„Kupiłam w lumpeksie modne jeansy i zrobiłam na tym interes życia. W małej kieszonce było zawiniątko na wagę złota”
„W środku leżał maleńki woreczek strunowy, a w nim kilka błyszczących kawałków metalu. Na pierwszy rzut oka – złoto. Jednak kto by chował złoto w kieszonce jeansów z lumpeksu?”.

- Redakcja
To był zwykły, szary poniedziałek. Wracając z pracy, wstąpiłam do lumpeksu, chociaż wcale nie planowałam zakupów. Nie szukałam niczego konkretnego. Tak po prostu, chciałam się rozejrzeć. Czasem w takich miejscach trafiają się perełki – coś, czego nikt inny nie zauważył, a co potrafi poprawić humor na cały dzień. Tego dnia nie miałam jednak żadnych oczekiwań. Weszłam, powłóczyłam nogami między wieszakami i już miałam wychodzić, gdy mój wzrok przykuła para spranych jeansów z wysokim stanem. Miały w sobie coś. Niby zwykłe, a jednak ręka sama po nie sięgnęła. Zapłaciłam szesnaście złotych i wróciłam do domu, nie przypuszczając, że właśnie kupiłam nie tylko spodnie, ale i historię, która wywróci moje życie do góry nogami.
Zadrżałam
Po powrocie do domu rzuciłam torbę z jeansami na kanapę i poszłam zrobić sobie herbatę. Dzień miałam dość nijaki, więc stwierdziłam, że nie będę się z niczym spieszyć. Dopiero wieczorem przypomniałam sobie o swojej „zdobyczy”. Wyciągnęłam spodnie z torby i zaczęłam je dokładnie oglądać. Miały idealny fason. Już miałam je odłożyć, kiedy pod palcami wyczułam coś w małej kieszonce.
– Co to jest? – mruknęłam do siebie i wsunęłam palce głębiej.
Po chwili trzymałam w dłoni małe zawiniątko. Zadrżałam.
– No nie gadaj… – szepnęłam, rozchylając folię.
W środku leżał maleńki woreczek strunowy, a w nim kilka błyszczących kawałków metalu. Na pierwszy rzut oka – złoto. Jednak kto by chował złoto w kieszonce jeansów z lumpeksu? Zadzwoniłam do mojej siostry. Oczywiście nie odebrała. Drugi numer, jaki przyszedł mi do głowy, to był mój były.
– Cześć… mam pytanie – powiedziałam, gdy tylko się odezwał.
– No siema. Ty do mnie? Cuda się zdarzają.
– Ty się tam nie podniecaj, tylko powiedz – jak poznać, czy coś jest z prawdziwego złota?
Miałam mętlik w głowie
– A co, wygrałaś w totka i chcesz sprawdzić, czy ci nie wcisnęli tombaku? – zapytał z rozbawieniem.
– Znalazłam coś... Po prostu powiedz mi, jak to sprawdzić – powiedziałam, siadając z powrotem na kanapie.
– Najprościej? Magnes. Może być taki z magnesików z lodówki?
– Taki mam.
Zerwałam się i pobiegłam do kuchni. Złapałam magnes z napisem "Kołobrzeg 2017" i przyłożyłam go do jednego z przedmiotów w woreczku. Nic. Zero reakcji.
– No i co? – zapytał były, słysząc moje westchnięcie.
– Nie przyciąga. Tylko to jeszcze nic nie znaczy, nie?
– Nie. Najlepiej byłoby pójść do jubilera. Albo... do lombardu. Tam ci powiedzą.
– A ty się znasz, to gdzie byś poszedł?
– Do lombardu. Jubiler za darmo nie kiwnie palcem, a w lombardzie będą chcieli to wycenić, to się postarają. – Zamilkł na chwilę. – Ej, ale serio... skąd masz złoto?
– Nie twoja sprawa – odparłam i się rozłączyłam.
Przez chwilę siedziałam w ciszy, patrząc na błyszczące kawałki metalu. Co, jeśli to naprawdę złoto? Co, jeśli ktoś zostawił je tam celowo? Albo – co gorsza – przypadkiem? Podeszłam do okna, spojrzałam na ulicę i pomyślałam tylko jedno: muszę to jutro zanieść do wyceny. Cokolwiek to jest – samo się nie wyjaśni.
Ściskało mnie w żołądku
Następnego dnia od rana chodziłam po mieszkaniu jak nakręcona. Przebrałam się trzy razy – jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W końcu zarzuciłam kurtkę, wrzuciłam woreczek do wewnętrznej kieszeni torebki i wyszłam. Lombard był niedaleko. Nigdy tam nie wchodziłam, bo kojarzył mi się raczej z miejscem, gdzie ludzie przynoszą stare telefony albo pierścionki po zerwanych zaręczynach. Weszłam niepewnie, od razu poczułam intensywny zapach kurzu. Za ladą stał niski, łysy facet w okularach, z miną jakby był tu za karę.
– W czym mogę pomóc? – zapytał, nie odrywając wzroku od jakiegoś formularza.
– Chciałabym wycenić coś. – Podeszłam bliżej i wyjęłam woreczek. Położyłam go na ladzie. – Znalazłam to.
Teraz spojrzał. I to jak. Okulary podjechały mu trochę na nosie, kiedy pochylał się nad zawartością.
– Znalazła pani? A gdzie, jeśli można spytać?
– Nie można. Po prostu proszę powiedzieć, co to jest.
Wziął pincetę, wyciągnął jeden z kawałków i położył na wagę. Potem drugi. Chwilę milczał, aż w końcu wyciągnął spod lady buteleczkę z jakimś płynem i kroplomierzem.
– Dziesięć sekund – mruknął. – Zaraz się okaże.
Zegarek tykał, a mnie ściskało w żołądku.
– No i...? – zapytałam, nie wytrzymując.
Facet uniósł brew i powiedział spokojnie:
– Gratuluję. To nie byle co.
Miałam dziwne przeczucie
– Co znaczy „nie byle co”? – zapytałam, próbując utrzymać twarz pokerzystki, choć nogi lekko mi się ugięły.
– Przede wszystkim to nie jest złom. – Facet przesunął pincetą kolejny kawałek. – To wygląda na fragmenty biżuterii, ale robionej ręcznie. Nie z jakiejś sieciówki. – Spojrzał na mnie uważnie. – Wie pani, co to może być?
– Nie mam pojęcia. Były w kieszeni spodni z lumpeksu – powiedziałam zgodnie z prawdą.
– Ciekawe... – mruknął, biorąc lupę. – Te oznaczenia... – Potarł palcem coś, czego gołym okiem nie dało się zobaczyć. – Tu jest jakiś grawer. Może inicjały. Trzeba by to powiększyć.
– I co teraz? – zapytałam.
– Pytanie, co pani chce z tym zrobić. Skupuję złoto, mogę zaproponować dobrą cenę.
– A ile to warte?
Zaczął coś obliczać na kalkulatorze. Słyszałam tylko ciche „pik, pik, pik”.
– Rynkowo… jakieś trzy i pół tysiąca. Jednak zapłaciłbym dwa osiemset. Gotówką.
– Już? Teraz?
– Jeśli się pani zdecyduje.
Patrzyłam na woreczek, jakby miał mi zaraz podpowiedzieć, co robić. Dwa osiemset piechotą nie chodziło. Jednak... coś mi tu zgrzytało.
– Dam znać. Muszę się zastanowić.
– Rozumiem. Tylko proszę pamiętać, że ceny złota się zmieniają – rzucił na odchodne.
Wyszłam z lombardu z dziwnym uczuciem. To była okazja, ale intuicja szeptała mi, że to nie koniec historii. Że zanim wezmę pieniądze, powinnam dowiedzieć się, skąd te kawałki w ogóle się wzięły.
Nie mogłam w to uwierzyć
Nie mogłam się uspokoić. Niby powinnam skakać z radości, a jednak coś nie dawało mi spokoju. Wróciłam do domu, wyciągnęłam spodnie i zaczęłam je jeszcze raz oglądać. Szukałam jakiegoś tropu, czegokolwiek. I wtedy zauważyłam coś, co wcześniej mi umknęło – maleńką metkę przyszytą od wewnętrznej strony pasa. Na niej wyblakłym drukiem: „Donata’s Tailoring Chicago”.
– Chicago? – szepnęłam do siebie. – Co te spodnie robiły w second-handzie w Polsce?
Zadzwoniłam do mojej koleżanki, Martyny, która kiedyś pracowała w sortowni odzieży używanej.
– Hej, słuchaj, pytanie mam. Te ubrania z lumpeksów… one naprawdę są z zagranicy?
– No jasne. Najwięcej z Anglii, Niemiec. Czasem trafia się USA. Rzadko, ale się zdarza. Czemu pytasz?
– Bo trafiłam na spodnie z Chicago.
– Z Chicago?
– I co teraz?
– Albo sprzedajesz, albo bawisz się w Sherlocka Holmesa. Wybór należy do ciebie.
Po rozłączeniu siedziałam z metką w ręku i wlepiałam wzrok w komputer. Wpisałam nazwę „Donata’s Tailoring Chicago”. Pierwszy wynik – strona starego zakładu krawieckiego. Wcisnęłam enter. I wtedy zamarłam. Na głównej stronie było zdjęcie starszej kobiety. A obok niej... dziewczyna w tych samych jeansach. I bransoletce, której kawałki teraz miałam w woreczku.
Zrobiłam dobry uczynek
Nie spałam prawie całą noc. Przeglądałam stronę zakładu, profile społecznościowe, galerie zdjęć. Dowiedziałam się, że właścicielka prowadziła ten rodzinny interes przez czterdzieści lat. Zmarła dwa lata temu, a zakład przejęła jej wnuczka – ta sama dziewczyna ze zdjęcia. Na stronie był mail kontaktowy. Wpatrywałam się w klawiaturę jak głupia. Pisać? Czy może lepiej nic nie ruszać? Zrobiłam herbatę, wróciłam do komputera i zaczęłam stukać w klawisze.
„Dzień dobry. Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale kupiłam używane spodnie z metką waszego zakładu. W kieszeni znalazłam coś, co chyba należy do waszej rodziny...” – napisałam po angielsku.
Odpowiedź przyszła po godzinie.
„O Boże… Czy mogę zadzwonić? Proszę. To niemożliwe…”
Podałam numer. Po chwili zadzwoniła.
– Mówiłam babci, żeby nie zostawiała tej bransoletki. To była rodzinna pamiątka. Srebrne ogniwa były w środku złote. Dziadek podarował ją babci na czterdziestą rocznicę ślubu...
– Była w kieszeni. Nie mam pojęcia, co z tym zrobić...
– Jest pani aniołem. Nie spodziewałam się, że się znajdzie...
– Wyślę je do pani. Wszystko. Nie chcę ani grosza.
– Nie. Proszę podać konto. Dla nas to bezcenne. Chcemy to odkupić.
Nie chciałam pieniędzy. Jednak dziewczyna się uparła. Niebawem na moim koncie pojawiła się niemała sumka. Nie sprzedałam złota. Zwróciłam rodzinie pamiątkę, a i tak zyskałam więcej, niż mogłam się spodziewać. Czasem uczciwość opłaca się bardziej niż cynizm.
Barbara, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Liczyłam na chwilę oddechu po świętach, ale nie mogłam odmówić sąsiadce. A ona bez litości zrobiła mnie w balona”
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”