Reklama

Nie jestem typem dziewczyny, która śni po nocach o balach, sukienkach i błyszczących pantoflach. Albo inaczej – nie byłam. Kiedyś. Potem przyszła klasa maturalna i wszystko się zmieniło. Dziewczyny rozmawiały wyłącznie o fryzurach, solarium, depilacjach, hybrydach, a chłopaki – no cóż – udawały, że to ich nie rusza, ale dziwnym trafem też jakoś częściej zerkali w lustro.

A ja? Miałam inne zmartwienia. Mama mówiła, że damy radę, ale ja widziałam, że wcale nie jest jej łatwo. Gdy otwierała portfel i liczyła, czy wystarczy na korepetycje, to wiedziałam, że na żadną suknię z salonu nas po prostu nie stać. Nie chciałam się nad sobą użalać. Ani robić z siebie męczennicy. Miałam zresztą swój mały plan. Bo skoro nie mogłam wyglądać jak księżniczka w kreacji za trzy tysiące, to przynajmniej chciałam się tak poczuć. Nie przypuszczałam tylko, że moje drobne kłamstwo rozrośnie się do takich rozmiarów.

Miałam szczęście

Wszystko zaczęło się od jednej, zwyczajnej wizyty w lumpeksie. Nie szukałam niczego konkretnego. Chciałam tylko oderwać się na chwilę od nauki, ocen, ciągłego udawania, że jeszcze nadążam. Kręciłam się między wieszakami, przesuwając palcami po materiałach. I wtedy ją zobaczyłam. Złota z cienkimi ramiączkami i odkrytymi plecami. Z przodu niby skromna, ale z tyłu... no powiedzmy, że księżniczki w bajkach Disneya by się zawstydziły. Cena: 25 złotych. Pomyślałam, że to jakiś żart.

– Przepraszam – zawołałam do ekspedientki, podnosząc kreację do góry. – Naprawdę kosztuje 25 złotych?

– Tak, bo już przeceniona. A sukienka włoska. Zobacz, metka jeszcze oryginalna – mrugnęła do mnie z uśmiechem.

Zadrżała mi ręka.

– To ja ją biorę. Nie potrzebuję przymierzać – dodałam szybko, jakbym się bała, że zaraz ktoś przyjdzie i sprzątnie mi ją sprzed nosa.

Wyszłam z lumpeksu jak w transie, a torbę z sukienką trzymałam jak relikwię. Dopiero w domu, patrząc na siebie w lustrze, zrozumiałam, co właśnie zrobiłam.

– Boże święty... – szepnęłam do odbicia. – Wyglądam, jakbym wróciła z pokazu w Mediolanie.

I wtedy w mojej głowie zaświtał szalony pomysł. Plan, który miałam zamiar utrzymać do samego końca.

– Przywiozłam ją z Mediolanu – powiedziałam do siebie półgłosem.

Zaśmiałam się nerwowo

– Serio przywiozłaś ją z Mediolanu?! – Patka aż się zakrztusiła łykiem bubble tea, którą kupiłyśmy po lekcjach.

– No przecież mówię – odpowiedziałam, jakby to było najoczywistsze na świecie. – Moja ciotka pracuje tam jako stylistka, ma dostęp do przecen, do showroomów… No i tak się złożyło, że akurat miałam okazję.

– W życiu bym się nie spodziewała! Ty to masz szczęście – pokiwała głową z podziwem. – A mogę ją zobaczyć na żywo?

– Jasne. Tylko nie dzisiaj. Jeszcze czekam na buty... też z Włoch – dodałam, ryzykując już totalnie.

– Boże, normalnie jakbym gadała z influencerką, nie z dziewczyną, która jeszcze w tamtym tygodniu jadła bułkę z pasztetem.

Zaśmiałam się nerwowo.

– A kto cię zaprasza na studniówkę? – zapytała.

– Jeszcze nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Może pójdę sama. W tej kiecce nie potrzebuję żadnego dodatku, nawet w postaci chłopa.

– No nie, musisz mieć jakiegoś partnera. Nie po to jedziesz do Mediolanu po sukienkę, żeby potem stać przy ścianie. Może Wojtek?

– Wojtek? Przecież on się nawet do mnie nie odzywa – prychnęłam.

– To się odezwie. Jak cię zobaczy w tej kreacji, to się w język ugryzie, że nie zaprosił cię pierwszy.

Uśmiechnęłam się, ale serce miałam jak z waty.

Zostałam gwiazdą szkoły

Gdy przyszłam do szkoły tydzień później, byłam już „tą od sukienki z Mediolanu”. Informacja rozeszła się szybciej niż plik ze ściągą z biologii. Nagle dziewczyny, które wcześniej mnie ignorowały, zaczęły zagadywać na korytarzu.

– Serio twoja ciotka pracuje dla włoskiego projektanta? – dopytywała blond Asia z równoległej.

– Tak. W sumie to dla kilku. Oni tam się często rotują. Stylówki co sezon, wiadomo – wzruszyłam ramionami, starając się brzmieć nonszalancko.

– A jak się nazywa ta marka? – wtrąciła się Marta z pierwszej ławki. – Bo może ją kojarzę.

– To taka niszowa... nie wiem, czy w Polsce w ogóle sprzedają – ucięłam temat, czując, że robi się gorąco.

– Ej, to jak ją kupiłaś, to ile dałaś? – dopytywała Asia.

– To był prezent. Właściwie barter. Ciotka załatwiła stylizację w zamian za pomoc w katalogowaniu tkanin. Wiesz, taka branża – rzuciłam, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

– No ja nie mogę! Ty jesteś super – zachwyciła się Marta.

Uśmiechnęłam się, ale w środku miałam déjà vu z podstawówki, kiedy udawałam przed całą klasą, że mam psa, tylko „nie mogę go zabrać na spacer, bo chory”. Tyle że wtedy chodziło o wymyślonego yorka, a teraz... Podstawiłam wszystko na szali.

Zebrało mi się na płacz

W dniu studniówki mama usiadła na brzegu mojego łóżka.

– Powiesz mi w końcu, skąd masz tę sukienkę? – zapytała spokojnie, aż za spokojnie.

– No przecież mówiłam. Z second-handu. – Wzruszyłam ramionami i schyliłam się, żeby zawiązać buty. – Oszczędna jestem, nie?

– A te brednie, co nawijałaś o Mediolanie?

Zamarłam.

– Co? – wydukałam.

– Patka do mnie dzwoniła, żeby powiedzieć, że chce namiar na „super ciocię, która pracuje w showroomie w Mediolanie”. Myślała, że się dogadamy na jakąś zniżkę – mama spojrzała na mnie z taką miną, jakby właśnie odkryła, że wyhodowała sobie w domu celebrytkę oszustkę.

– No bo... – zaczęłam. – Bo wiesz... to miało być tak tylko raz. Żeby się poczuć jak ktoś inny. Jak ktoś ważny. Bo wszyscy mają markowe kiecki, a ja miałam tylko szczęście, że znalazłam coś ładnego za osiem złotych!

Mama odłożyła żelazko na stół i usiadła ciężko na krześle.

– Córeczko, ty naprawdę myślisz, że warto się tak zapętlić, żeby kilka osób cię podziwiało przez jeden wieczór?

Milczałam.

– Ta sukienka i tak wygląda lepiej niż wszystkie ich razem wzięte. A ty nie potrzebujesz żadnego Mediolanu, żeby robić wrażenie.

Poczułam, jak coś mi drga w gardle. Zrozumiałam, że w tej kiecce pójdę jak po medal. Tylko z nieco mniejszą dumą i dużo większymi wyrzutami sumienia.

Czułam się jak milion dolarów

Sala była pełna świateł. Nauczyciele pozowali do zdjęć z uczniami, DJ grał bez przekonania jakąś dyskotekową mieszankę, a ja stałam pod ścianą, kurczowo trzymając w dłoni torebkę. Sukienka opinała się na mnie jak druga skóra. Wyglądałam dobrze. Wiedziałam to. Widziałam po spojrzeniach.

– O matko, przyszła ta od Mediolanu! – rzuciła jakaś dziewczyna, mijając mnie ze swoim partnerem.

– Zobacz na plecy! – szepnęła druga. – Jak z pokazu mody.

Stałam tam z kamienną twarzą, choć w środku czułam się jak oszustka. Ubrana w cudzą bajkę. Patka wpadła do mnie cała w euforii.

– Dziewczyno, jesteś najpiękniejsza na tej sali! No przysięgam, nawet maturzystki z zeszłego roku już komentują twoje zdjęcia!

– Serio? – wydusiłam.

– Wojtek cię szuka.

Zacisnęłam palce na torebce.

– Po co?

– Nie wiem, może chce zatańczyć. No idź!

Zanim zdążyłam zaprotestować, już go zobaczyłam. Stał kilka metrów dalej, w ciemnogranatowym garniturze, nerwowo poprawiając kołnierzyk.

– Cześć – podszedł. – Słuchaj... wyglądasz obłędnie. Pomyślałem, że może... że zatańczysz ze mną?

Patrzyłam na niego przez długą sekundę, a potem wyszliśmy razem na środek parkietu. Ludzie się rozstępowali, jakby naprawdę mieli do czynienia z jakąś gwiazdą z wybiegów. A ja? Tańczyłam. W sukience z lumpeksu za 25 złotych. I czułam się jak milion dolarów. Choćby na chwilę.

Przyznałam się

Po studniówce wróciłam do domu z bolącymi stopami i głową pełną sprzecznych myśli. Mama czekała w kuchni, mieszając herbatę. Uśmiechnęła się, widząc mnie w drzwiach.

 Jak było, gwiazdo z Mediolanu?

– Mogło być gorzej – odpowiedziałam, zdejmując buty. – Przeżyłam.

– Wyglądałaś pięknie – powiedziała cicho. – I chyba nie tylko ja tak sądzę, bo widziałam zdjęcia. Cała szkoła o tobie gada.

Usiadłam przy stole, spojrzałam na parującą herbatę i westchnęłam.

– Mamo, ja muszę coś zrobić. Nie mogę tego tak zostawić. Całe to moje udawanie... czuję się jak jakaś podróbka.

– To przestań udawać – powiedziała spokojnie. – I żyj swoim życiem.

W poniedziałek w szkole czekało mnie piekło – i wybawienie.

– Ej, serio ta sukienka była z Mediolanu? – zaczepiła mnie Asia. – Bo widziałam identyczną w necie za dwie dyszki.

– Nie była – odpowiedziałam spokojnie. – Kupiłam ją w lumpeksie.

– O ja... to ty tak zmyśliłaś? – Patka spojrzała na mnie jak na UFO.

– Tak. I nie jestem z tego dumna.

Przez chwilę było cicho. A potem... Patka się roześmiała.

– No i dobrze! Przynajmniej masz jaja, żeby się przyznać. A kiecka i tak była sztosem. Daj znać, gdzie ten lump!

Uśmiechnęłam się. Może nie byłam ikoną stylu z Włoch, ale byłam sobą. I to musiało wystarczyć.

Ola, 18 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama