„Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”
„Tak właśnie mnie zapamiętali. Babcie zawsze coś daje. Nigdy: zawsze słucha, zawsze zrozumie, zawsze przytuli. I najgorsze było to, że to ja sama ich tego nauczyłam. Cieszyłam się, że mogę dać. Cieszyłam się, że jestem taką fajną babcią. A teraz… teraz byłam tylko tą z wypłatą”.

- Redakcja
Zawsze byłam przekonana, że jestem dobrą babcią. Taką, która pamięta o urodzinach, piecze najlepszy sernik i nie ma nic przeciwko nocowaniu wnuków w weekend. Może i nie miałam już tyle siły co kiedyś, ale miałam serce – ogromne, pełne miłości do tych małych istotek, które przecież kiedyś tuliłam jako noworodki.
Myślałam, że ta więź zostanie z nami na zawsze. Że jestem dla nich ważna. Nie dlatego, że czasem dostaną coś ekstra, tylko po prostu – że jestem babcią. Prawda wyszła na jaw przy okazji Dnia Babci. I zabolała jak nigdy wcześniej.
Chodziło im o pieniądze
W tym roku dzieci nie mogły przyjść do mnie osobiście w Dzień Babci – grypa w szkole, jakieś zakatarzone towarzystwo, więc synowa przywiozła mi laurki i ciasto.
– Mamo, dzieci bardzo się starały, sama zobaczysz. Zosia aż dwa dni rysowała – uśmiechnęła się i postawiła torbę z ciastem na kuchennym blacie.
Zostawiła mnie samą. Otworzyłam pierwszą laurkę, od Maksa, siedmiolatka. Niebieska kredka, dużo serduszek, a w środku napis: „Babciu, jesteś najlepsza, dajesz zawsze pieniądze!”. Pod spodem rysunek: ja, z torebką, z której wystają banknoty i dzieci wyciągające do mnie ręce.
Przeczytałam to trzy razy. Gapiłam się na te rysunki, próbując uwierzyć, że naprawdę to widzę. Czy Maks naprawdę uważa, że to jest moja główna rola? „Dajesz pieniądze”? A co z tym, że zawsze mam dla nich czas? Że piekę ulubione rogaliki Zosi? Że pamiętam, kto nie lubi koperku, a kto chce dokładkę klusek?
Sięgnęłam po laurkę Zosi, była trochę bardziej staranna. Na obrazku siedzę na fotelu, dzieci wokół mnie, a jedno trzyma banknot z napisem „100 zł”. Znowu pieniądze. I podpis: „Dziękuję prezenty i kasę, kocham Cię”.
Usiadłam. Nogi mi się ugięły. Wiedziałam, że dzieci są dziećmi, że myślą po swojemu. Ale w tym prostym myśleniu nie było ani jednego słowa o tym, jaka jestem. Tylko o tym, co daję.
Ktoś ich tego nauczył
Zadzwoniłam do syna jeszcze tego samego dnia. Z duszą na ramieniu, ale musiałam wyrzucić z siebie to, co leżało mi na sercu.
– Michał, czy ty widziałeś te laurki? – zapytałam, ledwie usłyszałam jego głos.
– No pewnie, że widziałem. Dzieciaki same robiły. Pomysłowe, nie?
– Michał, one narysowały mnie z torebką pełną banknotów. I podpisały, że jestem najlepsza, bo daję kasę. Naprawdę tak mnie widzą?
Zapadła cisza. Potem westchnienie.
– Mamo, nie przesadzaj. Dzieci mają swoje skojarzenia. To nie złośliwość. Przecież wiedzą, że od ciebie zawsze coś dostaną. Kojarzą cię z tym, co dobre. Dla nich koperta to miłość.
– A to nie powinno być odwrotnie? Miłość powinna być bez koperty – powiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
– Mamo… no. Takie czasy. Takie dzieci.
I właśnie w tym „takie dzieci” zawierała się cała obojętność, której nie mogłam już znieść. Bo to nie dzieci same z siebie zaczęły mnie traktować jak bankomat. Tylko ktoś im na to pozwolił. Ktoś ich tego nauczył. I chyba wiem, kto.
Liczyła się tylko moja wypłata
Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. W głowie przewijały się sceny z ostatnich kilku lat. Z każdej urodzinowej imprezy, ze świąt, odwiedzin. Kiedy ostatni raz wnuki przyszły tak po prostu, bez okazji, bez koperty, bez podtekstu? Przypomniałam sobie jak kilka miesięcy temu Ignacy przyszedł do mnie z zeszytem:
– Babciu, mama mówiła, że jesteś dobra z matematyki. Pomożesz?
Byłam taka szczęśliwa. Usiadłam obok, ciesząc się, że jeszcze potrafię być potrzebna inaczej niż przez banknot. A potem, po rozwiązaniu zadań, powiedział:
– To teraz możesz mi dać dwie dychy? Tata mówił, że za dobre oceny się płaci.
Zamarłam.
– Ale ja nie jestem sponsorem, tylko babcią – odparłam cicho.
– No ale przecież zawsze coś dajesz – odpowiedział bez zastanowienia.
Tak właśnie mnie zapamiętali. Zawsze coś daję. Nigdy: zawsze słucha, zawsze zrozumie, zawsze przytuli. I najgorsze było to, że to ja sama ich tego nauczyłam. Cieszyłam się, że mogę dać. Cieszyłam się, że jestem tą „fajną babcią”. A teraz… teraz byłam tylko tą z wypłatą.
Chciałam z nimi porozmawiać
Upiekłam pieczeń, zrobiłam sałatkę jarzynową i ulubiony kompot Zosi z malin i mięty. Wszystko jak kiedyś, jak przed laty. Zaprosiłam wnuki na obiad, bez rodziców. Chciałam z nimi porozmawiać. Spokojnie, bez świadków. Przyszli trochę niechętnie. Zosia z telefonem w ręce, Maks z miną, jakby mu ktoś kazał iść do dentysty.
– Siadajcie – powiedziałam, wskazując stół.
– A jest deser? – zapytał Maks.
– Najpierw obiad. A potem rozmowa.
Spojrzeli na siebie zaskoczeni.
– Babciu, coś się stało?
– Tak – powiedziałam. – I chcę, żebyście mnie wysłuchali.
Przeczytałam im fragment ich laurek. Przeczytałam powoli, pokazując, co mnie zabolało.
– Babciu… my… myśleliśmy, że ci się to spodoba – wyjąkała Zosia. – Że się uśmiejesz, bo to prawda. Ty zawsze masz coś dla nas…
– Ale ja chcę być dla was kimś. Nie skarbonką, nie kopertą. Ja was kocham, a nie wypłacam. A jak wy mnie kochacie?
Zosia spuściła głowę. Maks coś mruczał pod nosem.
– Przepraszamy, babciu – powiedzieli w końcu niemal jednocześnie.
Nie oczekiwałam wielkich deklaracji. Wystarczyło mi to jedno słowo. I może dopiero wtedy coś pękło – nie we mnie, ale między nami. I z tego pęknięcia mogło wreszcie urosnąć coś prawdziwego.
Zaczęliśmy od nowa
Kilka tygodni później Maks wpadł do mnie w środku tygodnia.
– Babciu, mogę posiedzieć? Mama się złości, bo się pokłóciliśmy o ocenę.
– Pewnie, chodź.
Usiadł w moim fotelu, a ja podałam mu kakao. Nie zapytał o pieniądze. Nie wspomniał o niczym materialnym. Po prostu był. Obecny, bliski. Zosia zadzwoniła w sobotę wieczorem.
– Babciu, a może zrobimy razem szarlotkę? Taką jak kiedyś?
Zgodziłam się natychmiast. Bez pytania o stówkę, bez ukrytego „co dostanę w zamian”. Te małe gesty były jak plaster na ranę, która długo się sączyła. I choć wiedziałam, że nie cofnę lat budowania fałszywego obrazu babci-sponsorki, to mogłam teraz, krok po kroku, zburzyć go i zbudować nowy.
Zbudować siebie w ich oczach od nowa. Nie jako źródło pieniędzy, ale jako człowieka. Jako kobietę, która ich kocha. Bez ceny, bez warunków. Po prostu: babcię.
Coś się zmieniło na lepsze
Laurka z Dnia Babci nadal leży na komodzie w moim salonie. Nie po to, żeby mi przypominała ból, tylko żebym nigdy więcej nie zgodziła się być kimś, kim nie jestem. To obrazek mnie z torebką, z której wysypują się banknoty, a obok dzieci z szeroko otwartymi oczami i rękami wyciągniętymi po pieniądze.
Kiedyś bym tę laurkę schowała, może nawet wyrzuciła. Dziś wiem, że muszę na nią patrzeć, żeby pamiętać. Jest dla mnie jak lustro – pokazuje, jak dzieci mnie postrzegały. I jak łatwo, przez lata drobnych gestów, zbudowałam im obraz babci jako źródła prezentów.
Sama pozwoliłam, żeby tak mnie postrzegały. Myślałam, że dając im więcej, będę bardziej kochana. Że prezenty przykryją samotność. Że cisza między nami zniknie, jeśli zapełnię ją prezentami. Prawda jest taka, że w pewnym momencie stałam się dodatkiem do koperty. Stałam się wypłatą, premią, okazją. I dopóki nie spojrzałam temu w oczy, nic się nie zmieniało.
Nie miałam pretensji do nich. One chłonęły to, co im dawałam. Tylko zapomniałam powiedzieć, co dla mnie ważne. Że jestem tu dla nich. Że chcę ich lepiej poznać. Że potrzebuję ich tak samo, jak oni mnie. Teraz, gdy przychodzą, częściej mówią: „Babciu, a co dziś robisz?” zamiast „Co masz dla mnie?”. To „co dziś robisz” warte jest więcej niż każda stówka.
Zosia ostatnio przyniosła mi nową laurkę. Bez koperty, bez pieniędzy. Na obrazku jestem ja – siedzę na fotelu, a ona trzyma mnie za rękę. Pod spodem napisała: „Babcia, z którą można pogadać o wszystkim. Babcia, która słucha”.
Nie wiem, czy to jej pomysł, czy podpowiedź rodziców. Ale wiem, że coś się zmieniło. Bo laurka z torebką z pieniędzmi nadal tam leży. Ale obok stoi ta druga – prawdziwsza. I mam nadzieję, że ta zostanie na zawsze.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci dostałam SMS-a z wierszykiem z internetu. A ja tylko marzyłam, żeby wnuki wtuliły się w moje ramiona”
- „Dopiero odchowałam syna, a już zafundował mi Dzień Babci. Jestem za młoda, by znowu tonąć w pieluchach”
- „Rodzina odstawiała teatr na Dzień Dziadka. Przychodzili od święta, licząc na jego kasę, ale on wszystkich przechytrzył”