Reklama

Wydawało mi się, że wyjazd do Szklarskiej Poręby to będzie ten moment, kiedy wreszcie złapiemy oddech. Cała nasza trójka – ja, mąż i nasza córka – mieliśmy po prostu odpocząć od codziennej gonitwy, kłótni o zakupy, fochów, a nawet zwykłego narzekania na pogodę. Pomyślałam: góry, śnieg, może trochę wina na rozgrzewkę, wieczory przy planszówkach, bez maili, bez telefonów z pracy, bez tego poczucia, że coś muszę, powinnam, że ciągle jestem gdzieś spóźniona. Długo przekonywałam męża na ten wyjazd, bo przecież on wiecznie zajęty, wiecznie zmęczony. W końcu się zgodził. I nawet sprawiał wrażenie, jakby mu na tym zależało. Spakowałam nam ciepłe swetry, termosy, ulubioną herbatę córki. Czułam się jak bohaterka filmu, która zaraz przeżyje cudowny rodzinny weekend. Nie przeczuwałam, że za trzy dni wrócę z tego wyjazdu z zupełnie inną wersją siebie i bagażem, którego nawet nie próbowałam sobie wcześniej wyobrazić.

Próbowałam się nie czepiać

Nie mieliśmy daleko, więc droga minęła nam dość szybko, chociaż – o ironio – ani razu nie udało mi się wciągnąć męża w jakąś rozmowę. Cały czas patrzył w telefon, odpisywał na maile albo przeglądał jakieś głupoty. Z córką próbowałam podśpiewywać pod nosem, ale i ona siedziała z nosem w słuchawkach, zamyślona gdzieś w swoim świecie. Wjeżdżając do Szklarskiej, obserwowałam góry, zaśnieżone pobocza, domy z migającymi światełkami. W pensjonacie przywitała nas gospodyni z uśmiechem i zestawem reguł do przestrzegania, co mój mąż skwitował półgębkiem i szybkim:

– Dobrze, dobrze, wszystko rozumiemy – mruknął, nawet nie patrząc jej w oczy.

W pokoju rozpakowywałam nasze rzeczy, kiedy córka zapytała:

– Mamo, możemy dzisiaj pójść na sanki?

– Możemy, tylko najpierw zjemy obiad, dobrze? – odpowiedziałam, próbując nie patrzeć na męża, który już rozkładał się na łóżku z laptopem.

– Nie idziesz z nami? – zapytałam, patrząc na niego z nadzieją.

– Nie, muszę coś skończyć na jutro. Idźcie, bawcie się, przecież po to tu jesteśmy – rzucił, jakby zupełnie nie widział, jak bardzo mnie to irytuje.

Próbowałam się nie czepiać, naprawdę. W końcu poszłyśmy na te sanki. Córka śmiała się w głos, śnieg wpadł mi za kołnierz. Po raz pierwszy od dawna poczułam coś na kształt radości. Mąż nawet się nie zapytał, jak było, kiedy wróciłyśmy.

Gotowałam się ze złości

Wieczorem, po kolacji, zasiedliśmy przy małym stoliku w naszym pokoju. Córka rozłożyła planszówkę, a ja, udając luz, nalałam sobie trochę zimowej herbaty do kubka z napisem „Szklarska Poręba – tu się oddycha”. Mąż nawet nie zareagował.

– Chodź, zagraj z nami – powiedziałam, patrząc na niego wymownie.

– Za chwilę… muszę jeszcze tylko coś sprawdzić – odpowiedział, nawet nie podnosząc głowy znad telefonu.

– Mamo, tato zawsze tak musi? – szepnęła do mnie córka z rezygnacją, kiedy mąż wyszedł do łazienki.

– Ostatnio tak… może ma jakieś ważne sprawy w pracy – tłumaczyłam go, sama nie do końca wierząc w te słowa.

– Tato! – zawołała nagle córka, kiedy wrócił. – Jak długo jeszcze będziesz siedział w tym telefonie?

– A co, nie mogę mieć chwili dla siebie? – odburknął.

– Przecież jesteśmy tu razem – próbowałam załagodzić atmosferę, ale w środku już gotowałam się ze złości. – Możemy udawać, że jesteśmy rodziną? – rzuciłam z lekkim sarkazmem, patrząc mu w oczy.

– No dobrze, już dobrze, przecież nie robię wam na złość… – burknął, chowając telefon do kieszeni. – To, w co gramy?

Pół godziny później mąż przegrywał trzecią rundę z rzędu, a córka płakała ze śmiechu.

– Z taką taktyką, to lepiej nie inwestuj w nic poza grą w chińczyka – rzuciłam żartem w jego stronę.

Byłam rozczarowana

Kolejnego dnia postanowiłam nie czekać na inicjatywę męża. Zerwałam wszystkich z łóżek dość wcześnie i zaciągnęłam na śniadanie, choć mina mojego męża jasno sugerowała, że wolałby zostać pod kołdrą. Gospodyni podawała nam jajecznicę z takim entuzjazmem, jakby podsuwała pod nos dzieło sztuki, a ja udawałam, że wszystko jest wspaniale.

– Co dziś robimy? – zagadnęłam, popijając gorącą kawę.

– Nie wiem, co wy chcecie, ale ja mam kilka telefonów do zrobienia – oznajmił mąż, nawet nie patrząc na nas.

– No nie wierzę… Przecież jesteśmy na urlopie! – wkurzyłam się, nie kryjąc już rozczarowania.

Córka wpatrywała się w swoje kakao.

– Mamo, może pójdziemy na szlak? – zaproponowała cicho.

– Oczywiście, kochanie, pójdziemy razem. Może tata do nas dołączy – wycedziłam przez zęby, nie mogąc się powstrzymać.

– Bez przesady, nie możecie być przez chwilę same? Ja naprawdę nie przyjechałem tu, żeby spędzić cały dzień na spacerach – odciął się mąż i chwycił za kluczyki od samochodu. – Wrócę później, muszę jeszcze coś załatwić w mieście.

Zanim zdążyłam zaprotestować, wyszedł. Zostałyśmy same w sali śniadaniowej.

– Mamo, czy tata nas nie lubi? – zapytała cicho córka, a mi aż ścisnęło się gardło.

– To nie tak, on po prostu… czasem nie wie, co jest ważne – odpowiedziałam, choć sama coraz mniej byłam do tego przekonana.

Na szlaku próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku. Słońce świeciło, śnieg skrzypiał pod butami, córka opowiadała o jakiejś nowej grze, a ja ze wszystkich sił starałam się nie myśleć o tym, ile jeszcze razy dam się nabrać na te „rodzinne wyjazdy”.

Nie miał dla mnie czasu

Po powrocie byłam zmarznięta, ale jednocześnie na swój sposób szczęśliwa. Córka zarumieniona, z wypiekami na policzkach, wbiegła pierwsza do naszego pokoju. Męża nie było. Godzina minęła, potem druga. W końcu zadzwoniłam.

– Gdzie jesteś? – zapytałam, starając się, żeby w moim głosie nie było słychać pretensji.

Miałem spotkanie, przedłużyło się. Będę za pół godziny – odpowiedział, zupełnie jakby tłumaczył się przełożonemu.

– Tato chyba znowu się spóźni – westchnęła córka.

Gdy w końcu mąż się zjawił, nawet nie zapytał, gdzie byłyśmy.

– Ta herbata pachnie genialnie – rzucił, zerkając na zegarek.

– Może tym razem spędzimy popołudnie razem, jak rodzina? – spytałam, zgryźliwie, nie kryjąc już irytacji.

– No przecież jestem. Znowu zaczynasz? – odpowiedział, z wyraźną niechęcią.

– Nie „zaczynam”, po prostu próbuję spędzić z tobą choć jeden normalny wieczór, rozumiesz? Nawet córka przestaje pytać, czy pójdziesz z nami na spacer, bo wie, że zawsze masz „ważne sprawy”.

– Daj już spokój… Chciałbym po prostu odpocząć. Może choć tu mogę być sobą?

– No to świetnie – powiedziałam, podając mu kubek z herbatą.

Córka siedziała cicho, patrząc raz na mnie, raz na niego.

– Chcecie zagrać w karty? – zapytała niepewnie.

– Ja nie, idę się przejść – rzucił mąż i wyszedł z pokoju, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Spojrzałam na córkę.

Może zagramy we dwie?

Skinęła głową i uśmiechnęła się blado.

Nabrałam podejrzeń

Nocą długo nie mogłam zasnąć. Przekręcałam się z boku na bok, słyszą, jak mąż stuka w telefon, mimo że światło miał zgaszone. W końcu, gdy uznałam, że i tak nie pośpię, wstałam po wodę. W półmroku zobaczyłam, że odwraca się gwałtownie, chowając telefon pod poduszkę. Podejrzane.

– Co robisz? – zapytałam, bardziej z ciekawości niż z realnej troski.

– Nic, przeglądam wiadomości – burknął, odwracając się do ściany.

– O tej porze? Myślałam, że mieliśmy być razem, przynajmniej na tym wyjeździe – powiedziałam, siadając na łóżku.

– Przestań. Nie każda wiadomość to zdrada, wiesz? – rzucił, nie patrząc mi w oczy.

– Nawet o tym nie pomyślałam. Jednak skoro sam o tym wspominasz… – odpowiedziałam, czując, jak narasta we mnie niepokój.

– Ty zawsze musisz coś insynuować, co? Zamiast cieszyć się, że możemy gdzieś wyjechać, szukasz dziury w całym – prychnął.

Westchnęłam ciężko, nie mając już siły na kolejną sprzeczkę.

– Wiesz co, mam dosyć tego udawanego bycia razem. Może tobie to odpowiada, ale ja nie chcę żyć z kimś, kto przyjeżdża w góry, żeby uciekać ode mnie do telefonu.

Mąż milczał przez dłuższą chwilę, po czym rzucił:

– Może tobie też by się przydało trochę własnego życia. Zamiast ciągle mnie kontrolować.

Odwróciłam się do okna, patrząc na światła pensjonatu. W głowie kołatała mi tylko jedna myśl: coś tu naprawdę śmierdzi.

– Dobranoc – powiedziałam zimno.

– Dobranoc – odburknął.

Przestałam się łudzić

Rano nie było już czuć magii wyjazdu, tylko chłód i obcość. Córka pakowała się w milczeniu, a ja, robiąc kawę, patrzyłam na męża, jakby był kompletnie obcym człowiekiem. Nikt się nie śmiał, nikt nie robił zdjęć na pamiątkę. Zostawiłam mu kubek na stole.

– Dzięki – mruknął, nie podnosząc wzroku.

Zeszłam z córką do samochodu pierwsza. Stałyśmy przy bagażniku, kiedy wyszedł. Zerknął na nas, niby obojętnie, ale w jego ruchach czułam napięcie. W drodze do domu w aucie panowała głucha cisza. Gdy tylko córka włożyła słuchawki, sięgnęłam po jego telefon. Przestałam się łudzić. Kiedy wysiadł na stacji benzynowej, nawet nie udawałam, że nie wiem, co robię. Odblokowałam jego telefon. Zawsze miał ten sam PIN. Weszłam w wiadomości. Wszystko było aż zbyt jasne. Setki rozmów z jedną kobietą, zdjęcia, serduszka, plany na spotkania. Czytałam, jak pisał o „nudnym weekendzie w górach”, jak dziękował jej za zdjęcie w czerwonej sukience. Zrobiłam kilka zdjęć ekranu. Palce miałam lodowate, serce gdzieś w gardle. Kiedy wrócił, podałam mu telefon.

– Miło się bawiłeś na „nudnym weekendzie w górach”? – zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko się we mnie gotowało.

Zbladł.

– Ty... Przesadzasz. To tylko rozmowy, nic się nie stało…

– Nic? To ja chyba śnię. Masz szczęście, że córka śpi, bo oszczędzę ci wstydu. Po powrocie pogadamy. Na razie to ty się możesz wytłumaczyć przed samym sobą.

Resztę drogi spędziliśmy w zupełnej ciszy. W domu nie chciałam słuchać żadnych tłumaczeń, nie było płaczu ani krzyków. Była tylko pustka i świadomość, że wróciłam z gór nie z pamiątką, a z dowodem na to, kim stał się mój mąż.

Edyta, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama