Reklama

Mam na imię Dominika i chodzę do liceum. Nie jestem jakoś szczególnie towarzyska, ale mam swoje dwie osoby, z którymi czuję się bezpiecznie – Ankę i Kaję. Po szkole jadę autobusem do domu. Do mieszkania mojej mamy. Mamy, która zawsze wie lepiej, zawsze ma rację i zawsze musi mieć ostatnie słowo. Odkąd się rozwiedli z tatą, coś się w niej zmieniło. Jakby puściły jej hamulce. Jakby uznała, że teraz wreszcie ma prawo robić wszystko tak, jak jej się podoba. A ja mam tylko patrzeć i się nie wtrącać.

Z tatą mam dobry kontakt. Jest spokojny. Cichy. Przy nim nigdy nie muszę się zastanawiać, czy to, co powiem, nie obróci się przeciwko mnie. Tato nigdy nie ma pretensji. Nie powtarza: „to przez ciebie”. I nigdy, przenigdy nie mówi, że jestem niewdzięczna. Na ferie zimowe miałam jechać do dziadków, na wieś. Bez mamy. Bez dramatów. Bez jej krzyków, fochów, łez, wymuszeń i gier. Już odliczałam dni – w końcu miałam spędzić dwa tygodnie wśród ciepłych ludzi, którzy za swoją dobroć nie oczekują nic w zamian. Wysiadłam z autobusu w zasypanej śniegiem miejscowości i aż się uśmiechnęłam. Tak, to będzie dobry czas. Babcia czekała już w kuchni z gorącą herbatą z malinami.

– Chodź, skarbie. Herbatka cię rozgrzeje. Zaraz zrobię ci naleśniki, twoje ulubione z serem – powiedziała, przytulając mnie jak małe dziecko.

Dziadek rozłożył koc na fotelu przy kominku, żebym mogła sobie poczytać.

– Tylko się nie przepracuj na tych feriach – mrugnął do mnie z uśmiechem.

Czułam się, jakbym cofnęła się do czasów podstawówki, kiedy wszystko było prostsze. Kiedy jeszcze myślałam, że mama jest najfajniejszą osobą na świecie, a tato z dziadkiem to superbohaterowie. Długo siedzieliśmy przy stole, wspominając wakacje nad jeziorem, moje pierwsze sanki, pieczenie pierników. I wtedy, późnym wieczorem, dostałam SMS-a od mamy. „Będę jutro rano, mam niespodziankę!” W jednej sekundzie zrobiło mi się zimno, mimo że siedziałam przy kominku. Znałam ten ton. „Niespodzianka” w wydaniu mamy to nigdy nie było coś miłego. Poczułam, jak zaciska mi się gardło. Coś we mnie od razu wiedziało, że ten spokój nie potrwa długo.

Dlaczego ona zawsze robi wszystko sama

Rano obudził mnie głos silnika pod domem. Zerwałam się z łóżka i zerknęłam przez okno. Biały śnieg na podjeździe, obok niego samochód. Z tyłu wysiadała moja matka. I ktoś jeszcze. Obcy mężczyzna, którego twarz zobaczyłam pierwszy raz w życiu. Krótkie, przyprószone siwizną włosy, długa czarna kurtka, uśmiech. Taki, który coś ukrywa. Niby ciepły, ale jakby zrobiony pod publiczkę. Matka rzuciła walizką, jakby była u siebie.

– To Jarek. Zamieszka z nami od marca – powiedziała tak po prostu, jakby informowała, że kupiła nowy dywan. Ani dzień dobry, ani jak się czuję. Patrzyła na mnie, ale jakby obok. Z dumą, jakby właśnie prezentowała trofeum. Jarek podał mi rękę.

– Cześć, Dominika. Miło mi cię poznać – powiedział z uśmiechem, którego nie odwzajemniłam.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na niego, na jego luz, na to, jak szybko poczuł się swobodnie. Wiedziałam, że to nie był przypadek, nie chwilowy romans, nie impuls. Miał już w tej grze swoją rolę. Babcia przyniosła talerze na stół. Dziadek usiadł z gazetą, ale jego twarz zdradzała napięcie. Zaczęliśmy jeść obiad. Barszcz czerwony, ziemniaki, kotlety. Wszystko smakowało jak zawsze, ale w powietrzu unosiło się coś ciężkiego. Matka mówiła dużo. O tym, że Jarek zna się na ogrodzie, że grał kiedyś w teatrze amatorskim, że lubi porządek. Dziadkowie próbowali być uprzejmi, choć widziałam, że są zaskoczeni. Babcia dopytała:

– A jak długo się znacie?

– Och, wystarczająco, żeby wiedzieć, że to to – rzuciła z uśmiechem matka.

Nikt się nie śmiał. Dziadek podniósł wzrok, spojrzał na mnie, a potem znowu w talerz. Jarek mówił o swojej pracy, jakby odhaczał punkty z jakiegoś wewnętrznego planu.

– Robię w technicznym, ale tak naprawdę to ze mnie człowiek złota rączka. Trochę hydraulik, trochę elektryk – mówił.

Po obiedzie poszłam do pokoju. Siedziałam na parapecie i patrzyłam na zaśnieżone drzewa. W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego ona zawsze robi wszystko sama, bez pytania, bez rozmowy, jakby jej własne dziecko było dodatkiem, problemem, czymś, co musi się dostosować albo zniknąć?

Nie masz pojęcia, co to znaczy być matką

Jarek wyszedł na spacer z dziadkiem. Matka została w kuchni, nalewała sobie kawy, jakby była tu u siebie. Weszłam cicho, stanęłam za nią i powiedziałam ostro:

– Jak możesz przedstawiać mi faceta i od razu mówić, że z nami zamieszka?

Odwróciła się powoli, bez zaskoczenia. Jakby czekała na ten moment.

– Nie możesz być wiecznie dzieckiem, Dominika – powiedziała lodowato. – Masz osiemnaście lat, najwyższy czas zrozumieć, że ludzie chcą być szczęśliwi.

– Ludzie? Czyli ty? A ja? Mnie możesz potraktować jak mebel? Nawet nie zapytałaś, co o tym sądzę. Przyjeżdżasz, wprowadzasz obcego typa i jeszcze liczysz, że będziemy udawać rodzinę przy obiedzie?

Odstawiła filiżankę z głośnym stukiem. Ręce jej zadrżały.

– Ty nic nie rozumiesz. Odkąd twój ojciec odszedł, robię wszystko, żeby jakoś żyć. Przestań mnie rozliczać. Mam prawo do swojego życia.

– I dlatego ciągle zmieniasz facetów? Co roku ktoś inny. Jeden się „wprowadza”, drugi „wyjeżdża”, trzeci „nie był gotowy”. A ja co? Mam siedzieć cicho i patrzeć, jak sobie urządzacie romansik w salonie?

Widziałam, jak się zagotowała. Twarz jej poszarzała, oczy błyszczały złością.

– Przynajmniej próbuję! – krzyknęła. – A ty? Ciągle z nosem w książkach, zamknięta w pokoju, jakby świat cię nie dotyczył. Nigdy nie próbujesz mnie zrozumieć. Zawsze tylko krytyka i obrażone miny. Myślisz, że jesteś lepsza?

– Nie. Myślę, że ty nie masz pojęcia, co to znaczy być matką – powiedziałam spokojnie, ale każde słowo ciążyło mi na języku.

Pociągnęła nosem, sięgnęła po papierosa i zapaliła go, jakby to miało ją uratować.

– Chciałam cię po prostu uprzedzić. Myślałam, że się ucieszysz, że... że znowu będzie normalnie – rzuciła bez przekonania.

– Normalnie? Z człowiekiem, którego nie znam? Który patrzy na mnie jak na problem? – rzuciłam i wyszłam, zanim zdążyła coś odpowiedzieć.

Nie usłyszałam przeprosin. Nie usłyszałam nic.

Była tylko pustka

Nie rozmawiałam z nią do końca pobytu. Unikałam jej wzroku, udawałam, że jej nie słyszę, kiedy wołała mnie na obiad, ignorowałam każdą próbę zaczepki. Jarek zrozumiał to szybciej niż ona. Przestał mówić mi dzień dobry, nawet nie próbował udawać, że jesteśmy rodziną. I dobrze. Nie miałam ochoty na żadne jego „zagadywanie”. Babcia zauważyła, że coś jest nie tak. Znała mnie zbyt dobrze. Raz, gdy siedziałyśmy same przy kuchennym stole, położyła mi rękę na ramieniu i zapytała cicho:

– Co się dzieje, Dominika?

Nie umiałam jej odpowiedzieć. Tylko pokręciłam głową i wtuliłam się w jej ramię. Nie płakałam. Łzy były mi niepotrzebne. Była tylko pustka. I wściekłość. Matka udawała, że wszystko jest w porządku. Śmiała się głośniej niż zwykle, opowiadała historie z pracy, przynosiła kwiaty do wazonu, jakby grała przed kimś rolę idealnej córki i matki. Ale ja wiedziałam, że to tylko fasada. Nie było w niej nic prawdziwego. Ostatniego dnia wstałam wcześniej. Pakowałam się po cichu, nie budząc nikogo. Spakowałam plecak i torbę. Zeszłam do kuchni. Babcia już krzątała się przy kuchence.

– Chcesz kanapkę na drogę? – zapytała.

Podeszłam i przytuliłam ją mocno. Potem objęłam dziadka. Nie powiedziałam im, dokąd jadę. Nie kłamałam, ale i nie tłumaczyłam. Patrzyli na mnie z troską, ale nie dopytywali. W przedpokoju stała matka. Zaspana, rozczochrana. Miała na sobie jej ulubiony szlafrok w pasy. Stała oparta o framugę.

– Co ty wyprawiasz? – zapytała, zaspanym głosem.

– Jadę do taty – odpowiedziałam chłodno.

– Bez pytania? Bez słowa?

Zapięłam kurtkę, zarzuciłam torbę na ramię. Spojrzałam jej prosto w oczy i powiedziałam jedno zdanie, które narastało we mnie od kilku dni:

– Nie zamierzam tu spędzić ani minuty dłużej z wami pod jednym dachem.

Zamilkła. Nie powiedziała nic. Nie pobiegła za mną. Nie zapytała, czy mam bilet. Wyszłam. Śnieg skrzypiał pod butami. Pociąg był za pół godziny. Wsiadłam i nie obejrzałam się za siebie.

Jej świat to nie mój świat

Ojciec otworzył mi drzwi. Nie zapytał, czemu przyjechałam bez uprzedzenia. Nie zrobił wielkich oczu. Po prostu odsunął się, żebym mogła wejść. Zdjęłam kurtkę, torbę położyłam przy ścianie.

– Cieszę się, że przyjechałaś – powiedział.

Po tych słowach rozkleiłam się pierwszy raz od wielu dni. Zrobił herbatę, usiedliśmy przy stole. Powiedziałam mu wszystko. Od początku. Jak matka przyjechała z Jarkiem. Jak powiedziała, że zamieszka z nami. Jak próbowałam z nią rozmawiać. Jak mnie zignorowała. Nie zadawał pytań. Nie komentował. Nie próbował bronić matki.

– Chciałem, żebyś miała z nią kontakt. Ale nie za wszelką cenę – powiedział cicho. – Jeśli nie czujesz się tam dobrze, to nie musisz tam wracać.

Kiedy się mu wygadałam, zrobiło mi się trochę lżej. Matka nie zadzwoniła. Nie napisała. Nie próbowała mnie ściągnąć z powrotem. Nawet nie zapytała, czy dojechałam bezpiecznie. I właśnie wtedy, w tej ciszy, w tym zwyczajnym mieszkaniu z widokiem na ruchliwą ulicę, zrozumiałam, że nie chcę wracać. Że jej świat to nie mój świat.

Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz

Minęły dwa tygodnie. Wracałam ze szkoły zmęczona, ale spokojna. Uczyłam się w nowej klasie, mieszkałam z ojcem w jego małym mieszkaniu. Na początku myślałam, że będzie mi to przeszkadzać. Ale nie. To było najlepsze miejsce, jakie mogłam mieć. Ojciec robił wszystko, żeby dać mi poczucie, że tu jestem mile widziana. Robił kanapki, zostawiał kartki z krótkimi wiadomościami, kiedy wychodził wcześniej do pracy. Wieczorami jadaliśmy razem kolację, czasem oglądaliśmy film, czasem tylko siedzieliśmy i nic nie mówiliśmy. I to milczenie było dobre.

Pewnego dnia, między lekcjami, spojrzałam na telefon. Wiadomość od matki. „Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.” Zamknęłam ekran i schowałam telefon do kieszeni. Nie odpisałam. Wieczorem, po szkole bardzo długo rozmawiałam szczerze z ojcem. Powiedziałam mu wszystko. Że czuję się porzucona. Że moja matka wybrała faceta, zamiast mnie. Że przez całe życie musiałam się dostosowywać. Że nigdy nie było rozmowy, tylko decyzje. I że teraz nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy chcę do niej wracać. Nie wiem, czy potrafię jej jeszcze ufać. Słuchał. Nie przerywał. Nie pocieszał. I dobrze. Po tej rozmowie nie poczułam ulgi. Ale poczułam, że nie jestem już sama z tym wszystkim. Że ktoś usłyszał moje słowa i nie uznał ich za przesadę. To był pierwszy krok. Jeszcze nie wiedziałam, dokąd mnie zaprowadzi. Ale zrobiłam go.

Dominika, 18 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama