„Kupiłem wnuczce wymarzony prezent za ostatnie pieniądze. Potem marzłem i jadłem chleb z margaryną, ale było warto”
„W domu zakładałem grubszy sweter, potem jeszcze jeden. Kaloryfer zostawał zimny. Siadałem pod kocem i mówiłem sobie, że to hartuje. Że dawniej ludzie mieli gorzej. Najłatwiej było oszczędzać na sobie. Najłatwiej udawać, że to nic”.

Emerytura zawsze starczała mi na styk, ale nauczyłem się mówić „jest dobrze” z takim przekonaniem, że nawet ja w to wierzyłem. Najgorsza była nie bieda, tylko litość – ten miękki ton, którym ludzie pytali, czy sobie radzę. Kiedyś usłyszałem o sobie: „biedny dziadek, ale serce ma”. Zabolało bardziej niż brak pieniędzy. Dlatego, gdy zbliżały się urodziny Neli, w mojej głowie nie było już miejsca na rozsądek – tylko na strach, żeby znów tak o mnie nie pomyśleli.
Wnuczka o tym marzyła
O tym, o czym Nela marzy, dowiedziałem się przypadkiem. Siedziała przy stole w kuchni Sylwii, machała nogami pod krzesłem i opowiadała Dawidowi z przejęciem, jak koleżanka z klasy dostała nową hulajnogę elektryczną.
– Taka fajna, że nikt takiej nie będzie miał – mówiła. – I ma światełka!
Sylwia spojrzała na nią z uśmiechem, ale zaraz westchnęła.
– Nela, to nie są tanie rzeczy. Poza tym, to tylko prezent.
„Tylko prezent” – te słowa mnie ukłuły. Jakby chodziło o coś małego, nieważnego. A ja już wtedy czułem, że to nie będzie tylko prezent. To będzie sprawdzian.
– Dziadku, a ty co myślisz? – zapytała mnie nagle Nela, patrząc tymi swoimi uważnymi oczami.
– Ja? – zaśmiałem się trochę za głośno. – Ja myślę, że marzenia są po to, żeby je spełniać.
Sylwia zmrużyła oczy.
– Tato, bez szaleńst. Naprawdę. Nie musisz nic udowadniać.
Ale ja słyszałem coś innego. „Nie stać cię”. „Nie dasz rady”. „Zostaw to innym”. Spojrzałem na Dawida – siedział spokojnie, pewny siebie, taki… poukładany. On zawsze wiedział, ile ma na koncie i na co może sobie pozwolić. Ja wiedziałem tylko, ile mi brakuje.
Kilka dni później stałem w sklepie. Pachniało nowością i plastikiem, a młody sprzedawca mówił szybko, jakby czas był darmowy.
– Ten model jest solidniejszy, lepsza bateria, no i robi wrażenie – dodał, patrząc na mnie znacząco.
Robi wrażenie. W brzuchu zawiązał mi się zimny supeł.
– Poproszę ten lepszy – powiedziałem, zanim zdążyłem się rozmyślić.
Kiedy płaciłem, ręka mi lekko drżała. Liczby wyglądały groźnie, ale powtarzałem sobie w myślach: „Tylko raz w roku. Dla wnuczki. Jakoś się to ogarnie”.
Wyszedłem ze sklepu z wielkim pudełkiem i jeszcze większym ciężarem w środku. Na chwilę poczułem dumę. A zaraz potem strach.
Robiłem dobrą minę
Urodziny Neli odbywały się u Sylwii, w jej jasnym salonie, gdzie zawsze było za ciepło i za głośno. Balony obijały się o sufit, na stole stał tort z kolorowymi świeczkami, a ja od progu poczułem znajome ściskanie w klatce piersiowej. Wszyscy już byli. Nawet Iga z trzeciego piętra, zaproszona „tak przy okazji”, bo przecież „zna Nelę od malucha”.
Prezenty leżały pod ścianą, ustawione równo, jak do porównania. Pluszaki, pudełka z grami, koperty. Usiadłem na krześle i trzymałem swoje pudełko przy nogach, jakby mogło uciec.
– No, kto pierwszy? – zaśmiała się Sylwia, wyciągając telefon do zdjęć.
Dzieci rzuciły się na paczki. Nela piszczała z radości, dziękowała każdemu, a ja czekałem. Liczyłem w myślach moment, kiedy powinienem wstać. Nie za wcześnie. Nie za późno.
– A to od dziadka! – zawołała w końcu, kiedy podałem jej pudełko.
Zapadła cisza. Nela rozerwała papier, spojrzała i… świat jakby się zatrzymał.
– DZIADKU! – krzyknęła i rzuciła mi się na szyję. – To jest TA!
Wszyscy patrzyli. Iga cmoknęła z uznaniem.
– O proszę, Wiktor. Widzę, że dziadek zaszalał – rzuciła z tym swoim uśmiechem.
Zaśmiałem się. Za głośno, zbyt pewnie.
– A co, raz się żyje – odpowiedziałem, choć serce waliło mi jak młot.
Sylwia podeszła bliżej.
– Tato… na pewno wszystko w porządku? – zapytała cicho, tak żebym tylko ja usłyszał.
– Oczywiście – machnąłem ręką. – Nie rób scen.
Zdjęcia, tort, śpiewanie. Patrzyłem na Nelę, szczęśliwą i przez chwilę czułem zwycięstwo. A potem przyszła myśl, że teraz nie mogę się potknąć. Ani dziś, ani jutro, ani do końca miesiąca. Bo jeśli prawda wyjdzie na jaw, ten prezent zamieni się w dowód mojej słabości. Uśmiechałem się więc dalej, choć w środku wcale nie było mi do śmiechu.
Musiałem zacisnąć pasa
Po urodzinach usiadłem przy kuchennym stole, wyjąłem portfel i od razu go zamknąłem. Nie trzeba było liczyć. Wiedziałem. Zacząłem od drobiazgów. W sklepie brałem najtańszy chleb, margarynę, herbatę w największym opakowaniu. Przy kasie patrzyłem tylko w wyświetlacz, jakby sprzedawczyni mogła odczytać ze mnie wszystko, co próbowałem ukryć.
– Reszty nie trzeba – rzuciłem raz, choć wcale mnie na to nie było stać.
Głupia duma. W domu zakładałem grubszy sweter, potem jeszcze jeden. Kaloryfer zostawał zimny. Siadałem pod kocem i mówiłem sobie, że to hartuje. Że dawniej ludzie mieli gorzej. Najłatwiej było oszczędzać na sobie. Najłatwiej udawać, że to nic.
Sylwia dzwoniła co kilka dni.
– Jak się czujesz, tato?
– Świetnie – odpowiadałem. – Nawet za dobrze.
Głos czasem mi drżał, więc odchrząkiwałem i zmieniałem temat. O Neli. O pogodzie. O czymkolwiek. Najgorzej było w okolicach terminów płacenie rachunków. Kartki na lodówce zaczęły mnie stresować. Jedną schowałem do szuflady, jakby to miało coś zmienić. Wieczorami kładłem się wcześniej, żeby nie myśleć. A nocami liczyłem w głowie dni do końca miesiąca.
Udawałem, że jest dobrze
Nela przyszła do mnie w sobotę, razem z Sylwią. Wpadły na chwil”, ale ja już od rana czułem napięcie, jakbym spodziewał się kontroli. Włączyłem czajnik, choć wiedziałem, że herbaty starczy na dwa kubki, nie więcej. W mieszkaniu było chłodno.
– Dziadku, czemu masz dwa swetry na sobie? – zapytała Nela, ściągając kurtkę.
– Bo tak lubię – odpowiedziałem odruchowo. – Starzy ludzie marzną.
Usiadła przy stole i rozejrzała się uważnie, za uważnie.
– A czemu nie masz dżemu? Zawsze był.
Sylwia spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała. Wlałem herbatę, ręce znów mi zadrżały.
– Skończył się. Kupię.
Nela pociągnęła łyk i skrzywiła się lekko.
– Dziadku, ty nie lubisz już herbaty? Jakaś taka… inna.
Uśmiechnąłem się krzywo.
– Wszystko mi smakuje, jak jestem głodny.
To miało być żartem, ale zapadła cisza. Nela wpatrywała się we mnie, jakby chciała coś zrozumieć.
– A czemu masz takie smutne oczy? – zapytała nagle.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Sylwia wstała i zaczęła poprawiać coś na półce, za długo, zbyt nerwowo.
– Nela, nie męcz dziadka – powiedziała w końcu.
Ale było za późno. Pomyślałem, że zrobiłem to wszystko dla niej, a teraz ona siedzi przede mną i widzi więcej, niż powinna. Poczułem wstyd, ciężki i lepki. Nie chciałem być dla niej lekcją o udawaniu.
Kiedy wychodziły, Sylwia zatrzymała się w drzwiach.
– Tato… marnie wyglądasz – powiedziała cicho. – Na pewno wszystko jest w porządku?
Skinąłem głową. Nie byłem już tego pewien.
Córka poznała prawdę
Nie planowałem tej rozmowy. Sylwia przyszła bez zapowiedzi, z listem w ręku. Położyła go na stole tak ostrożnie, jakby mógł wybuchnąć.
– Co to jest, tato? – zapytała spokojnie, aż za spokojnie.
Spojrzałem i już wiedziałem. Terminy, liczby, czerwone linijki.
– Przesada – mruknąłem. – Zaraz bym zapłacił.
– Kiedy? – weszła mi w słowo. – Jak przestaniesz jeść?
Wtedy wybuchłem.
– To moje pieniądze! – podniosłem głos. – Całe życie sam sobie radziłem i nie będę się tłumaczył!
– Radziłeś sobie, udając – odpowiedziała cicho. – A teraz płacisz za to zdrowiem.
Nie miałem już siły krzyczeć. Powiedziałem prawdę. O strachu przed byciem „biednym”. O tym, że wolałem głodować, niż żeby ktoś patrzył na mnie z góry. Słowa wychodziły ze mnie jak kamienie.
W drzwiach stała Nela. Trzymała swój prezent.
– Dziadku… ja nie chcę, żebyś był smutny przeze mnie – powiedziała. – Wolałabym, żeby było ci ciepło. Możemy oddać tę hulajnogę.
Podała mi pudło. Poczułem wstyd większy niż kiedykolwiek – bo dziecko zobaczyło mnie bez maski. Nie hojnego. Nie silnego. Tylko przestraszonego.
Sylwia pomogła mi stanąć na nogi. Rozpisaliśmy wszystko, po kolei, bez iluzji. Przyjąłem pomoc, zapłaciła za mnie zaległe rachunki i zrobiła zakupy na miesiąc. Teraz jestem spokojny,
Wiktor, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Osiągnęłam więcej niż moi rodzice, ale nie będę ich utrzymywać na starość. Nie jestem bankomatem”
- „Miałam dość walentynkowych banałów. Gdy zobaczyłam prezent od męża, moje serce zabiło szybciej”
- „W walentynki liczyłam na piękny bukiet, a nie dostałam nawet jednej róży. Mąż wolał pobiec z kwiatami do kochanki”