Reklama

Kiedy stałam w niekończącej się kolejce po pączki z różą, wyobrażałam sobie nasz idealny wieczór. Ciepłe światło lamp, zapach drożdżowego ciasta i my dwoje, śmiejący się z tego, kto ma więcej cukru pudru na nosie. To miał być wstęp do walentynkowego weekendu, pierwszego tak spokojnego od lat. Nie wiedziałam jednak, że zamiast słodkiej beztroski, los zaserwuje mi konfrontację z kobietą, która wciąż uważała mojego męża za swoją własność. Sylwia nie potrzebowała zaproszenia, by wparować do naszego życia i spróbować zamienić je w pobojowisko.

Miałam swoje plany

Tłusty czwartek zawsze traktowałam jako święto bezkarności. To był ten jeden dzień w roku, kiedy kalorie magicznie traciły znaczenie, a świat wydawał się lepszy dzięki wszechobecnemu zapachowi smażonego ciasta. W tym roku miałam szczególny powód do celebrowania – Adam, mój mąż od niespełna dwóch lat, wreszcie domknął trudny projekt w firmie architektonicznej. Obiecał, że najbliższe cztery dni będą należały tylko do nas. Stojąc w ogonku przed jedną z najlepszych cukierni w mieście, czułam przyjemne napięcie. Nie chodziło tylko o głód, ale o poczucie stabilizacji, którego tak bardzo mi brakowało na początku naszej znajomości. Adam był po rozwodzie, ja po trudnym rozstaniu. Nasze początki były ostrożne, pełne badania terenu. A teraz? Czułam, że wreszcie jesteśmy w domu. Mieliśmy swoje rytuały i plany na przyszłość, w których nie było miejsca dla duchów przeszłości. A przynajmniej tak mi się wydawało. Sylwia, pierwsza żona Adama, była jak przeciąg, którego nie da się wyeliminować mimo uszczelnienia okien. Rozstali się pięć lat temu. To ona odeszła, twierdząc, że Adam jest dla niej za mało ambitny, zbyt „domowy”. Znalazła sobie kogoś, kto pasował do jej wizji światowego życia, ale tamten związek szybko się wypalił. I nagle, kiedy Adam zaczął układać sobie życie ze mną, Sylwia przypomniała sobie o jego istnieniu.

Kupiłam sześć pączków: dwa z różą dla mnie, dwa z adwokatem dla Adama i dwa zapasowe. Wracając do domu, nuciłam piosenkę z radia, naiwnie sądząc, że moim największym zmartwieniem będzie plama z lukru na tapicerce. Nie spodziewałam się, że prawdziwy bałagan dopiero nadejdzie.

Udawałam, że nic się nie stało

W domu zastałam Adama w salonie. Nie wyglądał na zrelaksowanego; ramiona miał napięte, wzrok wbity w podłogę, a telefon na stoliku co chwilę rozświetlał się powiadomieniami.

– Cześć, kochanie! – zawołałam, udając, że nie widzę tego napięcia. Postawiłam pudełko na stole. – Mam nadzieję, że jesteś głodny, bo wystałam się za tymi skarbami prawie czterdzieści minut.

Adam podniósł wzrok, próbując się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jedynie grymas.

– Cześć, Karolcia. Wybacz, jestem trochę rozbity.

– Praca? – zapytałam, siadając obok i kładąc mu dłoń na kolanie.

– Nie, Sylwia – westchnął ciężko. – Dzwoniła chyba z dziesięć razy. Podobno ma jakąś awarię w mieszkaniu, hydraulik nie dojechał, a woda kapie jej na parkiet. Twierdzi, że tylko ja wiem, jak zakręcić ten konkretny zawór w pionie, bo to stara kamienica i coś tam przerabialiśmy lata temu.

Poczułam, jak radość uchodzi ze mnie niczym powietrze z przekłutego balonu. To był jej klasyczny numer. Awaria, zagubione dokumenty, dziwne pismo z urzędu – zawsze, gdy zbliżała się ważna dla nas data, u niej działo się coś wymagającego interwencji Adama.

– Kochanie – zaczęłam spokojnie, choć w środku się gotowałam. – Sylwia jest dorosłą kobietą. Może wezwać pogotowie hydrauliczne. Nie jesteś jej dozorcą ani mężem na godziny.

– Wiem, wiem – Adam przetarł twarz dłońmi. – Powiedziałem jej to. Powiedziałem, że nie przyjadę. Tylko wiesz, jaka ona jest. Zaczęła krzyczeć, że jestem bezduszny, że zostawiam ją na pastwę losu, a potem się rozłączyła.

– I bardzo dobrze – stwierdziłam stanowczo, otwierając pudełko. Zapach słodyczy nieco złagodził atmosferę. – Nie pozwólmy jej tego zepsuć. Dziś jest tłusty czwartek, za chwilę walentynki. Skupmy się na nas.

Adam kiwnął głową i wziął pączka.

– Masz rację. Przepraszam, że w ogóle o tym wspomniałem. Niech sobie radzi sama.

Wzięliśmy po pierwszym kęsie. Lukier przyjemnie chrupnął, włączyłam nasz ulubiony serial i wydawało się, że kryzys został zażegnany. Wtedy jednak rozległ się dzwonek do drzwi. Natarczywy, długi dźwięk, który nie zwiastował kuriera. Spojrzeliśmy na siebie. Wiedziałam, kto stoi za drzwiami.

Czułam się jak intruz

Adam otworzył drzwi, a do przedpokoju wdarła się Sylwia. Nie wyglądała na osobę walczącą z powodzią. Miała na sobie elegancki, beżowy płaszcz, perfekcyjny makijaż i trzymała w ręku wiklinowy koszyk przykryty lnianą ściereczką.

– Adam, dzięki Bogu jesteś! – zawołała, mijając go i wchodząc prosto do salonu, jakby wciąż tu mieszkała. – Dzwoniłam, ale chyba nie słyszałeś. Uznałam, że skoro nie chcesz mi pomóc, to chociaż przyjadę i wyjaśnię ci sytuację osobiście, bo przez telefon to nie to samo.

Zatrzymała się na środku pokoju, patrząc na mnie z udawanym zaskoczeniem.

– O, cześć Karolina. Nie sądziłam, że będziesz w domu. Myślałam, że w czwartki masz te swoje... spotkania z przyjaciółkami?

– To było dwa lata temu – odpowiedziałam chłodno, nie wstając z kanapy. – Co tu robisz? Podobno zalewa ci mieszkanie.

Sylwia machnęła ręką lekceważąco.

– A, to. Udało mi się jakoś zatamować wyciek ręcznikami. I pomyślałam, że w taki dzień nie możecie siedzieć o suchym pysku.

Postawiła koszyk na stole, tuż obok moich pączków.

– Zrobiłam faworki. Według przepisu babci Adama. Pamiętasz? Zawsze mówiłeś, że żadne pączki nie dorastają im do pięt. Są cieniutkie, kruche, dokładnie takie, jak lubisz.

Patrzyłam na nią i nie mogłam uwierzyć w jej tupet. Przyszła do mojego domu, przerwała nasz wieczór i jeszcze próbowała grać na sentymentach, używając do tego zmarłej babci Adama. Mąż stał w progu salonu, wyraźnie zmieszany.

Prosiłem cię, żebyś nie przyjeżdżała bez zapowiedzi. Mamy swoje plany.

– Plany? – zaśmiała się perliście, rzucając płaszcz na fotel. – Daj spokój. Siedzicie przed telewizorem w dresach. To nazywasz planami? Chciałam tylko chwilę porozmawiać, zjeść faworka i powspominać stare dobre czasy. Przecież tyle lat spędziliśmy razem, nie możemy udawać obcych ludzi.

Usiadła naprzeciwko nas, krzyżując nogi. Biła od niej pewność siebie, która sprawiała, że czułam się we własnym domu jak intruz.

Spojrzała na mnie z politowaniem

Przez kolejne minuty byłam świadkiem spektaklu. Sylwia kompletnie mnie ignorowała, zwracając się wyłącznie do Adama.

– A pamiętasz ten tłusty czwartek w Zakopanem? – zapytała, patrząc mu głęboko w oczy. – Zjedliśmy wtedy chyba po dziesięć pączków, a potem turlaliśmy się ze śmiechu na Krupówkach. To były czasy, co? Byliśmy tacy młodzi, tacy szaleni. Brakuje mi tej twojej spontaniczności, Adam.

Adam chrząknął, unikając jej wzroku.

– To było dawno, Sylwia. Ludzie się zmieniają.

– Niektórzy na gorsze, niektórzy na lepsze – skwitowała, zerkając na mnie kątem oka. – Ale ty zawsze miałeś w sobie ten ogień. Tylko ktoś musi go w tobie znowu rozpalić.

Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą. Ona nie przyszła tu na pączki. Walentynki były za pasem, a ona, samotna i zgorzkniała, nie mogła znieść myśli, że jej były mąż jest szczęśliwy z kimś innym.

– Faworki wyglądają pysznie, ale naprawdę chcieliśmy spędzić ten wieczór we dwoje. Adam jest zmęczony po pracy – powiedziałam, starając się brzmieć spokojnie.

Spojrzała na mnie z politowaniem.

– Och, Karolina, nie bądź taka zaborcza. Przecież nie porywam go na koniec świata. Chcę tylko odzyskać nić porozumienia z człowiekiem, który był dla mnie najważniejszy przez dekadę. Czy to zbrodnia? Poza tym... – zawiesiła głos i znów spojrzała na Adama – ...myślałam, że w walentynki moglibyśmy się spotkać, żeby omówić sprawy majątkowe, prawda?

To był cios poniżej pasa. Sprawy majątkowe były dawno zamknięte. Sylwia doskonale o tym wiedziała, ale szukała punktu zaczepienia.

– Wszystko jest uregulowane – Adam wreszcie podniósł głos. Jego cierpliwość się kończyła. – Nie ma żadnych spraw do omówienia. A walentynki spędzam z moją żoną. Z Karoliną.

Sylwia spoważniała. Jej uśmiech zniknął, zastąpiony chłodnym wyrachowaniem.

– Naprawdę? Jesteś pewien, że to cię uszczęśliwia? Siedzenie na kanapie, jedzenie pączków z dyskontu i udawanie małej stabilizacji? Znam cię, Adam. Wiem, o czym marzyłeś. O podróżach, o ryzyku, o pasji. Myślisz, że ona – wskazała na mnie palcem – jest w stanie ci to dać? Przecież widzę, jak na nią patrzysz. Z przyzwyczajenia. Z litości może?

W pokoju zapadła gęsta cisza. Czekałam na reakcję Adama. To był moment prawdy.

Czekałam na te słowa

Adam wstał powoli. Nie krzyczał. Podszedł do fotela, wziął płaszcz Sylwii i podał go jej stanowczym ruchem.

Wyjdź – powiedział cicho, ale w jego głosie była stal.

Sylwia zamrugała, zaskoczona.

– Słucham?

– Powiedziałem: wyjdź. Natychmiast. Przekroczyłaś każdą możliwą granicę. Obraziłaś moją żonę w naszym domu. Obraziłaś mnie, sugerując, że moje uczucia są udawane.

– Adam, nie unoś się... – zaczęła, próbując obrócić to w żart, ale on jej przerwał.

– Nie, koniec tego cyrku. Nie ma żadnych „naszych czasów”. Nie ma powrotów do przeszłości. Odeszłaś, pamiętasz? Zostawiłaś mnie, bo byłem dla ciebie za nudny. I wiesz co? Jestem cholernie szczęśliwy z tą moją „nudą”. Kocham Karolinę. Kocham nasze życie, nasze wieczory na kanapie i te pączki, które kupiła. Są tysiąc razy lepsze od twoich faworków, bo są szczere. Bo nie mają drugiego dna.

Twarz Sylwii zmieniła się z pewnej siebie maski w grymas wściekłości. Wstała gwałtownie, wyrywając mu płaszcz.

Jeszcze pożałujesz – syknęła. – Jeszcze przyjdziesz do mnie z płaczem, jak zrozumiesz, że zamieniłeś diament na szkiełko.

– Jedynym błędem, jaki popełniłem, było to, że zbyt długo pozwalałem ci wierzyć, że masz tu jeszcze cokolwiek do powiedzenia – odparł Adam, otwierając szeroko drzwi wejściowe. – Nie dzwoń do mnie, chyba że sprawa będzie dotyczyć życia lub śmierci. A i wtedy zastanowię się dwa razy, czy odebrać.

Sylwia prychnęła, zarzuciła płaszcz i wyszła, nie oglądając się za siebie. Trzask zamykanych drzwi był najpiękniejszym dźwiękiem, jaki usłyszałam tego dnia.

Odzyskałam spokój

Staliśmy w przedpokoju, wpatrując się w zamknięte drzwi. Adrenalina powoli opadała. Adam odwrócił się do mnie; w jego oczach nie było już niepokoju, lecz pewność.

– Przepraszam cię, Karolcia – powiedział, biorąc moje dłonie w swoje. – Powinienem był to zrobić dużo wcześniej. Nie powinienem był w ogóle otwierać tych drzwi.

– Zrobiłeś to, co trzeba – odpowiedziałam, czując ulgę. – Obroniłeś nas. To najważniejsze.

Wróciliśmy do salonu. Adam bez słowa wziął koszyk z faworkami Sylwii i poszedł do kuchni. Usłyszałam dźwięk otwieranego kosza na śmieci.

– Co robisz? – zapytałam, idąc za nim.

Wyrzucam śmieci – odparł prosto. – Nie będziemy jeść czegoś, co jest przesiąknięte jadem. Mamy twoje pączki.

Usiadł z powrotem na kanapie i przyciągnął mnie do siebie. Wzięłam pączka z różą. Był już zimny, lukier popękał, ale kiedy wzięłam kęs, smakował najlepiej na świecie.

Myślisz, że odpuści? – zapytałam cicho.

– Nie wiem – przyznał szczerze Adam. – Sylwia nie lubi przegrywać. Pewnie jeszcze spróbuje namieszać przed walentynkami, może wyśle jakiegoś sms-a. Jednak to nie ma znaczenia. Bo ja już nie wrócę. I ona dzisiaj wreszcie to zrozumiała.

Patrzyłam na męża z dumą. Sylwia myślała, że w tłusty czwartek rozbije nasze małżeństwo, a nieświadomie tylko je wzmocniła. Adam nie był już rozdarty między poczuciem winy a nowym życiem. Wybrał mnie.

– Wiesz co? – powiedziałam, ocierając cukier puder z kącika ust. – Walentynki mogą być deszczowe, możemy nawet nie wychodzić z łóżka. Ważne, że nikt trzeci nam do niego nie wejdzie.

Adam uśmiechnął się ciepło.

– Dokładnie tak. A teraz podaj mi tego pączka z adwokatem. Muszę uzupełnić poziom cukru po tej walce.

Tamtego wieczoru zrozumieliśmy, że miłość to nie tylko kwiaty i kolacje. Prawdziwa miłość to umiejętność postawienia granicy i powiedzenia „nie” całemu światu, żeby ochronić to, co ma się najcenniejszego w domu. Sylwia dała nam do wiwatu, ale dzięki niej te walentynki będą smakować zwycięstwem.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama