„Kupiłam pierwszoklasiście plecak z promocji i długopis z dyskontu. Czuję się podle, bo nie stać mnie na szkolną wyprawkę”
„Zbliża się 1 września. Antoś idzie do pierwszej klasy. On się cieszy, bo nowy plecak, nowi koledzy i pani od literek. A ja boję się jak diabli, że inne dzieci będą miały wymyślne piórniki z reklam, a Antoś ten zwykły z promocji z marketu. Że będą miały nowe adidasy, a on buty używane po kuzynie”.

- Redakcja
Wieczory bywają najtrudniejsze. Kiedy Antoś już śpi, a w mieszkaniu zalega cisza, której nie zakłóca ani dźwięk bajki z tabletu, ani pytania o dinozaury, siadam na krześle w kuchni i myślę. Czasem o jutrzejszym obiedzie, a częściej o tym, czy jestem wystarczająca. Dla niego. Dla siebie. Dla świata. Wychowuję Antosia sama od jego trzecich urodzin. Ojciec zniknął szybciej, niż przychodzą alimenty – zresztą te właściwie nigdy nie przyszły. Pracuję w przedszkolu jako pomoc nauczycielki. Do tego mamy zasiłek. Nie głodujemy, ale każda złotówka ma swoje miejsce – jak żołnierz w szeregu.
Zbliża się pierwszy września. Antoś idzie do pierwszej klasy. On się cieszy – nowy plecak, nowi koledzy, „pani”, która będzie uczyła literek. A ja? Ja boję się jak przed wyrokiem. Boję się, że inne dzieci będą miały wymyślne kolorowe piórniki z bajek, a Antoś ten zwykły z promocji z marketu. Że będą miały nowe adidasy, a on buty używane po kuzynie. Boję się, że ktoś to zauważy. Albo co gorsza, że on to zauważy.
– Przepraszam, gdzie znajdę najtańsze zeszyty? – zapytałam cicho, niemal wstydliwie, w osiedlowym sklepie papierniczym.
– Zostały jeszcze te po złoty dziewięćdziesiąt – odpowiedziała ekspedientka i wskazała półkę z wyblakłymi wzorami.
Wyciągnęłam z portfela ostatni banknot dziesięciozłotowy. Zeszyty, ołówki, klej – tylko to, co niezbędne. Po drodze do domu czułam, jak policzki mi płoną. W środku wciąż walczyło to głupie uczucie, jakby kupowanie tanich rzeczy było grzechem. Jakby bycie biedną matką było czymś, za co trzeba przepraszać świat.
– Mamusiu, a mogę zabrać ten długopis z niebieską rakietą? – Antoś podskoczył przy stole z plecakiem gotowym do spakowania.
– Oczywiście – uśmiechnęłam się – Jest bardzo fajny.
– Ja wiem! Wiktor z przedszkola mówił, że niebieskie długopisy są najszybsze! – śmiał się radośnie.
Przytaknęłam, nie mając serca mówić, że to jedyny nowy długopis, jaki mogłam mu kupić.
– A jak inne dzieci będą mieć lepsze rzeczy…? – zaczęłam nieśmiało, ale on tylko wzruszył ramionami.
– To ja im pokażę, jak szybko piszę!
Patrzyłam na niego. Na to czyste, jeszcze niezranione spojrzenie. Niech on nigdy nie przestanie tak myśleć, błagam!
Kurczyłam się w sobie
Od rana czułam ścisk w żołądku. Antoś był w świetnym humorze, śpiewał coś pod nosem, siedząc przy stole i jedząc płatki z mlekiem. Ubrałam go w najlepsze, co miał – granatowe spodnie, które jeszcze pasowały, koszulkę z dinozaurem i czystą bluzę z kapturem. Włosy uczesałam mu dwa razy, choć i tak zaraz je potargał. Wyszliśmy z domu chwilę przed ósmą. Plecak na jego plecach wyglądał przeogromnie. Szliśmy powoli, ręka w rękę. Mijaliśmy inne mamy i dzieci. Niektóre dziewczynki miały zaplecione kolorowe warkocze, chłopcy nowe trampki i plecaki ze znanymi postaciami. Czułam, jak coraz bardziej się kurczę w środku.
W szkole było gwarno. Dzieci stały w grupkach, śmiały się, wołały do siebie. Antoś trzymał mnie mocno za rękę. Podeszła do nas nauczycielka – uśmiechnięta, z delikatnym głosem. Pokazała klasę. Weszliśmy razem. Zatrzymałam się przy drzwiach. W środku pachniało świeżą farbą. Dzieci siadały parami w ławkach, rozkładały nowe zeszyty, piórniki. Antoś od razu wypatrzył wolne miejsce przy dziewczynce z jasnymi włosami. Podszedł do niej bez cienia nieśmiałości.
– Cześć, mogę usiąść? – zapytał.
Dziewczynka skinęła głową. Włożył swój plecak pod ławkę i wyciągnął długopis z niebieską rakietą.
– Też mam taki! – powiedziała.
Zamarłam. Spięłam się cała, bo serce zaczęło walić, jakby miało mi wyrwać się z piersi. Już, już czekałam na te szyderstwa, krzywe spojrzenia, śmiech, że to marketowa tandeta.
– To fajnie, ja lubię niebieskie – odpowiedział spokojnie Antoś.
Nie powiedziała nic więcej. Po prostu się uśmiechnęła i odwróciła w stronę nauczycielki. Nikt inny nie skomentował. Wzięłam głębszy oddech, próbując wrócić do siebie.
– Czy on może siedzieć tutaj? – zapytałam cicho nauczycielkę.
– Oczywiście, bardzo dobrze sobie radzi – uśmiechnęła się.
Pokiwałam głową. Stałam jeszcze chwilę przy drzwiach, obserwując, jak mój syn rozkłada zeszyty. Wreszcie odwrócił się do mnie.
– Mamo, już możesz iść – powiedział, jakby był dużo starszy.
Uśmiechnęłam się i wyszłam. Na korytarzu usiadłam na ławce i zamknęłam oczy. Uczucie wstydu nie zniknęło całkiem, ale gdzieś w tle pojawiła się ulga. Może jednak nie będzie tak źle?
Pozwoliłam sobie na łzy
Wieczorem chodziłam po mieszkaniu jak na szpilkach. Udawałam, że ogarniam pranie i składam ubrania, ale co chwilę zerkałam na zegarek. W końcu usiadłam przy stole, czekając, aż Antoś skończy rysować. Był spokojny, jakby ten dzień niczego nie zmienił. Dla mnie to było jak skok na bungee bez liny.
– I jak było? – zapytałam, starając się mówić zwyczajnie.
Antoś podniósł głowę znad kartki.
– Super! Pani powiedziała, że ładnie piszę!
Poczułam, jak coś mięknie we mnie. Nadal się bałam, ale to jedno zdanie wystarczyło, żeby odgonić ten największy lęk.
– A dzieci? Były miłe?
– Tak, dwie dziewczynki mają taki sam długopis jak ja. Jedna powiedziała, że też lubi niebieskie.
– To chyba dobrze, co?
– No! – zaśmiał się – Mama, a mogę jutro zabrać ten zeszyt z samolotami?
– Pewnie – odpowiedziałam cicho.
Kiedy zamknął za sobą drzwi, oparłam się o blat kuchenny i w końcu pozwoliłam sobie na łzy. Nie takie, co duszą w środku i bolą w gardle. To był płacz spokojny, cichy. Taki, który przynosi ulgę. Po raz pierwszy od dawna nie płakałam ze strachu ani z bezsilności. Tylko dlatego, że mój syn miał dobry dzień.
Bałam się, zmaiast być dumna
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam z otwartymi oczami, patrząc w sufit, jakbym miała tam znaleźć odpowiedź na pytanie, które tłukło się w mojej głowie przez cały dzień. Czemu ja się tak boję? Czemu nie mogę po prostu być dumna? Antoś spał spokojnie w swoim pokoju, a ja przewracałam się z boku na bok, aż w końcu wstałam i usiadłam w kuchni z kubkiem herbaty. Znałam to uczucie. Ten lęk, że jestem niewystarczająca. Że moje „dobrze” to dla innych zawsze „za mało”. Wróciło do mnie dzieciństwo – buty po starszej siostrze, kurtka z łatką, komentarze nauczycielki, że zeszyty mogłyby być „mniej pogniecione”.
Przysięgałam sobie wtedy, że moje dziecko nigdy nie będzie się tak czuło. Że dam mu wszystko, na co mnie stać. A jednak dziś, całą drogę do szkoły, szłam z pochyloną głową. Wstydziłam się, że nie kupiłam mu nowego plecaka, że zeszyty miały miękkie okładki, a nie te modne, grube. Wstydziłam się za coś, czego nie powinnam. A on? On był szczęśliwy. Rozmawiał, śmiał się, rysował. Niczego nie zauważył. Albo zauważył i go to nie obeszło. Może to ja wmawiam mu kompleksy, których sam by nigdy nie miał?
Przez chwilę siedziałam w ciszy, czując, że ten wieczór zmienia coś we mnie. Może jeszcze nie potrafiłam być z siebie dumna. Ale zaczynałam rozumieć, że nie muszę się karać za rzeczy, których nie mogę zmienić. Może wystarczy robić to, co mogę. I być blisko. Zgasiłam światło i wróciłam do łóżka. Tym razem zasnęłam szybko, jakby ktoś wreszcie pozwolił mi odetchnąć.
Zesztywniałam w napięciu
Wyszłam tylko po bułki. Pogoda była ładna, ciepły wrzesień. Założyłam zwykłą bluzę, nie myślałam, że kogoś spotkam. W sklepie był tłum, sobota przed południem zawsze tak wyglądała. Stałam przy pieczywie, wybierając najtańsze, kiedy usłyszałam głos obok siebie.
– Przepraszam, pani syn chodzi do pierwszej A?
Odwróciłam się i zobaczyłam kobietę w granatowym płaszczu, z uśmiechem na twarzy. Wyglądała znajomo, ale nie potrafiłam jej od razu skojarzyć.
– Tak – odpowiedziałam ostrożnie. – Antoś.
– Tak myślałam! Moja córka to Zosia. Siedzą razem w ławce.
Uśmiechnęła się szerzej, a ja poczułam jak moje ciało sztywnieje. Czekałam, aż powie coś o wyprawce, modnych plecakach, butach, o tym, że Antoś ma używane rzeczy... Byłam gotowa na każdą uwłaczającą uwagę. W głowie już układałam sobie odpowiedź, choć gardło miałam suche jak papier.
– Świetny chłopiec. Naprawdę. Uprzejmy, grzeczny, Zosia mówi, że fajnie się z nim bawi. To się rzadko zdarza – powiedziała.
Zamarłam. Potrzebowałam chwili, żeby zrozumieć, że właśnie usłyszałam komplement. Nie litość, nie zawoalowaną krytykę. Po prostu dobre słowo o moim dziecku.
– Naprawdę? – zapytałam, zbyt cicho.
– Naprawdę. Może być pani z niego dumna.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Uśmiechnęłam się tylko, kiwnęłam głową, jakbym właśnie przypomniała sobie, że umiem być człowiekiem wśród ludzi. Kobieta skinęła mi na pożegnanie i odeszła z koszykiem. Zostałam jeszcze chwilę między bułkami, próbując złapać oddech. Nie było łatwo. Bo do tej pory całą swoją wartość mierzyłam tym, czego mi brakowało. A teraz ktoś przypomniał mi, że mam coś, co znaczy więcej niż pieniądze. Dobrego, mądrego syna. I może też... siebie.
Nie trzeba mieć wszystkiego
Wieczorem siedzieliśmy z Antosiem na jego łóżku. Po kolacji poprosił, żebym została chwilę, zanim zaśnie. Leżał już pod kołdrą, a ja usiadłam obok i poprawiłam mu poduszkę, choć nie było takiej potrzeby. Lubiłam ten moment, kiedy wszystko na zewnątrz cichnie, a on ma jeszcze te kilka minut tylko dla mnie.
– Mamusiu – odezwał się po chwili – wiesz, co najbardziej lubię w szkole?
– Co takiego? – zapytałam.
– Jak pani mówi, że ładnie piszę. I że jestem grzeczny.
Patrzyłam na niego, jak spogląda w sufit z uśmiechem. W tych słowach było wszystko, co potrzebowałam usłyszeć.
– Wiesz, jestem z ciebie bardzo dumna – powiedziałam cicho.
Odwrócił głowę w moją stronę.
– Ja z ciebie też, mamo.
Zrobiło mi się ciepło, tak zwyczajnie, bez patosu. Nie miał nowych butów ani modnego piórnika, ale miał coś więcej. Spokój w sercu. A ja po raz pierwszy od dawna poczułam, że może naprawdę nie trzeba mieć wszystkiego, żeby dawać dziecku to, co najważniejsze. Pocałowałam go w czoło i zgasiłam lampkę. Zanim zamknęłam drzwi, jeszcze raz spojrzałam na niego. Spał już, z ręką wystawioną spod kołdry. Bezbronny, ufny, mój. I choć życie wciąż było trudne, tamtego wieczoru położyłam się spać z czymś, czego dawno nie czułam. Z poczuciem, że jestem wystarczająca.
Nie byłam wcale gorsza
Następnego dnia, zanim Antoś się obudził, usiadłam przy kuchennym stole z kartką papieru. Nie wiedziałam jeszcze, co napiszę. Ale czułam, że muszę. Dla siebie. Dla tej kobiety, która od lat chodziła z opuszczoną głową, udając przed światem, że wszystko gra. Wzięłam długopis i zaczęłam pisać, powoli, bez planu, bez przemyśleń. Po prostu. Nie jesteś gorsza. Robisz, co możesz. I to wystarcza. Złożyłam kartkę na pół i wsunęłam ją do szuflady, tam gdzie trzymam zdjęcia Antosia z przedszkola, jego pierwszy rysunek i świąteczne życzenia, które kiedyś dla mnie napisał. Może kiedyś znów do niej zajrzę. A może nie będę musiała.
Zrobiłam kanapkę z serem, włożyłam ją do śniadaniówki, razem z jabłkiem i małym ciasteczkiem. Spakowałam do plecaka i położyłam na krześle. Nic nadzwyczajnego. Ale wiedziałam, że otworzy w szkole i się ucieszy. A ja pierwszy raz od dawna nie będę się bała, gdy zamknie za sobą drzwi. Potem nie poprawiłam mu kurtki. Nie sprawdziłam trzy razy, czy wziął piórnik. Stałam tylko w progu i patrzyłam, jak idzie w stronę szatni. Mały chłopiec z niebieskim plecakiem, który nie wiedział, że właśnie nauczył swoją matkę czegoś, co w życiu jest najważniejsze.
Natalia, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Brat robił ze mnie złodziejkę, a ojciec wyzywał od dziwadeł. Nie da się żyć w rodzinie, która pluje ci prosto w twarz”
- „Zabłądziłam w lesie bawiąc się w grzybiareczkę. Znalazł mnie przystojny kozak, z którym ugniatałam leśne runo”
- „Wyrwałam żonatego faceta, ale to miała być tylko przygoda. Mam gdzieś, że się zaangażował, mam swoje żelazne zasady”