„Liczyłam na chwilę oddechu po świętach, ale nie mogłam odmówić sąsiadce. A ona bez litości zrobiła mnie w balona”
„Pod wieczór nie wytrzymałam. Poszłam tam z powrotem. W myślach układałam już ostrą przemowę, ale gdy otworzyłam drzwi, zamarłam”.

- Redakcja
Święta minęły tak szybko, jakby ktoś przekartkował je na przyspieszonym filmie. Cały grudzień kręciłam się jak bąk – praca, sprzątanie, gotowanie, prezenty, potem goście, rozmowy, gary. I jeszcze dzieciaki, które co chwilę czegoś chciały. Marzyłam, że po tym wszystkim zaszyję się w domu, w piżamie, z kubkiem herbaty i niczym więcej. Bez rozmów, bez wymagań. Tylko zanim dobrze zdążyłam odpocząć, zaczepiła mnie sąsiadka. Z tym swoim słodkim uśmiechem, który zazwyczaj zwiastował tylko jedno – kłopoty.
Nie powiem, znałyśmy się od lat. Bywało, że sobie pomagałyśmy, wymieniałyśmy przepisy na przetwory, raz czy dwa pożyczyłam jej nawet żelazko. Jednak tym razem... tym razem coś było nie tak. W jej spojrzeniu czaiło się coś, czego wtedy jeszcze nie potrafiłam rozszyfrować. Coś, co powinnam była rozpoznać wcześniej. Może wtedy nie dałabym się tak wciągnąć. Może. Tylko że ja – jak zwykle – nie umiałam powiedzieć „nie”.
Zamarłam z ręką na klamce
Złapała mnie na klatce schodowej, kiedy wracałam z zakupów. Sapałam jak parowóz i tylko marzyłam o tym, by dotoczyć się do mieszkania. I wtedy usłyszałam ten głosik.
– Kochana, przepraszam, mogę cię na chwilę?
Zamarłam z ręką na klamce. Sąsiadka zawsze zaczepiała mnie „na chwilę”. Tylko te jej chwile miały tendencję do przeciągania się w nieskończoność.
– Co się stało? – wykrztusiłam, przekładając siatki.
– Wiesz, mam ogromną prośbę… Może trochę nietypową, ale wiem, że na ciebie mogę liczyć – zaświergotała i chwyciła mnie pod ramię.
– Tylko nie proś o opiekę nad dziećmi – warknęłam od razu. – Już moje mnie dostatecznie wykańczają.
– Nie, nie! Żadne dzieci! – roześmiała się z przesadnym entuzjazmem. – Chodzi o... koty.
– Co z kotami?
– No bo jedziemy na kilka dni do teściowej. I nie mamy komu zostawić opieki nad naszą Kizią i Puszkiem. To tylko cztery dni. Nakarmić, wyczyścić kuwetę, pogłaskać. A ty masz przecież serce do zwierząt!
– Serce może i mam, ale czasu nie bardzo...
– Błagam cię! Odwdzięczę się, obiecuję! Przywiozę ci coś z Niemiec. Albo, nie wiem... kupię perfumy! Albo kawę. Taką dobrą!
Wiedziałam, że powinnam odmówić, ale westchnęłam tylko i powiedziałam:
– Dobra. Zrobię to. Tylko proszę, niech to naprawdę będą tylko cztery dni.
Chwyciła mnie w objęcia jak ratownika na tonącym statku.
– Jesteś cudowna! Po prostu anioł!
Miałam złe przeczucia
Następnego dnia rano przyszła z kluczem i całą listą wymagań, jakby oddawała mi pod opiekę pałac Buckingham, a nie dwa futra z pazurami.
– Kizia nie lubi zimnej wody. Puszka nie głaszcz po brzuchu, bo drapie. O ósmej dostają jedzenie. O siedemnastej drugą porcję, ale nie za dużo, bo się przejedzą. Kuwetę trzeba wyczyścić raz dziennie, najlepiej rano. A jak coś się stanie – dzwoń, nawet w nocy.
– Dobrze, rozumiem. A o której wyjeżdżacie?
– Za godzinę. Już wszystko spakowane. A i jeszcze – nie wpuszczaj ich na balkon.
– Dobrze – mruknęłam, zerkając na zegarek.
– Ojej, nie chciałam cię zamęczać. Jesteś kochana, że się zgodziłaś! Obiecuję – jak tylko wrócimy, przyniosę ci coś pysznego.
– Tylko nie puszki dla kota – rzuciłam półżartem.
– No co ty! – zaśmiała się nerwowo i wsunęła mi klucz do dłoni. – Tu masz wszystko dokładnie rozpisane. Miska niebieska dla Kizi, zielona dla Puszka. Jak się pomylisz, będą fochy.
– Z kotami się nie dyskutuje – powiedziałam, biorąc torbę z karmą.
– Widzę, że się znasz! – znowu ten uroczy śmiech, który coraz bardziej mnie drażnił.
Wyszła zadowolona, a ja zostałam z reklamówką pachnącą tuńczykiem. Pomyślałam, że to nie będą zwykłe cztery dni. I miałam rację.
Byłam w szoku
Pierwszy dzień poszedł gładko. Drugi dzień – już mniej. Rano zastałam rozgrzebaną ziemię z doniczki, jakby szukały w niej skarbów. Kizia olała mnie zupełnie, a Puszek położył się na pralce i udawał, że nie istnieje. Trzeciego dnia o poranku usłyszałam odgłos, który przypominał... stukanie? Dziwne, bo przecież nikogo nie powinno być. Weszłam cicho jak złodziej. I wtedy go zobaczyłam. Obcy facet w mieszkaniu sąsiadki. Bez koszulki. W bokserkach. I z kanapką w ręce. Zamarłam.
– Dzień dobry...? – rzucił z pełnymi ustami, jakbyśmy się znali od lat.
– Przepraszam, kim pan jest i co pan tu robi? – zapytałam, zaciśniętym gardłem.
– A, ja... jestem Damian. Znajomy. Sąsiadka mówiła, że mogę się przekimać, jak wyjadą. Mieszkam z babcią, a jej się zebrało na generalne porządki, więc przeniosłem się na kilka dni.
– Że co?! – parsknęłam.
– Klara dała mi klucze. Znaczy, drugi komplet. No i powiedziała, że ty tu zaglądasz do kotów. Że jesteś spoko.
Patrzyłam na niego, jakby wyrósł z lodówki. Albo wyszedł z szafy.
– Nic mi o tym nie mówiła!
– Może zapomniała? Albo nie chciała cię stresować?
Zamrugałam. Czy ja właśnie zostałam zrobiona w balona przez własną sąsiadkę?
– A gdzie koty?
– W sypialni. Kizia śpi na moim plecaku, a Puszek wlazł do szuflady. Sympatyczne są.
I wtedy dotarło do mnie, że te cztery dni opieki właśnie zmieniły się w pełnowymiarową farsę.
Byłam wściekła
Wyszłam z mieszkania i od razu zadzwoniłam do sąsiadki. Klara odebrała po kilku sygnałach.
– Halo, skarbie! Wszystko dobrze u kotków? – jej głos ociekał lukrem.
– A ty jesteś normalna?! – rzuciłam przez zęby. – Kim jest Damian i czemu urządził sobie w twoim mieszkaniu bezpłatny hotel?!
– Czyli już się poznaliście! – zaśmiała się nerwowo. – Słuchaj, to naprawdę spokojny chłopak. Taki niekłopotliwy.
– Czy ja wyglądam na opiekunkę do kotów i do twoich kolegów? Miało być „nakarmić i wyczyścić kuwetę”, a nie pilnować dorosłego faceta w bokserkach!
– No weź, nie rób afery. On wpadł tylko na chwilę. I obiecał, że nie będzie ci przeszkadzał!
– Przeszkadzał?! W moim grafiku na te cztery dni nie było facetów! – aż się zatrzymałam na chodniku.
– Ej no, nie przesadzaj. To tylko kilka dni, on potrzebował ciszy i spokoju. A ja wiedziałam, że ty tam zajrzysz. Więc luzik.
– Luzik? Ty naprawdę myślisz, że jestem tak głupia? Przecież on może się zająć waszymi kotami!
– Oj, nie denerwuj się. Chcesz, to ci przywiozę podwójną paczkę tej kawy. Albo... zaproszę cię na kolację! Co ty na to?
Zaniemówiłam. Próbowała mnie przekupić. Normalnie próbowała przekupić mnie kawą za swoje kombinacje.
– Nie, dzięki. Wystarczy, że mnie wpuściłaś w maliny. Sama sobie z tego teraz wybrnij.
– No dobra, dobra... jak chcesz. Tylko nie rób scen.
Scen? Ona jeszcze nie widziała scen.
Nie mogłam w to uwierzyć
Wróciłam do domu zła jak osa. Powtarzałam sobie w myślach, że to nie moja sprawa. Koty przeżyją, Damian sobie poradzi, a ja powinnam zająć się własnym życiem. Tyle że co godzinę zerkałam na telefon, czekając na jakiś znak. Spodziewałam się najgorszego. Że „spokojny chłopak” wysadzi mieszkanie albo Kizia z Puszkiem uciekną przez balkon. Pod wieczór nie wytrzymałam. Poszłam tam z powrotem. W myślach układałam już ostrą przemowę, ale gdy otworzyłam drzwi, zamarłam. Damian siedział na kanapie, owinięty kocem, z termoforem na brzuchu. Obok pusta miska po zupie, a na stoliku chusteczki.
– Co się stało? – spytałam nieufnie.
– Chyba się czymś strułem… – jęknął. – Zamówiłem chińszczyznę. Albo to była tajska. Nie wiem. W każdym razie nie powinna tak smakować...
– A gdzie koty?
– Kizia leży koło mnie, jakby czuła, że umieram. Puszek schował się w łazience, obrażony.
– Masz gorączkę?
– Mam. I bóle. I wyrzuty sumienia. Nie chciałem ci robić problemu, serio.
Prychnęłam tylko.
– Dobra, zdejmuj ten koc, daj się zbadać. I żadnej chińszczyzny z podejrzanych źródeł, jasne?
– Jasne, szefowo.
– Przestań mi słodzić. Zrobię ci herbatę.
– Jesteś aniołem – jęknął.
– Nie. Ja po prostu zbyt rzadko mówię „nie”.
I wtedy zrozumiałam, że w tej całej sytuacji to ja jestem największą ofiarą własnej uprzejmości.
Postawiłam granicę
Sąsiedzi wrócili czwartego dnia wieczorem, gdy przyszłam nakarmić koty. Stałam oparta o framugę i czekałam, aż zauważą moją obecność.
– No i jak tam nasze futrzaki? – zapytała z promiennym uśmiechem, ściągając buty.
– Żyją. Ty też masz szczęście, że żyjesz – odpowiedziałam sucho.
– Ojej, coś się stało? – zrobiła niewinną minkę.
– Może powinnaś sama zapytać Damiana. Jest tam, w sypialni. Od trzech dni nie wychodzi, bo zatruł się waszą „ciszą i spokojem”.
– Co...? – spojrzała na mnie z zaskoczeniem, po czym rzuciła torby na podłogę i pobiegła do środka.
Za chwilę usłyszałam przytłumione:
– Damian, Boże święty! Co ci jest?
– Daj mi umrzeć w spokoju… – jęknął, zawinięty w koc.
Westchnęłam.
– Sprzątnęłam kuwety, podtarłam Damianowi nos, pilnowałam, żeby koty miały co jeść, zrobiłam lekkostrawną zupkę i wyparzyłam dwie szklanki. To miały być cztery dni z kotami, a nie sanatorium dla twojego gościa.
– Ojej... – wymamrotała, niepewnie – …to ja się odwdzięczę, oczywiście. Kawą?
– Kawę to sobie zaparz. Ty lepiej naucz się mówić ludziom prawdę i nie zrzucaj na innych własnych problemów. Następnym razem, jak będziesz potrzebować przysługi, spiszemy umowę.
– Naprawdę jesteś zła?
– Nie. Jestem mądrzejsza. I to już się nie powtórzy.
Odwróciłam się i wyszłam. Teraz w końcu mam spokój.
Jolanta, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam wysłać mamę do sanatorium, więc wzięłam kredyt. Zamiast słów wdzięczności, dostałam od niej same pretensje”
- „Karnawałowe harce to nie zabawy dla emerytki. Córka mnie jednak przekonała, że warto jeszcze zabłysnąć na parkiecie”
- „Nie sądziłem, że ktoś mnie przyłapie na niewinnym romansie. Za swoją bezmyślność zapłaciłem naprawdę wysoką cenę”