„Kupiłam w lumpeksie cudną kreację na andrzejki za jedyne 9 zł. Koleżankom powiedziałam, że jest z włoskiego butiku”
„Kiedy wróciłam do salonu, wszyscy już tańczyli. Wzięłam głęboki oddech i wplotłam się między ludzi. Sukienka falowała przy każdym moim ruchu, a ja czułam się jak gwiazda filmowa na prywatnym bankiecie”.

- Redakcja
Zawsze powtarzam, że najważniejsze to mieć fantazję i odrobinę sprytu. Resztę da się ogarnąć. No bo co z tego, że nie jestem milionerką? Albo, że pensja na etacie ledwo starcza od pierwszego do pierwszego? Kobieta musi sobie radzić, zwłaszcza kiedy zbliżają się andrzejki, a wszystkie koleżanki zapowiadają, że będą „szykowne, jak nigdy”. Tylko że one mają bogatych mężów, a ja mam kredyt i kota. Dlatego, jak zobaczyłam tę sukienkę w lumpeksie, nie wahałam się ani chwili. Wisiała na plastikowym wieszaku – czarna, z delikatnej tkaniny, z ozdobnymi rękawkami, które subtelnie opadały na ramiona. Udałam się z nią do przymierzalni i kiedy spojrzałam w lustro… wiedziałam, że to będzie ta. I kosztowała całe… 9 złotych. Dziewięć! A wyglądała na co najmniej dziewięćset.
Uśmiechnęłam się do siebie
Andrzejkową imprezę organizowała Magda – moja koleżanka z biura. Miało być elegancko. I z rozmachem. Czyli obowiązkowo w kiecce, na szpilkach i z dobrym humorem, nawet jeśli dzień wcześniej dostałaś odmowę kredytu konsolidacyjnego. W dzień imprezy zadzwoniła do mnie Anka.
– Powiedz, co zakładasz, bo nie wiem, czy sukienka w cekiny to nie przesada.
– Cekiny? – sapnęłam. – A chcesz wyglądać jak kula dyskotekowa?
– No nie wiem… Ty pewnie masz coś ekstra.
Uśmiechnęłam się do siebie. Sukienka czekała już na krześle, wyprasowana, pachnąca moim ulubionym płynem do płukania. Żadnych metek, żadnych śladów przeszłości. Na miejscu byłam jedną z pierwszych. Magda od progu rzuciła:
– Matko boska, jaka ty piękna! Skąd ta sukienka?!
No i wypaliłam:
– Z butiku. Włoski. Na Wilczej. Mały, ale z klasą.
Wzrok dziewczyn padł na mnie. Zadziałało. Stanęłam z dumą, jakby naprawdę mnie było na to stać.
– O matko, a ile dałaś? – spytała Ola.
Zawahałam się pół sekundy.
– Lepiej nie mówić, ale warto było.
Pławiłam się w komplementach.
Po chwili podeszła do mnie Karina. Ona zawsze świetnie wygląda.
– O, Ewa, genialna kreacja. – Pochyliła się bliżej. – Widziałam coś podobnego w jednej kolekcji. U nich wszystko szyte ręcznie. To musiało kosztować majątek.
– No… trochę poszalałam – odparłam, poprawiając ramiączko. Wcale nie szyte ręcznie, tylko przeciągnięte nitką, którą musiałam sama podciągnąć, bo się pruło przy szwie.
– Zdradzisz, gdzie kupiłaś? Może mają jeszcze inne modele? – Karina uniosła brew i spojrzała na mnie z taką miną, jakby chciała mnie przeskanować.
– To był ostatni egzemplarz. Na ekspozycji. Trzeba mieć oko – odpowiedziałam z uśmiechem, ale w środku coś mnie ścisnęło.
– I dobrze leży. Masz szczęście, że masz taką figurę – powiedziała Anka, a potem dodała z uśmiechem: – Chociaż jakbyś jeszcze poszła na jogę z nami, to…
– Dziewczyny, Ewa nie potrzebuje jogi! – roześmiała się Magda. – Chyba zatrudnię cię na stałe jako doradczynię zakupową.
– A może… założysz bloga modowego? – dodała Ola. – Serio, miałabyś zasięgi.
Zaśmiałam się, ale poczułam, jak rumieniec wpełza mi na policzki. Bloga? Ja? Przecież jeszcze wczoraj przeglądałam kosze z napisem „3 zł za sztukę”. A jednak… słuchałam ich i czułam się jak ktoś inny. Ktoś ważniejszy.
Nie chciałam kłamać
Wieczór mijał, a w kuchni – głośno. Tam właśnie dopadła mnie Magda z Karoliną. Zamykały za sobą drzwi, jakby szykowały się do przeprowadzenia jakiegoś przesłuchania.
– Ewa… – zaczęła Magda, krzyżując ręce na piersi. – Musisz nam to powiedzieć.
– Co takiego? – udałam zaskoczenie.
– No jak to co? Ta sukienka! – Karolina zrobiła krok do przodu. – My tu siedzimy w internecie, przeglądamy sklep za klepem, a ty nam wyskakujesz z czymś, co wygląda jak z pokazów mody w Mediolanie.
– Serio, ja nie wiedziałam, że są takie butiki w Warszawie – powiedziała Magda i sięgnęła po telefon. – Daj chociaż nazwę, bo zaraz wpiszę.
– Mały, bez szyldu.
– Może to ten, co go zamknęli, bo tylko VIP-y miały wstęp? – Karolina się wkręciła. – Czytałam coś.
– Możliwe – kiwnęłam głową, sama zaskoczona tym, jak dobrze mi idzie.
– Wiesz, że my teraz przez tydzień nie będziemy spać, dopóki nie znajdziemy tej kiecki? – westchnęła Magda.
– W sumie… – Karolina nachyliła się do mnie. – Możesz nam ją kiedyś pożyczyć? Na przykład… na sylwestra?
Zamarłam. Zbliżyły się niebezpiecznie do mojego sekretu.
– Oj dziewczyny… z tą sukienką to skomplikowana sprawa – uśmiechnęłam się, chwytając kieliszek. – Ona jest jak Kopciuszek. Znika po północy.
Wyglądałam szałowo
Kiedy wróciłam do salonu, wszyscy już tańczyli. Wzięłam głęboki oddech i wplotłam się między ludzi. Sukienka falowała przy każdym moim ruchu, a ja czułam się jak gwiazda filmowa na prywatnym bankiecie. Wtedy dołączył do mnie Tomek – kolega Magdy z pracy, przystojny, zawsze z lekkim uśmiechem i ironicznym komentarzem.
– Dobrze cię widzieć w czymś innym niż szary sweter i kubek kawy – rzucił, kręcąc mnie w rytm muzyki. – Robi wrażenie.
– Dzięki – zaśmiałam się. – Czasem trzeba zaszaleć.
– I co to za cudo? Bo obstawiam włoską robotę.
Przygryzłam wargę. Już mi się trochę nudziło to kłamstewko, ale…
– Dobrze obstawiasz – powiedziałam z pewnością siebie.
– A ile kosztowała taka przyjemność, jeśli wolno zapytać?
Spojrzałam mu w oczy.
– Powiem ci szczerze… – nachyliłam się bliżej – …mniej niż karnet na siłownię.
Roześmiał się.
– Czyli droga. No dobrze, nie drążę, ale muszę przyznać – wyglądasz jak milion dolarów.
I wtedy z boku usłyszałam coś, co zamarło mi krew w żyłach.
– Przepraszam, ale… – odezwała się jakaś dziewczyna, której nie znałam. – Czy ta sukienka nie była przypadkiem w tym lumpeksie na rogu Wileńskiej? Bo ja ją chyba mierzyłam.
Zamarłam. Na sekundę zrobiło się cicho.
– Niemożliwe – wypaliłam szybko. – Moja była szyta na miarę.
– Aha, to może się pomyliłam… – powiedziała i zniknęła w tłumie.
Zakrztusiłam się śmiechem
Miałam wrażenie, że moje kłamstwo zaraz wyjdzie na jaw. Już sobie wyobrażałam, że Karina podchodzi i mówi, że widziała metkę z lumpeksu, a ja… znikam pod stołem. Jednak nic się nie działo. Uspokoiłam się i wróciłam do udawania siebie samej – tej eleganckiej wersji z włoskiego butiku. Późnym wieczorem, gdy zostaliśmy już w węższym gronie, temat sukienki powrócił.
– Ej Ewa – zaczęła Magda, opierając się na moim ramieniu. – Serio, nie myślałaś, żeby coś z tym robić? Z tym wyczuciem stylu?
– Co niby? – zapytałam z udawaną skromnością.
– No nie wiem… może jakiś podcast? Styl z klasą, za kasę. Albo nie – lepiej: „moda bez budżetu”. To by się klikało!
– Albo „9 zł i milion spojrzeń” – rzucił Tomek, który właśnie dosiadł się z pizzą.
Zakrztusiłam się śmiechem.
– Skąd wiesz, że za 9 zł? – wypaliłam odruchowo.
Zapadła cisza. Wszyscy zamarli.
– No wiesz, tak się teraz mówi… – odparł szybko. – Taka metafora.
Karina uniosła brew, Magda spojrzała na mnie z przekrzywioną głową.
– Ta sukienka… to naprawdę był butik? – zapytała cicho.
Zawahałam się, a potem westchnęłam.
– Dziewczyny… ona jest z lumpeksu.
Zapadła chwila ciszy, po czym Magda się roześmiała:
– I tak wyglądasz najlepiej z nas wszystkich.
Byłam z siebie zadowolona
W drodze powrotnej z andrzejkowej imprezy Magda jechała ze mną taksówką. Patrzyła przez szybę, potem na mnie.
– Wiesz… tak serio, bez żartów… Włoski butik też by takiej kiecki nie miał. Bo to ty sprawiłaś, że zwykła sukienka stała się wyjątkowa.
– A ja serio myślałam, że mnie zjecie żywcem, jak się wyda – zaśmiałam się.
– Gdyby to była tandeta, od razu byśmy się zorientowały. A ta miała klasę. Tak jak ty. Nawet jeśli kupiłaś ją za ostatnie drobne.
Spojrzałam na nią i zaśmiałam się cicho.
– Nie ostatnie. Zostało mi jeszcze sześćdziesiąt trzy grosze.
– To może czas założyć bloga z modą? „Ewa z second-handu”?
Pomyślałam chwilę.
– A może „Ewa z klasą za grosze”?
Obie się roześmiałyśmy. I pomyślałam: może to jest sposób. Może to właśnie zrobię. Bo nie trzeba mieć fortuny, żeby wyglądać i czuć się jak milion dolarów. Wystarczy tupet, pomysł i trochę szczęścia przy wieszaku. Od tamtej imprezy minął rok, a ja nadal mam tę sukienkę w szafie. Wyprałam ją delikatnie, wyprasowałam i powiesiłam z największym szacunkiem, jakby była trofeum. Bo była. I nie chodziło wcale o to, że wyglądałam w niej jak z katalogu. Czułam się w niej dobrze.
Ewa, 60 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż wyjechał za granicę, żeby robić karierę. Wmawia mi, że jest biznesmenem, a może co najwyżej szorować cudze trony”
- „Synowa tylko o sobie myśli, a wnuki całe dnie biegają samopas po podwórku. Nie mogłam tego tak zostawić”
- „Poszłam z teściem na mszę, a on, zamiast się modlić, bajerował wszystkie sąsiadki. Aż się wstydu za niego najadłam”