gesty, raczej o drobiazg, który mówił: „znam cię, myślę o tobie”. W tym roku długo wierzyłam, że jeszcze potrafimy tak na siebie spojrzeć, bez pretensji i zmęczenia. Myliłam się bardziej, niż byłam gotowa przyznać.

Zrobiło mi się bardzo zimno

Perfumy kupiłam po pracy. Długo krążyłam między półkami, jakbym szukała nie tylko zapachu, ale potwierdzenia, że ten prezent ma sens. Przypomniałam sobie, jak kiedyś powiedział, że lubi nuty piżmowe. Spryskałam testerem nadgarstek, zamknęłam oczy i przez sekundę poczułam się spokojna. To było to. W domu schowałam pudełko na dnie szafy, jakby mogło uciec. Cały wieczór przed walentynkami byłam dziwnie podenerwowana. On siedział przy stole, przeglądał coś w telefonie, a ja krzątałam się po kuchni.

– Jutro czternasty. Walentynki – rzuciłam niby od niechcenia.

– Wiem – odpowiedział krótko, nie podnosząc wzroku.

To „wiem” zabrzmiało jak kropka, a nie zaproszenie do rozmowy. Następnego dnia mąż wrócił później niż zwykle. Uśmiechnęłam się na jego widok, chociaż w środku wszystko miałam ściśnięte. Wyjęłam pudełko, podałam mu je obiema rękami.

Pomyślałam, że ci się spodoba – powiedziałam cicho.

Otworzył opakowanie bez pośpiechu. Przez moment patrzył na flakon, potem parsknął śmiechem.

– Ty serio? – zapytał. – Perfumy? Wiesz, ile to kosztuje? Przecież to pieniądze wyrzucone w błoto.

Zamarłam. Czekałam na „dziękuję”, na jakikolwiek cień docenienia. Zamiast tego machnął ręką.

– Naprawdę nie wiem, po co takie rzeczy kupować – dodał. – I tak mam już jakieś.

– Myślałam, że… – zaczęłam, ale głos mi się załamał.

– No właśnie, myślałaś – przerwał. – Następnym razem zapytaj.

Stałam naprzeciwko niego i nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Poczułam, jak coś we mnie pęka, cicho, bez dramatycznych gestów. Nie krzyczałam, nie płakałam. Po prostu zrobiło mi się bardzo zimno.

– To nie chodziło o perfumy – powiedziałam po chwili. – Chciałam zrobić coś miłego.

Wzruszył ramionami.

Nie przesadzaj.

To jedno zdanie zabolało bardziej niż śmiech. Odwróciłam się i poszłam do sypialni, zamykając drzwi. Usiadłam na łóżku i patrzyłam w ścianę, myśląc, że właśnie straciłam coś, czego nie da się już kupić w żadnym sklepie.

Nie mogłam pohamować łez

Przez resztę wieczoru w mieszkaniu panowała cisza, która bolała bardziej niż jego słowa. On krzątał się po salonie, włączył telewizor, jakby nic się nie stało. Dźwięki programu sączyły się pod drzwi sypialni, a ja leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit. Myśli krążyły wokół jednego pytania: kiedy to się między nami tak popsuło? Po jakimś czasie mąż zapukał.

Obraziłaś się? – zapytał tonem, w którym nie było ani cienia skruchy.

– Nie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Jest mi po prostu smutno.

– Znowu robisz z igły widły – westchnął. – Przecież nic takiego się nie stało.

Usiadł na brzegu łóżka, ale nie spojrzał na mnie. Patrzył w telefon, jakby to on był ważniejszy od tej rozmowy.

– Dla ciebie nic nie jest ważne – powiedziałam. – Dla mnie to znaczyło bardzo dużo.

Nie rozumiem, czemu tak to przeżywasz – mruknął. – Prezent to prezent. Nie musi być zaraz wielkie halo.

– To nie był prezent „ot tak” – uniosłam się na łokciu. – Chciałam, żebyś poczuł, że mi zależy. Że jeszcze się staram.

W końcu na mnie spojrzał. W jego oczach zobaczyłam zniecierpliwienie.

– A ja mam wrażenie, że ty ciągle czegoś ode mnie oczekujesz – odpowiedział. – Spokoju bym chciał, a nie dramatów.

Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Nagle zrozumiałam, że dla niego mój wysiłek był tylko hałasem.

– Czy ty w ogóle pamiętasz, dlaczego kiedyś chciałeś ze mną być? – zapytałam cicho.

Zmieszał się, jakby pytanie było nie na miejscu.

Nie zaczynaj takich rozmów – rzucił. – Jest późno.

Wstał i wyszedł, zostawiając drzwi uchylone. Leżałam jeszcze długo, wsłuchując się w jego kroki, w odgłos nalewanej wody, w zwyczajność, która nagle stała się nie do zniesienia. Zdałam sobie sprawę, że nie płaczę przez perfumy. Płaczę przez to, że przestaliśmy się dla siebie liczyć. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że być może to nie był tylko nieudany wieczór. Może to był sygnał, którego nie mogłam już dłużej ignorować.

Powiedziałam, co myślę

Następne dni były jak chodzenie po cienkim lodzie. Rozmawialiśmy tylko o sprawach koniecznych: rachunki, obiad, kto odbierze paczkę. Unikaliśmy się wzrokiem, jakby kontakt mógł wywołać kolejną kłótnię. A ja czułam narastający ciężar, bo im dłużej trwała ta cisza, tym bardziej docierało do mnie, że ona nie jest chwilowa. Pewnego wieczoru wrócił wcześniej. Siedziałam przy stole, przeglądając jakieś stare dokumenty, bardziej po to, żeby czymś zająć ręce, niż z realnej potrzeby. Stanął w drzwiach kuchni i przez moment się wahał.

Nadal jesteś na mnie obrażona? – zapytał.

Podniosłam głowę.

Nadal mi przykro – odpowiedziałam. – To nie to samo.

Usiadł naprzeciwko mnie, splótł ręce.

– Dobra, może się wtedy zaśmiałem – zaczął. – Ale przecież wiesz, jaki jestem. Nie przywiązuję wagi do takich rzeczy.

– Wiem – skinęłam głową. – I właśnie to mnie boli. Że ja przywiązuję, a dla ciebie to nic nie znaczy.

Zawsze robisz z siebie ofiarę – westchnął. – Jakby wszystko było przeciwko tobie.

Te słowa coś we mnie odblokowały.

– Nie robię z siebie ofiary – powiedziałam spokojnie, aż sama się zdziwiłam własnym tonem. – Ja próbuję ci powiedzieć, że czuję się nieważna. Od dawna.

Zmarszczył brwi.

– Przesadzasz.

– Pamiętasz, kiedy ostatnio zapytałeś mnie, jak się czuję? – zapytałam.

Zamilkł. To milczenie było odpowiedzią.

– Ja pamiętam – dodałam. – To było dawno temu. I wtedy jeszcze umiałeś słuchać.

Oparł się na krześle, jakby chciał uciec.

– Może po prostu taka już jesteś – rzucił. – Zawsze ci mało.

Te słowa zabolały najbardziej, bo nagle zobaczyłam siebie jego oczami: kogoś męczącego, wymagającego, niewdzięcznego. A przecież ja tylko chciałam być zauważona.

– Jeśli bycie „taką” oznacza chcieć ciepła i szacunku, to tak – odpowiedziałam. – Taka jestem.

Wstałam od stołu. Mąż patrzył na mnie zaskoczony, jakby nie spodziewał się, że rozmowa zajdzie tak daleko.

– Muszę się zastanowić, czy chcę dalej tak żyć – powiedziałam, czując, jak drżą mi nogi.

Nie odpowiedział. A jego milczenie tym razem nie było obojętnością. Było potwierdzeniem.

Uśmiechnęłam się gorzko

Tej nocy nie spałam prawie wcale. Leżałam obok męża i myślałam o tym, jak dziwne jest dzielić łóżko z kimś, kto jest jednocześnie tak blisko i tak daleko. Przypominałam sobie początki — drobne gesty, uśmiechy bez powodu, rozmowy do późna. Zastanawiałam się, czy one naprawdę się wydarzyły, czy tylko je sobie dopisałam, żeby łatwiej było mi wytrwać w tym, co mieliśmy teraz. Rano wstałam pierwsza. Zaparzyłam kawę tylko dla siebie. Zawsze robiłam dwie, nawet gdy jeszcze spał. Tym razem nie. Usiadłam przy stole i poczułam coś nowego — nie złość, nie smutek, tylko jasność. Jakby wszystko nagle się poukładało w prosty obraz: ja dająca, on przyjmujący, bez refleksji. Kiedy wszedł do kuchni, spojrzał na mnie uważniej niż zwykle.

Nie śpisz? – zapytał.

– Nie bardzo – odpowiedziałam. – Musimy porozmawiać.

Usiadł naprzeciwko mnie. Przez chwilę żadne z nas się nie odezwało.

– Te perfumy… – zaczęłam spokojnie. – One były tylko symbolem. Tak samo, jak te wszystkie małe rzeczy, które robiłam przez lata, licząc, że w końcu je zauważysz.

Znowu do tego wracasz – mruknął.

– Wracam, bo to jedyny moment, kiedy wreszcie siebie słyszę – powiedziałam. – Przez długi czas tłumaczyłam sobie, że jesteś zmęczony, że masz swój charakter, że nie umiesz inaczej. Aż w końcu zrozumiałam, że w tym wszystkim nie ma miejsca na mnie.

Patrzył na mnie uważnie, ale bez emocji.

– I co teraz? – zapytał.

Teraz wybieram siebie – odpowiedziałam, a głos ani razu mi nie zadrżał.

Nie było wielkiej awantury. Nie było dramatycznych słów. Była cisza, ale inna niż wcześniej. Spokojna. Zaczęłam pakować swoje rzeczy jeszcze tego samego dnia. Stał w drzwiach i patrzył, jak składam ubrania, jak odkładam kosmetyki do torby.

– Naprawdę chcesz odejść przez takie głupstwo? – zapytał na koniec.

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego.

– Nie odchodzę przez perfumy – odpowiedziałam. – Odchodzę, bo przez lata nauczyłeś mnie, że moje uczucia są głupstwem.

Nie odpowiedział. I tym razem już mnie to nie zabolało. Kilka tygodni później, gdy siedziałam sama w małym, wynajętym mieszkaniu, poczułam zapach tamtych perfum na swojej kurtce. Uśmiechnęłam się gorzko. Były drogie, to prawda. Jednak dały mi coś, czego nie da się przeliczyć na pieniądze — moment przebudzenia. Zrozumiałam, że najgorsza strata to nie wydane pieniądze, tylko lata spędzone obok kogoś, kto nie widzi twojego serca. I że czasem największym prezentem, jaki możemy sobie dać, jest odwaga, by odejść.

Katarzyna, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama