Reklama

Każda z nas ma jakieś oczekiwania wobec wyjątkowych dni. U mnie walentynki od zawsze kojarzyły się z czymś szczególnym – świeczki, muzyka, wino, może nawet jakieś kwiaty… Liczyłam, że tym razem narzeczony zaskoczy mnie czymś romantycznym. Przecież tyle o tym mówiłam, tak wyraźnie dawałam znaki, że pragnę czegoś innego niż codzienność. Moje koleżanki wrzucały potem zdjęcia róż i kolacji do sieci, a ja... no cóż. Tego dnia, gdy wracałam z pracy, poczułam nawet coś na kształt ekscytacji. Zastanawiałam się, czy w końcu się postara. A może przeczuwałam, że rzeczywistość lubi kpić z naszych wyobrażeń.

Ignorował mnie

Kiedy tylko weszłam do mieszkania, poczułam znajomy zapach smażonej cebuli. Czyli klasyka – on znowu coś wrzucał na patelnię. W przedpokoju czekał na mnie widok, który już sam w sobie był daleki od mojej romantycznej wizji: rozbebeszone buty, jego plecak rzucony na podłogę i – co najlepsze – dres, w którym wyglądał, jakby miał zaraz iść biegać, a nie świętować walentynki.

– O, jesteś – mruknął, nie podnosząc nawet wzroku znad telefonu, którego ekran świecił mu prosto w twarz. – Zaraz dokończę rozmowę.

Zamarłam w progu, patrząc, jak chodzi po kuchni z telefonem przy uchu, mieszając przy okazji coś w garnku. Bez cienia żenady podrapał się po głowie.

– Mhm… no jasne, rozumiem. Ty, Krzychu, daj znać jutro, jak będzie z tym zamówieniem… – trajkotał dalej, zupełnie ignorując moją obecność.

Wyjęłam z torby bidon z wodą i postawiłam ją na stole z takim hukiem, że aż spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

– No co? – rzucił. – Przecież zaraz kończę. Krzychu z pracy, muszę, bo mamy nawał roboty.

– Cudownie – odpowiedziałam zgryźliwie, siadając przy stole. – Zawsze marzyłam, żeby spędzić walentynki z twoim Krzychem.

Oj, nie przesadzaj. Przecież to tylko chwila, musimy to ogarnąć.

Przyglądałam mu się z niedowierzaniem.

– Czy ty chociaż wiesz, jaki dzisiaj jest dzień? – zapytałam, siląc się na spokój.

Byłam rozczarowana

Westchnęłam głośno. Patrzyłam na jego dres, na wygniecioną bluzę z wyciągniętymi rękawami. Przysięgłabym, że te spodnie pamiętały jeszcze czasy jego studiów.

– Dzisiaj są walentynki. Wiesz, taki dzień w roku, kiedy wypada chociaż udawać, że ci na mnie zależy.

Spojrzał na mnie, wreszcie odkładając telefon. Chyba coś do niego dotarło, choć sądząc po minie, głównie to, że znowu coś przeskrobał.

– Oj, serio? Dziś są walentynki? – uniósł brwi z udawanym zdziwieniem. – No nie gadaj…

– Tak, serio – syknęłam. – Myślałam, że może chociaż raz mnie zaskoczysz. Że wrócę do domu i będzie czekała na mnie romantyczna kolacja, może kwiaty...

Pokręcił głową.

– Przesadzasz. Przecież to zwykły dzień, te walentynki to taka komercyjna ściema.

– Jasne, wszystko, co wymaga od ciebie odrobiny zaangażowania, to zawsze „komercyjna ściema”.

Podszedł do blatu, zdjął pokrywkę z garnka i zamieszał. W kuchni rozszedł się zapach makaronu z sosem.

Zrobiłem spaghetti. To chyba romantyczne, nie? – rzucił, jakby rozwiązał światowy problem.

Zaniemówiłam na chwilę, patrząc, jak wyciera ręce w ścierkę, po czym znów zerka na telefon.

Może chociaż usiądziesz ze mną do stołu, zamiast ciągle siedzieć w tej pracy, nawet kiedy jesteś w domu?

Wzruszył ramionami.

– Daj spokój, już siadam.

Byłam rozczarowana. Nadzieja na ten „wyjątkowy” wieczór zgasła.

Chciało mi się płakać

Siedzieliśmy przy stole w ciszy, którą przerywało jedynie stukanie widelca o talerz. On jadł, jakby nic się nie stało, a ja dłubałam w spaghetti.

– Chciałam, żeby dzisiaj było inaczej – zaczęłam, łamiąc ciszę. – Żebyśmy chociaż raz nie zachowywali się jak współlokatorzy, tylko jak para.

Podniósł na mnie wzrok, jakby dopiero teraz zauważył, że coś naprawdę jest nie tak.

– No nie przesadzaj, przecież jesteśmy razem, nie? – westchnął, jakby tłumaczył coś małemu dziecku. – Spędzamy walentynki razem, jesz moje spaghetti… No, chyba nie jest aż tak źle.

– To, że siedzimy przy jednym stole, to jeszcze nie znaczy, że „jesteśmy razem” – prychnęłam, z trudem powstrzymując łzy. – Wiesz, czego bym chciała? Żebyś raz odłożył ten telefon i spojrzał na mnie. Jak kiedyś.

– Ej, przecież patrzę – rzucił z udawaną beztroską, przesuwając widelec po talerzu. – I w sumie nie wiem, o co tyle hałasu. Ludzie mają poważniejsze problemy, nie?

Oparłam łokcie o stół i ukryłam twarz w dłoniach.

– No jasne, najlepiej sprowadzić wszystko do banału, żeby nie musieć się wysilać – wymamrotałam spod stołu.

On tymczasem znów zerknął na ekran. Widziałam kątem oka, jak pisze jakiegoś SMS-a.

– Słuchaj, nie umawiałem się dzisiaj z nikim innym, jestem tutaj, nie? – rzucił tonem, jakby robił mi łaskę.

W tej chwili dotarło do mnie, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Nie chciałam płakać, nie przy nim, nie dzisiaj.

– To chyba mój błąd, że w ogóle jeszcze liczyłam na coś innego – szepnęłam cicho.

Zależało mi

Odsunęłam się od stołu, bo już nie mogłam dłużej znieść jego obecności. Poszłam do salonu, próbując się jakoś pozbierać. W tle słyszałam jeszcze, jak z kuchni dochodzi jego głos.

Ej, gdzie idziesz? Przecież nawet nie zjadłaś – zawołał z pretensją.

Nie odpowiedziałam, miałam dość tłumaczenia się z własnych uczuć. Usiadłam na kanapie, a w rękach obracałam telefon, który jakoś dzisiaj wyjątkowo mocno ciążył mi w dłoni. Chciałam do kogoś napisać, może do Moniki, żeby wylać żale, ale czułam wstyd. Jakby przyznanie się do porażki w walentynki było czymś niewybaczalnym. Po chwili zjawił się w drzwiach, nadal w dresie, z miną jakby kompletnie nie rozumiał, o co cała afera.

Słuchaj, może pójdziemy na spacer? Przewietrzymy się, będzie lepiej – rzucił pojednawczo, jakby załatwił sprawę.

– Na spacer? W dresie i z telefonem w ręku? – prychnęłam, nawet nie próbując ukryć ironii.

Zrobił kwaśną minę.

– A co w tym złego? Przecież jest wygodnie, nie będę się przebierał. Poza tym, co ci ten telefon przeszkadza?

– To, że cały czas jesteś myślami gdzieś indziej. Myślisz, że nie widzę, jak przez pół wieczoru rozmawiasz albo piszesz z kimś innym? Przez chwilę chciałam się poczuć ważna, naprawdę. Zależało mi.

Na moment zamilkł, chyba naprawdę nie wiedział, co odpowiedzieć. Pokręcił głową i podszedł do okna.

– Może po prostu za bardzo tego oczekujesz… Wiesz, że nie lubię takich rzeczy.

– Nikt ci nie każe śpiewać serenad, wystarczy, żebyś na mnie spojrzał jak na kogoś, kto jest dla ciebie ważny – powiedziałam cicho.

Byłam na niego wściekła

Jeszcze długo patrzył przez okno, jakby tam szukał jakiejś odpowiedzi. W końcu odwrócił się i podszedł do mnie powoli, opierając się o framugę drzwi.

– No dobrze, przepraszam, jeśli się zawiodłaś – powiedział w końcu, z tą swoją miną obrażonego chłopca. – Nie pomyślałem, że to dla ciebie ważne. Myślałem, że wystarczy, że po prostu tu jestem.

Zacisnęłam dłonie w pięści, żeby nie wybuchnąć.

– Czasem mam wrażenie, że ty jesteś wszędzie, tylko nie przy mnie. Jakbyś był jedną nogą w pracy, drugą w tym swoim internecie, a dla mnie zostawało jakieś miejsce na końcu kolejki. Chociaż dziś, choć jeden wieczór, mogłeś się postarać.

Wzruszył ramionami, jakby cała ta rozmowa go nużyła.

– No nie wiem, co by cię zadowoliło. Chciałem zrobić kolację, kupiłem makaron, zrobiłem sos. Może trzeba było zamówić pizzę, wtedy byłoby bardziej „świątecznie”?

Poczułam, jak narasta we mnie wściekłość.

– Nie chodzi o pizzę, nie chodzi o makaron. Chodzi o ciebie. O nas. Chciałam po prostu poczuć, że jesteśmy razem, a nie że żyję z kimś, kto nawet nie pamięta o walentynkach.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby usłyszał to pierwszy raz w życiu.

– Ej, nie przesadzaj… Może następnym razem się poprawię, dobra? Tylko wcześniej powiedz mi, co chcesz, bo ja chyba nigdy nie trafię.

Westchnęłam i spojrzałam na niego zmęczona.

– Może właśnie o to chodzi, że muszę ci wszystko tłumaczyć. Nawet to, dlaczego chce się czuć kochana.

Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. A potem narzeczony wzruszył ramionami i wrócił do kuchni.

Nie czułam się winna

W mieszkaniu zapanowała cisza, tak gęsta, że aż mnie bolały uszy. Siedziałam na kanapie jeszcze przez chwilę, czując się kompletnie niepotrzebna. W końcu wstałam i poszłam do łazienki, żeby zmyć makijaż. Po drodze minęłam go w kuchni – stał oparty o blat, przewijając coś na ekranie, jakby świat poza telefonem po prostu nie istniał.

– Wiesz co? – zaczęłam, zatrzymując się w drzwiach. – Może po prostu odpuśćmy sobie takie wieczory. Nie mam już siły się starać tylko po to, żebyś ty łaskawie oderwał wzrok od telefonu.

Podniósł głowę, spojrzał na mnie niepewnie.

– Przecież… Przecież wszystko jest w porządku. Nie rób z igły widły, no.

– Tak? To może w końcu zauważ, że ja już od dawna nie jestem w porządku – odpowiedziałam. – Naprawdę, nie chcę kolejnych „romantycznych” wieczorów w towarzystwie twojego dresu i Krzycha.

Zacisnął usta, po czym wzruszył ramionami.

– Jak chcesz. Nie zmienię się, bo po prostu taki jestem. Po co sobie nawzajem zawracać głowę.

Patrzyłam na niego ze zdziwieniem. Po chwili po prostu odwróciłam się i zamknęłam za sobą drzwi do łazienki. Gdy spojrzałam w lustro, zobaczyłam tam kobietę, która pierwszy raz od dawna nie czuła się już winna. Wiedziałam, że w tym roku walentynki skończyły się szybciej niż zwykle. I chyba dobrze, bo szkoda życia na czekanie na coś, co nigdy nie przyjdzie.

Klaudia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama