Reklama

To miał być zwykły czwartek, taki jak setki innych w moim życiu. Budzik zadzwonił o 5:45, wyrywając mnie z jedynego momentu w ciągu doby, kiedy nie myślałam o niezapłaconych rachunkach i cieknącym kranie w łazience. Wstałam, potykając się o zabawki syna, i mechanicznie nastawiłam wodę na kawę, wiedząc, że za godzinę będę musiała walczyć o miejsce w zatłoczonym autobusie. A potem zadzwoniła ona. Sylwia. Moja kuzynka, moja przyjaciółka z dzieciństwa i jednocześnie osoba, której nie lubiłam.

Jej głos w słuchawce brzmiał płaczliwie, jakby spotkała ją największa tragedia. Powód? Fryzjerka przesunęła jej wizytę o pół godziny. Stałam w swojej ciasnej kuchni, trzymając w ręku kubek z obtłuczonym uchem, i czułam, jak wzbiera we mnie fala złości. Bo Sylwia nie wie, co to prawdziwe życie. Sylwia żyje w bajce, którą sfinansował nasz zmarły wujek, a mimo to zachowuje się, jakby niosła na barkach krzyż całego świata.

Czy ona naprawdę nie słyszy, jak to brzmi?

Kiedy spotkałyśmy się po południu, byłam już padnięta po ośmiu godzinach użerania się z klientami w biurze obsługi. Moje plecy pulsowały tępym bólem, a w głowie miałam tylko listę zakupów, na które w tym miesiącu znowu brakowało nam kilkuset złotych. Sylwia czekała na mnie w tej nowej, modnej kawiarni w centrum, gdzie za kawałek sernika płaci się tyle, co za cały obiad dla mojej rodziny.

Wyglądała naprawdę olśniewająco. Nowy płaszcz, markowa torebka rzucona niedbale na krzesło obok, i ta cera – cera kogoś, kto się wysypia i regularnie odwiedza kosmetyczkę.

– Nawet nie wiesz, jaki mam koszmarny dzień, Magda – westchnęła, zanim zdążyłam w ogóle usiąść i zdjąć szalik. – Najpierw ta fryzjerka, wyobrażasz sobie? Cały grafik mi się posypał. A potem pojechałam do tego sklepu z włoskimi płytkami, wiesz, do łazienki na górze, i okazało się, że odcień „mglisty poranek” jest niedostępny i muszę czekać dwa tygodnie. Dwa tygodnie! Przecież ja zwariuję w tym remoncie.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż mnie zabolały. Zamówiłam najtańszą czarną kawę, starając się nie patrzeć na jej idealnie zrobione paznokcie, które bębniły o blat stolika.

To straszne – mruknęłam, siląc się na spokój. – Naprawdę współczuję. Ja dzisiaj dowiedziałam się, że w naszym bloku podnoszą czynsz o kolejne dwadzieścia procent. Nie wiem, skąd to weźmiemy.

Sylwia machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę.

– Oj tam, czynsz. Poradzicie sobie, ty i Marek zawsze sobie radzicie. Ale słuchaj, to nie koniec. Wczoraj ogrodnik przyciął mi hortensje zbyt krótko. Wyglądają teraz jak łyse miotły. Płakałam przez godzinę. Mówię ci, nikt nie ma tyle stresu co ja. Ten dom mnie wykończy.

Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, w którym momencie straciła kontakt z rzeczywistością. A raczej, w którym momencie odleciała na inną planetę. Planetę, na której największym problemem jest odcień kafelków i krzewy w ogrodzie.

Dlaczego ona?

Wszystko zaczęło się dwa lata temu. Wtedy zmarł wujek Stanisław. Był bratem mojej mamy i ojca Sylwii. Stary kawaler, nieco ekscentryczny, który przez całe życie inwestował w nieruchomości i zbierał sztukę. Wiedzieliśmy, że ma pieniądze, ale nikt nie zdawał sobie sprawy, jak duże.

Pamiętam dzień odczytania testamentu jakby to było wczoraj. Siedzieliśmy w kancelarii notarialnej – ja, moja mama, Sylwia i jej rodzice. Wszyscy w czerni, z poważnymi minami, choć w powietrzu wisiało napięcie gęste jak smoła. Każdy po cichu liczył na jakiś zastrzyk gotówki. Ja i Marek marzyliśmy o spłacie kredytu za nasze dwupokojowe mieszkanie. Tylko tyle. Nie chcieliśmy milionów. Chcieliśmy wolności.

Notariusz, starszy pan o głosie tak monotonnym, że można było przy nim zasnąć, zaczął czytać. Mojej mamie przypadła biżuteria po babci. Ojcu Sylwii – kolekcja znaczków. Mi… mi wujek zapisał swój samochód. Piętnastoletniego opla, który więcej stał u mechanika niż jeździł. A potem padło to zdanie. „Mojej bratanicy, Sylwii, zapisuję moją posiadłość w Konstancinie wraz z całym wyposażeniem oraz środki zgromadzone na rachunku bankowym, celem utrzymania nieruchomości”.

W pokoju zapadła cisza. Taka absolutna. Sylwia zamrugała oczami, jakby nie zrozumiała. Ja poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Dom w Konstancinie. Willa. Pałac właściwie. I pieniądze. Duże pieniądze.

Dlaczego ona? To pytanie dźwięczało mi w głowie przez kolejne miesiące. Przecież to ja zawsze byłam tą „rozsądną”. To ja skończyłam trudne studia, ja pracowałam od świtu do nocy, ja mam rodzinę, dzieci. Sylwia? Sylwia była wieczną studentką, która zmieniała kierunki jak rękawiczki, pracowała dorywczo w butikach i głównie zajmowała się „szukaniem siebie”. I nagle, jednym podpisem starego człowieka, stała się milionerką.

– To niesprawiedliwe – powiedziałam wtedy do Marka, płacząc w poduszkę tej samej nocy.

– Takie jest życie, kochanie – odpowiedział, głaszcząc mnie po plecach. – Nie możemy się tym zadręczać.

Ale ja się zadręczałam. A teraz, siedząc naprzeciwko niej w kawiarni i słuchając o „tragedii hortensji”, czułam, że moja cierpliwość się kończy.

Rzuciłam wszystko, by jej pomóc

Sytuacja zagęściła się kilka tygodni później. Marek stracił premię w pracy, a nasz syn potrzebował aparatu ortodontycznego. Pieniądze, a raczej ich brak, stały się tematem numer jeden w naszym domu. Atmosfera była napięta, kłóciliśmy się o byle co – o niezakręconą pastę do zębów, o to, kto ma wynieść śmieci. Byliśmy zmęczeni. Po prostu potwornie zmęczeni życiem.

Wtedy zadzwoniła Sylwia.

– Musisz do mnie przyjechać – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Proszę, Magda. Jestem w rozsypce.

Myślałam, że stało się coś poważnego. Może coś ze zdrowiem? Może ktoś się włamał do tej jej twierdzy? Zostawiłam dzieci z Markiem i wsiadłam w autobus (stary opel od wujka oczywiście nie odpalił). Kiedy dotarłam na miejsce, brama otworzyła się automatycznie. Szłam aleją wysadzaną starymi drzewami, patrząc na ten dom. Był piękny. Przedwojenna architektura, wielkie okna, taras, na którym można by urządzić wesele. Weszłam do środka. Wnętrze pachniało drogimi świecami i liliami.

Zastałam Sylwię w salonie wielkości mojego całego mieszkania. Siedziała na welurowej kanapie, otoczona próbkami tkanin.

– O co chodzi? – zapytałam, wciąż zdyszana po szybkim marszu od przystanku. – Co się stało?

Sylwia podniosła na mnie wzrok. Miała zaczerwienione oczy.

Nie mogę się zdecydować na zasłony – wychlipała, wskazując na skrawki materiału. – Ten beż jest zbyt ciepły, a ten szary zbyt chłodny. Magda, ja już nie mam siły. To mnie przerasta. Decyzje, ciągle decyzje. Architekt wnętrz mnie nie rozumie, ekipa remontowa robi wszystko na odwal, a ja jestem z tym sama. Czuję się taka przytłoczona.

W tym momencie coś we mnie pękło. To było jak wybuch wulkanu. Wszystkie te miesiące poczucia niesprawiedliwości, zmęczenia i stresu wylały się ze mnie w jednej chwili.

– Czy ty sobie ze mnie żartujesz?! – krzyknęłam, a mój głos odbił się echem od wysokiego sufitu.

Sylwia zamarła z kawałkiem jedwabiu w dłoni.

– O co ci chodzi? – zapytała cicho.

– O co mi chodzi? O to, że jesteś rozpuszczoną, niewdzięczną egoistką! – wyrzuciłam z siebie, podchodząc bliżej. – Masz wszystko, o czym inni mogą tylko pomarzyć. Masz dom bez kredytu, masz pieniądze na koncie, nie musisz wstawać rano do roboty, której nienawidzisz, żeby zarobić na chleb! A ty śmiesz ściągać mnie tutaj, bo nie wiesz, jaki kolor zasłon wybrać?! Wiesz, jaki ja mam problem? Nie wiem, czy zapłacić za prąd, czy za aparat na zęby dla dziecka! To są problemy, Sylwia! A nie twoje beżowe zasłony!

Trzęsłam się. Całe ciało mi dygotało. Sylwia patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Spodziewałam się, że zacznie krzyczeć, bronić się, może wyrzuci mnie z domu. Ale ona zrobiła coś zupełnie innego. Zaczęła płakać. Nie tak histerycznie, jak przy narzekaniu na fryzjera. To był cichy, bolesny płacz.

To nie był tylko podpis notariusza

– Myślisz, że to jest takie proste? – zapytała szeptem, kiedy wreszcie się uspokoiła. – Myślisz, że wujek dał mi to wszystko za darmo?

– A nie? – parsknęłam, choć mój gniew powoli ustępował miejsca zdziwieniu. – Przecież nic nie musiałaś robić. Po prostu byłaś jego ulubienicą.

Sylwia wstała z kanapy i podeszła do wielkiego okna wychodzącego na ogród.

– Nie masz pojęcia, jak wyglądały ostatnie trzy lata jego życia, Magda. Nikt z was nie ma. Wszyscy myśleliście, że wujek Staszek po prostu zdziwaczał i zamknął się w domu. A on… on miał poważne problemy ze zdrowiem.

Zamilkłam. Owszem, wiedzieliśmy, że chorował, ale w rodzinie mówiło się, że „ma swoje lata i słabuje”. Nikt nie wnikał w szczegóły. Wujek zawsze był skryty.

– Przez trzy lata – kontynuowała Sylwia, nie odwracając się do mnie – przyjeżdżałam tu codziennie. Codziennie. Kiedy wy mieliście rodzinne grille, ja tutaj pracowałam w pocie czoła. Kiedy ty awansowałaś w pracy, ja byłam tutaj. Kiedy Marek zabierał cię na wakacje, ja siedziałam przy łóżku wujka i słuchałam, jak mnie wyzywa, bo problemy ze zdrowiem odebrały mu rozum.

Odwróciła się. Jej twarz była ściągnięta bólem, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam.

– On nikogo innego nie wpuszczał. Ufał tylko mi. Zabronił mi mówić rodzinie, bo się wstydził. Był dumnym człowiekiem. Zmusił mnie do przysięgi, że nikomu nie powiem, jak jest. Zrezygnowałam ze studiów, z pracy, z życia towarzyskiego. Zostałam tutaj. Ten dom… to nie jest nagroda, Magda. To jest zapłata za trzy lata piekła, które przeszłam w ciszy.

Stałam jak wryta. Nagle przypomniałam sobie te wszystkie momenty, kiedy Sylwia nie pojawiała się na świętach, tłumacząc się migreną. Kiedy nie odbierała telefonów. Myślałam wtedy, że imprezuje, że nas olewa.

– A te pieniądze? – zapytała gorzko, wskazując na luksusowe wnętrze. – Wiesz, ile kosztuje utrzymanie tego molocha? W zimie ogrzewanie pochłania fortunę. Dach przecieka, instalacja jest do wymiany. Konserwator zabytków nie pozwala na tanie remonty. Te pieniądze znikają szybciej, niż się pojawiają. A ja? Ja siedzę tu sama, w tym wielkim, pustym domu, gdzie każdy kąt przypomina mi o odchodzeniu wujka. Nie mam męża, nie mam dzieci, nie mam kariery. Mam tylko ten dom i te głupie problemy z zasłonami, które wymyślam, żeby nie myśleć o tym, jak bardzo jestem samotna.

Miałam życie, Sylwia miała muzeum

Podeszłam do niej powoli. Czułam wstyd za siebie. Mój gniew, moja zawiść – wszystko to nagle wydało mi się takie małe, takie małostkowe. Zazdrościłam jej obrazka, który sama sobie namalowałam w głowie. Widziałam tylko efekt końcowy – bogactwo, luksus. Nie widziałam ceny, jaką za to zapłaciła.

Ja miałam ciasne mieszkanie i kredyt, ale miałam też Marka, który robił mi herbatę, gdy byłam słabsza. Miałam dzieci, które wbiegały rano do łóżka. Miałam pracę, która dawała mi satysfakcję, mimo że była męcząca. Miałam życie. Sylwia miała muzeum.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytałam cicho.

Bo się wstydziłam – wyznała. – Wstydziłam się, że narzekam, mając taki spadek. I widziałam, jak na mnie patrzysz. Jak wszyscy na mnie patrzą. Z zazdrością. Nie chciałam psuć tego wizerunku, bo tylko to mi zostało. Bycie tą „szczęściarą”. Jeśli przyznam, że jestem nieszczęśliwa, to wyjdę na kompletną niewdzięcznicę.

Objęłam ją. Poczułam, jak sztywnieje, a potem powoli się rozluźnia i wtula we mnie, jak wtedy, gdy byłyśmy małymi dziewczynkami. Płakałyśmy obie. Ona nad swoją samotnością i straconym czasem, ja nad swoją ślepotą.

– Przepraszam – szepnęłam. – Byłam okropna.

– Nie, to ja byłam nieznośna – zaśmiała się przez łzy. – Te hortensje naprawdę nie są takie ważne. Ale Magda… one naprawdę wyglądają jak miotły.

Roześmiałam się. To był pierwszy szczery śmiech między nami od lat.

Tego nie widać w social mediach

Od tamtej rozmowy minęło pół roku. Wiele się zmieniło, choć z pozoru wszystko wygląda tak samo. Sylwia nadal mieszka w willi, a ja nadal spłacam kredyt. Ale nasza relacja jest inna.

Zrozumiałam, że każdy z nas niesie jakiś ciężar, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Pieniądze wujka rozwiązałyby moje problemy finansowe, ale nie dałyby mi tego, co mam najcenniejszego – mojej rodziny. Sylwia ma bezpieczeństwo materialne, ale musi budować swoje życie osobiste od nowa, na zgliszczach.

Zaczęłam pomagać jej w zmienianiu tego wielkiego zimnego domu. W weekendy przyjeżdżamy tam z dziećmi. Chłopcy biegają po ogrodzie (nie zważając na „źle przycięte hortensje”), a dom wypełnia się gwarem i życiem, którego tak bardzo potrzebował. Sylwia powoli wychodzi ze swojej skorupy. Zapisała się na kurs projektowania ogrodów – w końcu te nieszczęsne krzewy stały się jej pasją, a nie powodem do narzekań.

A co z jej narzekaniem? Cóż, nadal to robi. Wczoraj dzwoniła, że woda w basenie jest o dwa stopnie za zimna. Ale teraz reaguję na to inaczej.

– To straszne, kochana – mówię z uśmiechem do słuchawki. – A wiesz, że Jasiu dostał piątkę z matematyki?

– Naprawdę? To wspaniale! – odpowiada, zapominając o basenie.

Nauczyłam się, że trawa u sąsiada wcale nie jest bardziej zielona. Czasem jest po prostu sztuczna, albo… bardzo drogo kosztuje jej utrzymanie. I szczerze? Nie zamieniłabym się. Nawet za cenę spłaty kredytu. Wolę moje ciasne, głośne, pełne problemów życie, w którym nie muszę udawać, że kolor zasłon jest sprawą życia i śmierci. Ale cieszę się, że Sylwia ma te swoje zasłony. Ktoś w końcu musi się nimi martwić, skoro wujek Staszek zostawił jej ten cały teatr na głowie.

Czasem, gdy patrzę na nią, jak siedzi na tym swoim wielkim tarasie, widzę w niej nie „bogatą kuzynkę”, ale zmęczoną kobietę, która po prostu chce być wysłuchana. I to mogę jej dać. Za darmo.

Magda, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama