Reklama

Marzyliśmy o skrzypiącym śniegu pod butami, grzanym winie przy kominku i tej błogiej ciszy, której tak bardzo brakowało nam w Warszawie. Ostatnie miesiące były dla nas brutalne. Ja walczyłam o awans w agencji reklamowej, sypiając po cztery godziny na dobę, a Bartek, mój kochany, choć czasem zbyt miękki mąż, tonął w tabelkach Excela w swojej korporacji.

Byliśmy wykończeni

Oddalaliśmy się od siebie. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto robi zakupy, kto płaci rachunki, czyj to tydzień na wyprowadzanie psa.

– Zakopane – powiedziałam, patrząc na zdjęcia drewnianej chaty z widokiem na Giewont. – Tylko my dwoje. Bez telefonów, bez maili. Bartek, musimy to zrobić.

Zgodził się. Widziałam w jego oczach ten sam głód spokoju, który czułam ja. Zarezerwowaliśmy domek. Był absurdalnie drogi, biorąc pod uwagę nasze ostatnie wydatki na remont łazienki, ale uznaliśmy, że nasze zdrowie psychiczne jest bezcenne.

I wtedy zadzwoniła teściowa. Na początku naszej znajomości, pięć lat temu, myślałam, że wygrałam los na loterii. Teściowa wydawała się tą „nowoczesną”, zadbaną, energiczną wdową, która ma swoje życie. Jakże się myliłam. Jej „życie” to misternie tkana sieć manipulacji, w której centrum znajduje się jej jedyny synek, Bartuś. Bartek odebrał telefon przy mnie. Widziałam, jak jego postawa się zmienia. Z pewnego siebie trzydziestolatka w sekundę skurczył się do rozmiarów wystraszonego ucznia.

– Tak, mamo… Tak, jedziemy… Nie, no oczywiście, że nie sam… – jąkał się.

Spojrzałam na niego z przerażeniem. Zasłonił słuchawkę dłonią.

– Kochanie, mama ma gorszy czas – wyszeptał panicznie. – Ciśnienie jej skacze, czuje się samotna. Zapytała, czy może się zabrać. Obiecała, że będzie zajmować się sobą. Że nawet jej nie zauważymy.

Wprosiła się

Powinnam była wyrwać mu ten telefon i powiedzieć: „Mamo, kochamy cię, ale to nasz wyjazd”. Ale nie zrobiłam tego. Zobaczyłam te błagalne psie oczy mojego męża i pękłam.

– Dobra – westchnęłam, podpisując na siebie wyrok. – Ale śpi w oddzielnym pokoju i nie wtrąca się w nasze plany.

Podróż do Zakopanego z Warszawy trwa zazwyczaj około pięciu, może sześciu godzin. Z teściową na tylnym siedzeniu trwała wieczność.

– Anetko, czy ty na pewno widzisz ten znak? Tu było ograniczenie do siedemdziesięciu – rzuciła po pierwszych piętnastu minutach, wychylając się między naszymi fotelami tak, że czułam jej perfumy drapiące w gardło.

– Widzę, mamo. Panuję nad sytuacją – odpowiedziałam, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że zbielały mi knykcie.

– Bartuś zawsze jeździł ostrożniej. Pamiętasz, synku, jak wiozłeś mnie do sanatorium? Płynnie, delikatnie. Anetka ma taki… męski styl jazdy. Agresywny.

Bartek milczał. Udawał, że szuka czegoś w telefonie. To była jego strategia przetrwania: zniknąć. Ale ja nie mogłam zniknąć. Prowadziłam samochód. Przez kolejne kilometry dowiedziałam się, że: moje włosy są przesuszone i powinnam brać biotynę, którą ona akurat ma w torebce, nasza praca to „wyścig szczurów” i dlatego nie mamy dzieci, a kanapki, które przygotowałam, mają „dziwny” majonez, który na pewno podniesie jej cholesterol.

Manipulowała nim

Teściowa nie atakuje wprost. Ona sączy jad kropla po kropli, ukrywając go w cukierku troski.

– Ja tylko mówię to dla twojego dobra, dziecko – powtarzała za każdym razem, gdy moje ciśnienie skakało powyżej normy. – Nie denerwuj się tak, złość niszczy cerę.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, byłam wykończona psychicznie. Marzyłam tylko o prysznicu i lampce wina. Ale teściowa miała inne plany. Weszła do drewnianej chaty jak inspektor budowlany. Przejechała palcem po komodzie, sprawdzając kurz – oczywiście go nie było, płaciliśmy za standard premium – po czym stanęła na środku salonu z rękami na biodrach.

– No… ładnie, ale zimno. Bartuś, sprawdź kaloryfery. Anetko, ty weź moją walizkę, bo mnie coś w krzyżu łupie po tej twojej jeździe.

Bartek natychmiast rzucił się do termostatów. Ja, zaciskając zęby, wtaszczyłam jej walizkę – ciężką, jakby zapakowała tam cegły – na piętro.

– Bierzemy ten pokój z balkonem? – zapytał Bartek, wskazując na główną sypialnię z widokiem na góry. To tam mieliśmy spędzać romantyczne wieczory.

Teściowa pojawiła się za nim jak duch.

– Ojej… ten widok… – westchnęła teatralnie, kładąc rękę na piersi. – Zawsze marzyłam, żeby zobaczyć Tatry o poranku. W moim wieku to może być ostatnia okazja… Ale nie, nie, wy jesteście młodzi, wy bierzcie ten luksus. Ja się prześpię w tej klitce obok łazienki. Będę tylko słyszeć, jak spuszczacie wodę w nocy, ale trudno. Matka zniesie wszystko.

Był jej posłuszny

Nastała cisza. Ciężka, lepka cisza. Spojrzałam na Bartka. „Nie rób tego” – błagałam go w myślach. „Bądź mężczyzną”.

– Mamo, przestań – zaczął niepewnie, ale teściowa już ocierała niewidzialną łzę. – Weź ten pokój, mamo – powiedział w końcu.

Moje serce pękło po raz pierwszy. Wylądowaliśmy w mniejszym pokoju, z widokiem na parking i śmietnik. Drugiego dnia miałam zaplanowaną ważną wideokonferencję. Wiedziałam, że to słabe pracować na urlopie, ale sytuacja w firmie była napięta. Bartek i teściowa mieli iść na spacer doliną Kościeliską.

– Tylko cicho sza – poprosiłam ich przy śniadaniu. – O dwunastej łączę się z zarządem. To dla mnie być albo nie być.

– Oczywiście, kochanie. Pójdziemy wcześniej – obiecał Bartek.

Wyszli. Odetchnęłam. Rozstawiłam laptopa, ułożyłam notatki, włączyłam kamerkę. Czułam się profesjonalnie, pewnie. Spotkanie szło świetnie. Prezentowałam wyniki kampanii, szef kiwał głową z uznaniem. I nagle, w połowie mojego monologu o targetowaniu behawioralnym, drzwi otworzyły się z hukiem.

– Zimno jak na Syberii! – zagrzmiał głos teściowej.

Nie szanowała mnie

Weszli do środka. Jadwiga, cała czerwona na twarzy, tupała śniegowcami po drewnianej podłodze, robiąc hałas godny stada słoni.

– Mamo, cicho, Aneta pracuje! – syknął Bartek.

– Co pracuje?! Zamarzłam! Musiałam wrócić! A ty Bartuś zdejmuj te mokre skarpety natychmiast!

Na ekranie mojego komputera zobaczyłam skonsternowane twarze członków zarządu. W tle, za moimi plecami, w kadrze pojawiła się teściowa w rozchełstanej kurtce, wymachująca góralską czapką.

– Aneta! Gdzie jest herbata?! – krzyknęła w moją stronę, kompletnie ignorując fakt, że mówię do komputera. – Bartuś kicha! Chcesz go wpędzić do grobu jak swojego ojca?!

Zamknęłam laptopa. Po prostu go zatrzasnęłam. Nie pożegnałam się, nie wyjaśniłam. Czułam, jak krew uderza mi do głowy. Wstałam powoli.

– Co ty robisz? – zapytałam lodowatym tonem.

– Ratuję twojego męża przed zapaleniem płuc, skoro ty masz ważniejsze sprawy w tym swoim komputerku – odburknęła, wchodząc do aneksu kuchennego i zaczynając głośno trzaskać szafkami. – I zrobię wam porządny rosół. Bo wczoraj widziałam, że kupiłaś jakieś gotowe pierogi. Chłopa trzeba karmić, a nie zapychać chemią.

Miarka się przebrała

To był moment, w którym powinnam była wybuchnąć, ale wychowano mnie na „grzeczną dziewczynkę”. Szanuj starszych, nie rób scen. Zagryzłam wargi tak mocno, że poczułam smak krwi.

– Nie jesteśmy głodni – powiedziałam.

– Ty może nie, bo dbasz o linię, chociaż to i tak bez sensu – rzuciła, nawet na mnie nie patrząc, krojąc marchewkę z furią. – Ale Bartek zje.

Bartek siedział na kanapie, ściągając buty, i nie odezwał się ani słowem. Patrzył w podłogę. Wtedy zrozumiałam, że walczę na dwa fronty. Z nią i z jego biernością. Kolejne dni były zlewającym się pasmem udręki. Teściowa „przypadkiem” wyprała mój kaszmirowy sweter w sześćdziesięciu stopniach, kurcząc go do rozmiaru dla lalki. Codziennie rano budziła nas hałasem, nastawiając radio na „jedyne słuszne” stacje. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Czwarty dzień wieczór. Bartek zaproponował wyjście do restauracji. Regionalna karczma, muzyka na żywo. Chciał rozładować napięcie. Zasiedliśmy przy dużym, drewnianym stole. Zamówiłam wino. Dużo wina. Teściowa poprosiła o wodę z cytryną, komentując, że alkohol to trucizna dla komórek mózgowych, co znacząco podkreśliła, patrząc na mój kieliszek.

Nienawidziła mnie

Rozmowa, o dziwo, kleiła się nieźle, dopóki teściowa nie wyciągnęła swojego ulubionego tematu: byłych dziewczyn Bartka.

– Pamiętasz Kasię? – zapytała znad talerza z pstrągiem. – Tę blondynkę, córkę mecenasa?

Bartek zakrztusił się piwem.

– Mamo, proszę…

– Co proszę? Wspaniała dziewczyna była. Taka rodzinna i świetnie gotowała. Jej bigos… poezja. No i miała te, wiesz, warunki. A teraz ma już trójkę dzieci. Widziałam na Facebooku. Piękne, zdrowe wnuki.

Poczułam, jak wino kwaśnieje mi w ustach. Temat płodności był u nas wrażliwy. Staraliśmy się od roku, bezskutecznie. Teściowa o tym wiedziała, choć oficjalnie nigdy o tym nie rozmawialiśmy. To było celowe uderzenie w najczulszy punkt.

– Jesteśmy szczęśliwi z Anetą, mamo – powiedział Bartek, ale głos mu drżał.

– Szczęście, synku, to pojęcie względne – westchnęła Jadwiga, poprawiając serwetkę. – Mężczyzna potrzebuje dziedzica. Potrzebuje domu, w którym pachnie obiadem, a nie korporacyjnym stresem. Ja się tylko martwię, że ty się, Bartusiu, po prostu męczysz. Aneta ma inne priorytety. Kariera, wyjazdy, te jej drogie torebki… Może ty potrzebujesz kogoś prostszego? Kogoś, kto o ciebie zadba?

Zapadła cisza. Muzyka góralska grała głośno, ludzie wokół się śmiali, a ja czułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Spojrzałam na Bartka. Czekałam, aż uderzy pięścią w stół. Aż powie: „Dosyć! Nie będziesz obrażać mojej żony!”.

Miałam ich dość

Bartek spojrzał na nią, potem na mnie, i powiedział cicho:

– Mamo, ten pstrąg jest naprawdę dobry. Może domówimy frytki?

Wstałam. Nogi miałam jak z waty, ale w środku płonął ogień.

– Wracam do domku – rzuciłam krótko.

– Ale Anetko, jeszcze deser… – zaczęła teściowa z fałszywym uśmiechem.

– Smacznego – warknęłam.

Wzięłam taksówkę. Wróciłam do chaty, otworzyłam drugą butelkę wina i zaczęłam się pakować. Nie wiedziałam jeszcze, czy pakuję tylko siebie, czy całe to małżeństwo. Wrócili godzinę później. Bartek próbował mnie przepraszać, tłumaczył, że „nie chciał robić sceny w miejscu publicznym”. Że mama „ma staroświeckie poglądy”. Że „ona tak nie myśli”.

– Ona dokładnie tak myśli, Bartek! I ty jej na to pozwalasz! – krzyczałam szeptem, żeby nie obudzić potwora śpiącego w „królewskiej” sypialni.

Pokłóciliśmy się. Pierwszy raz w życiu spałam na kanapie w salonie, bo nie mogłam znieść jego obecności w łóżku. Obudziło mnie skrzypienie podłogi. Było wcześnie, może szósta rano. Szaro za oknem. Otworzyłam oczy i zobaczyłam ją. Stała nad kanapą w swoim satynowym szlafroku, niczym zjawa.

– Ciiii… – szepnęła, kładąc palec na ustach. – Nie chciałam cię budzić.

Usiadła na brzegu kanapy, przygniatając mi nogi.

– Anetko, musimy porozmawiać. Jak kobieta z kobietą.

– Jest szósta rano… – jęknęłam, naciągając koc na głowę.

– Wiem. Ale nie mogłam spać. Myślałam o was. Widzę, że śpisz tutaj. To koniec, prawda?

Chciała się mnie pozbyć

Odsłoniłam twarz. Jej oczy błyszczały dziwną satysfakcją.

– Słucham?

– No, wasze małżeństwo. Widzę, jak się męczycie. Ty jesteś nieszczęśliwa, on jest nieszczęśliwy. Bartek zawsze był wrażliwy. On potrzebuje ciepła. A ty jesteś zimna. Taka warszawska. Może to i lepiej, że nie macie dzieci. Rozwód będzie łatwiejszy.

Zamurowało mnie. Ona nie przyszła godzić. Ona przyszła dobić rannego.

– Mam już dla niego upatrzoną córkę koleżanki – ciągnęła dalej, jakby omawiała listę zakupów. – Spokojna dziewczyna. Myślę, że byliby dobrą parą. Więc jeśli masz trochę honoru, to może po prostu pozwól mu odejść? Zostaw go tutaj ze mną. Wrócisz sobie do tej swojej pracy, a my z Bartkiem zostaniemy jeszcze parę dni, on odpocznie, przemyśli sprawę…

W tym momencie coś we mnie pękło. To nie była złość. To była fura, czysta, krystaliczna furia.

Wstałam z kanapy.

– Wynoś się – powiedziałam spokojnie.

– Słucham?! – Jadwiga cofnęła się gwałtownie.

– Wynoś się z mojego salonu. I z mojego życia.

Wtedy w drzwiach sypialni stanął Bartek. Zaspany, w samych bokserkach.

– Co się dzieje?

Zrobiła scenę

Teściowa natychmiast zmieniła maskę. Złapała się za serce.

– Bartuś! Ona mnie wyrzuca! Ja tylko chciałam porozmawiać, pocieszyć ją, a ona na mnie z pięściami! Moje serce! O Boże, tętno mi skacze!

Upadła na fotel, dysząc ciężko. Oczywiście, Oscar za rolę pierwszoplanową. Bartek podbiegł do niej.

– Mamo! Aneta, co ty zrobiłaś?! Zwariowałaś?!

Popatrzył na mnie z wyrzutem. Z nienawiścią. W tej ułamku sekundy, bez pytania o moją wersję, wybrał ją.

– Ona właśnie sugerowała mi rozwód i mówiła, że ma już nową kandydatkę na żonę, córkę jej koleżanki – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. Byłam rozczochrana, bez makijażu, ale czułam się silniejsza niż kiedykolwiek.

– Mamo? – Bartek spojrzał na matkę.

– Kłamie! Ona kłamie! Histeryczka! Zawsze wiedziałam, że to manipulantka! – wrzeszczała, zapominając nagle o „ataku serca”. Wstała z fotela z energią nastolatki. – Bartku, pakujemy się. Nie będę przebywać pod jednym dachem z tą… karierowiczką!

Bartek stał pośrodku salonu, między matką a żoną.

– Aneta, przeproś mamę – powiedział.

Myślałam, że się przesłyszałam.

– Co powiedziałeś?

– Przeproś ją. Mama jest starsza, ma problemy z sercem. Nawet jeśli coś powiedziała, to na pewno źle zrozumiałaś. Przeproś i zakończmy tę awanturę.

Miał wybór

Zaczęłam się śmiać. To był histeryczny, gorzki śmiech.

– Nie – odparłam. – Nie przeproszę. I masz rację, pakujemy się. Ale nie wy. Ja.

Podeszłam do niego, mijając wciąż sypiącą obelgami teściową.

– Masz wybór, Bartek. Tu i teraz. Albo wracasz ze mną do Warszawy, zostawiasz matkę tutaj i idziemy na terapię małżeńską, gdzie odetniemy pępowinę, albo zostajesz z nią. Ale jeśli zostaniesz, to nie masz do czego wracać. Zamki będą zmienione.

W pokoju zapanowała absolutna cisza. Słychać było tylko szum wiatru za oknem. Bartek patrzył na mnie przerażony. Widziałam, jak trybiki w jego głowie pracują. Kalkulował. Strach przed matką kontra strach przed utratą żony.

– Synku, nie słuchaj jej. Ona szantażuje cię! To przemoc! – syknęła, łapiąc go za ramię.

Bartek strącił jej rękę. To był ten moment. Mały, drobny gest, ale znaczył wszystko.

– Nie dotykaj mnie, mamo – powiedział cicho.

– Co? – teściowa osłupiała.

– Powiedziałaś jej o tej dentystce, prawda? O Kasi też wczoraj nie zamknęłaś buzi. Słyszałem waszą rozmowę rano. Udawałem, że śpię, ale słyszałem. Myślałaś, że śpię tak twardo?

Teściowa zbladła.

– Ja tylko… dla twojego dobra…

– Moim dobrem jest moja żona – głos Bartka nabrał mocy, której nie słyszałam od lat. – Przesadziłaś. Zniszczyłaś nam wyjazd. Niszczysz nam życie.

Wszystko się zmieniło

Spojrzał na mnie.

– Daj mi dziesięć minut. Spakuję się.

Zostawiliśmy ją tam. To może brzmieć okrutnie – zostawić starszą kobietę samą w górach. Ale teściowa to twarda sztuka. Miała opłacony luksusowy domek, pełną lodówkę i pieniądze na powrót. Bartek zadzwonił tylko do jej sąsiadki, żeby dała znać, kiedy teściowa wróci, żebyśmy wiedzieli, że jest bezpieczna.

Droga powrotna do Warszawy była inna niż ta w tamtą stronę. Przez pierwsze dwie godziny nie odzywaliśmy się do siebie. Cisza była ciężka, ale oczyszczająca. Nie było narzekania na moją jazdę. Nie było uwag o temperaturze. W połowie drogi, gdzieś pod Radomiem, Bartek chwycił mnie za rękę.

– Przepraszam – powiedział. – Wiem, że to za mało, ale przepraszam. Byłem tchórzem.

Ścisnęłam jego dłoń.

– Byłeś. Ale w końcu dorosłeś.

Ferie, które miały być romantycznym snem, okazały się koszmarem, ale paradoksalnie – uratowały nas. Wróciłam do pracy zmęczona, bez opalenizny, ale z poczuciem, że wygrałam najważniejszą bitwę w swoim życiu.

Aneta, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama