Reklama

Wszystko wyglądało poprawnie, jakby ktoś z zewnątrz spojrzał przez wizjer: mieszkanie ogarnięte, wspólne śniadania, krótkie pytania o dzień. A jednak od dawna czułem, że coś między nami zgasło. Cisza była wygodna, niemal bezpieczna. Wmawiałem sobie, że to zmęczenie, przejściowy czas, nic groźnego. Bałem się tylko jednego – rozmowy, która mogłaby to nazwać.

Pojawiała się obojętność

Rano mijaliśmy się w kuchni jak lokatorzy. Lidik nalewała sobie herbatę, ja stałem przy oknie i udawałem, że coś sprawdzam w telefonie. Wiedziałem, że powinniśmy powiedzieć sobie „dzień dobry” inaczej niż zwykłym mruknięciem, ale nie potrafiłem znaleźć w sobie tej energii. Albo odwagi.

– Wrócisz dziś wcześniej? – zapytała bez patrzenia na mnie.

– Raczej nie. Mam dużo spraw – odpowiedziałem zbyt szybko.

Skinęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała. Kiedyś takie pytania były pretekstem do rozmowy, teraz były tylko formalnością. Drzwi zamknęły się za mną cicho, a ja poczułem ulgę. Przez kilka godzin nie będę musiał nic wyjaśniać.

Wieczorami siadaliśmy na tej samej kanapie, każdy w swoim świecie. Ona z książką, ja z myślami, które krążyły, ale nigdy nie wypowiadałem ich na głos. Czasem zerkałem na nią ukradkiem. Wydawała się zmęczona, jakby dźwigała jakiś ciężar.

– Wszystko w porządku? – rzuciłem któregoś dnia, bardziej z obowiązku niż ciekawości.

– Tak – odpowiedziała po chwili. – A u ciebie?

– Też.

I to wystarczało, żeby temat umarł. Miałem wrażenie, że jeśli nie będziemy drążyć, nic złego się nie stanie. Cisza była jak cienka warstwa lodu – wiedziałem, że pod spodem coś się rusza, ale dopóki nie nacisnę, nie pęknie.

Lidka coraz częściej znikała w drugim pokoju. Słyszałem, jak zamyka drzwi, a ja zostawałem sam z telewizorem grającym w tle. Zamiast zapytać, co ją gryzie, tłumaczyłem sobie, że potrzebuje przestrzeni. Że ja też czasem jej potrzebuję. Pewnego wieczoru usiadła naprzeciwko mnie i przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. Patrzyła tak, jakby czekała, aż coś zrozumiem bez słów.

– Adrian… – zaczęła, ale urwała. – Nieważne.

– Co? – zapytałem, choć serce przyspieszyło.

– Nic. Zapomnij.

Nie nalegałem. Byłem niemal wdzięczny, że się wycofała. Dopiero później, leżąc w łóżku, dotarło do mnie, że to „nic” ważyło więcej niż wszystkie nasze rozmowy z ostatnich miesięcy.

Myślałem, że kwiaty wystarczą

Myśl o walentynkach pojawiła się nagle, jak koło ratunkowe rzucone komuś, kto nawet nie krzyczał o pomoc. Data w kalendarzu mignęła mi między jednym spotkaniem a drugim i poczułem coś na kształt ulgi. To był ten moment, w którym można zrobić „coś miłego” bez rozmowy. Bez rozgrzebywania. Bez ryzyka.

Kwiaty wydawały się idealne. Neutralne. Bezpieczne. Nie wymagały tłumaczeń ani odpowiedzi na pytania, których bałem się najbardziej. Nie musiałem mówić, że coś zaniedbałem, że czegoś nie rozumiem, że się gubię. Wystarczyło wręczyć bukiet róż i liczyć, że to wystarczy.

Spotkałem się z Tomaszem po pracy. Znał mnie od lat, może nawet za dobrze. Siedzieliśmy przy stoliku, a ja opowiadałem mu o Lidii, używając ogólników, jakby chodziło o pogodę, a nie o mój związek.

– I co, pogadaliście w końcu? – zapytał spokojnie.

– Jeszcze nie. Ale będzie okazja. Walentynki – powiedziałem, próbując zabrzmieć pewnie.

Tomasz zmrużył oczy.

– Kwiaty?

– No… tak. Przecież to miły gest.

Gest to nie rozmowa – odpowiedział po chwili. – Wiesz o tym.

Wiedziałem. A jednak wzruszyłem ramionami.

– Nie chcę zaczynać awantury. Jest między nami napięcie, ale to chyba minie samo.

– Albo urośnie – rzucił cicho.

Te słowa utkwiły mi w głowie, ale szybko je odepchnąłem. Nie byłem gotów ich przyjąć. Łatwiej było skupić się na planie: kwiaciarnia, ładny bukiet, szybki uśmiech Lidki, powrót do względnego spokoju. W drodze do domu wyobrażałem sobie jej reakcję. Nie entuzjazm, raczej ciche zaskoczenie, może nawet ulgę. W mojej wizji kwiaty zamykały temat, którego nie potrafiłem nazwać. Były obietnicą, że „wszystko będzie dobrze”, choć nie miałem pojęcia, co właściwie jest nie tak.

Żona się zdenerwowała

Wracałem do domu z bukietem, który pachniał zbyt intensywnie, jakby próbował mnie przekonać, że to dobry pomysł. Trzymałem go trochę niezręcznie, chowając przed sąsiadami, jakby to była tajemnica. W głowie układałem krótkie zdanie, coś prostego. „Pomyślałem o tobie”. Albo tylko uśmiech. Wciąż liczyłem, że słowa nie będą potrzebne. Lidia była w salonie. Siedziała na krześle przy stole, z rękami splecionymi na kolanach. Nie wyglądała na zaskoczoną, raczej na przygotowaną.

Wszystkiego dobrego kochanie – powiedziałem i podałem jej kwiaty.

Spojrzała na bukiet, potem na mnie. Przez chwilę milczała, a ja poczułem, jak napięcie wspina mi się po karku.

– To wszystko? – zapytała w końcu.

– Jak to… wszystko? – odpowiedziałem automatycznie. – Chciałem zrobić coś miłego.

Wzięła kwiaty, ale nie powąchała ich ani nie wstawiła do wody. Położyła je na stole, ostrożnie, jakby były czymś kruchym.

– Adrian, ja nie potrzebuję „czegoś miłego” – powiedziała cicho. – Ja potrzebuję ciebie. Rozmowy. Jakiegokolwiek znaku, że wciąż jestem dla ciebie ważna.

– Przecież jestem – odparłem, czując irytację. – Staram się.

– Właśnie nie – przerwała mi. – Ty ciągle wybierasz łatwiejszą drogę.

Zrobiło mi się gorąco. W mojej głowie zaczęły się kłębić myśli: że przesadza, że nie docenia gestu, że przecież inni by się ucieszyli. Poczułem się niesprawiedliwie oceniony.

– To tylko kwiaty, Lidka. Naprawdę trzeba z tego robić problem? – rzuciłem.

Spojrzała na mnie z czymś, czego dawno u niej nie widziałem. Zrezygnowaniem.

– Dla ciebie „tylko”. Dla mnie dowód, że dalej masz mnie gdzieś.

Nie odpowiedziałem. Stałem w miejscu. Bukiet leżał między nami jak bariera, a ja po raz pierwszy pomyślałem, że ten gest wcale nas nie zbliżył. Wręcz przeciwnie.

Żona wyrzuciła kwiaty

Nie powiedzieliśmy już nic więcej. Lidka wstała od stołu, wzięła bukiet i wyszła do przedpokoju. Słyszałem szelest papieru, potem głuchy dźwięk otwieranej klapy kosza. Stałem w miejscu, jakbym nie do końca wierzył w to, co się właśnie dzieje.

– Naprawdę? – wyrwało mi się, gdy wróciła do salonu z pustymi rękami.

– Tak – odpowiedziała spokojnie. – Naprawdę.

Ten spokój zabolał bardziej niż złość. Poczułem, jak coś we mnie się podnosi, gwałtowne i nieprzyjemne.

– Mogłaś chociaż… nie wiem… postawić je gdzieś – powiedziałem, próbując ratować resztki dumy. – To był gest.

Właśnie dlatego je wyrzuciłam – odparła. – Bo to był tylko kolejny pusty gest.

Zamilkłem. Przez chwilę chciałem się bronić, wyliczać, ile razy starałem się „po swojemu”. Ale nagle dotarło do mnie, że każde z tych starań miało jedną wspólną cechę: nie wymagało ode mnie mówienia prawdy.

Usiadłem ciężko na kanapie. W głowie zaczęły mi się przewijać sceny z ostatnich miesięcy: niedopowiedziane zdania, pytania bez odpowiedzi, jej spojrzenia, które ignorowałem, bo było mi wygodniej. Bukiet nie był prezentem. Był zasłoną.

– Bałem się – powiedziałem w końcu, bardziej do siebie niż do niej.

Lidia spojrzała na mnie uważnie.

– Czego?

Nie umiałem odpowiedzieć od razu. Dopiero po chwili zrozumiałem.

– Tego, że jak zaczniemy rozmawiać, to wyjdzie na jaw, jak bardzo się pogubiliśmy. Że będę musiał coś zmienić. Albo przyznać, że nie umiem.

Skinęła głową, ale w jej oczach nie było ulgi.

– A ja bałam się, że już dawno przestało ci zależeć.

Te słowa zapadły we mnie głęboko. Zrozumiałem, że moje milczenie nie było neutralne. Było wyborem. I że każdy dzień bez rozmowy oddalał nas bardziej niż jakakolwiek kłótnia. Tym razem to ja nie potrafiłem już udawać spokoju.

Coś zrozumiałem

Tamtego wieczoru nie padły już żadne wielkie słowa. Lidka poszła do sypialni i zamknęła drzwi, a ja zostałem w salonie, wpatrując się w puste miejsce na stole, gdzie chwilę wcześniej leżał bukiet. W ciszy, która nagle przestała być bezpieczna, dotarło do mnie, jak bardzo ją źle rozumiałem. Myślałem, że brak kłótni oznacza spokój. Teraz widziałem, że był tylko brakiem odwagi.

Przez kolejne dni rozmawialiśmy więcej niż przez ostatnie miesiące. Tyle że te rozmowy były inne. Ostrożne, nierówne, pełne pauz. Niektóre kończyły się w połowie, inne zawisały w powietrzu bez konkluzji. Nie było pewności, czy to jeszcze próba ratowania, czy już porządkowanie ruin.

Zrozumiałem, że kwiaty nigdy nie miały nas uratować. Miały mnie ochronić przed konfrontacją z samym sobą. Przed przyznaniem, że milczenie było wygodne tylko dla mnie. Że unikałem rozmów nie dlatego, że dbałem o spokój, ale dlatego, że bałem się odpowiedzialności za cudze emocje.

Nie wiem, jak to się skończy. Czasem mam wrażenie, że jesteśmy bliżej siebie niż kiedykolwiek, a czasem, że łączy nas już tylko przyzwyczajenie.

Adrian, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama