„Liczyłam na róże w walentynki, ale mąż kupił mi rondel. Myśli, że nie marzę o niczym innym, niż o siedzeniu w garach”
„Chyba właśnie o tym są najprawdziwsze walentynki w zwykłych domach, gdzie nikt nie gra na skrzypcach pod oknem, a miłość zamiast wierszy dostaje w prezencie komplet nierdzewnych garnków. I chociaż byłam na to przygotowana, nie sądziłam, że ta konkretna walentynkowa niespodzianka aż tak mnie zaboli”.

- Redakcja
Kiedy człowiek żyje w związku przez kilkanaście lat, zaczyna łapać się na tym, że pewne rzeczy przyjmuje jako oczywiste. Rytuały dnia codziennego – ja w kuchni, on w salonie. Ja gotuję, on przegląda wiadomości na telefonie, czasem zerknie, czy jeszcze żyję, i wraca do swoich spraw. Nie narzekam, polubiłam tę rutynę, przynajmniej do czasu. W końcu, jak mówiła moja mama, „każdy mężczyzna ma swoje wady, trzeba się z nimi nauczyć żyć”.
To nie jest historia o wielkiej tragedii, bardziej o niezrozumieniu i głupich prezentach, które zostają z człowiekiem na długo. Chyba właśnie o tym są najprawdziwsze walentynki w zwykłych domach, gdzie nikt nie gra na skrzypcach pod oknem, a miłość zamiast wierszy dostaje w prezencie komplet nierdzewnych garnków. I chociaż byłam na to przygotowana, nie sądziłam, że ta konkretna walentynkowa niespodzianka aż tak mnie zaboli.
Chciałam wierzyć, że ten dzień będzie inny
Początek lutego w moim domu zawsze wyglądał tak samo: mąż niby przypadkiem sprawdzał, kiedy dokładnie wypadają walentynki, dzieci szeptały coś pod drzwiami, a ja, nieco przewrażliwiona, udawałam, że niczego się nie domyślam. W tym roku obiecałam sobie, że nie będę robiła żadnych oczekiwań. Tak, jakbym miała wpływ na to, co się wydarzy. Szykowałam tradycyjną kolację – pieczony schab i sernik, ulubione dania męża, dzieciaki jak zwykle miały swój plan na pizzę.
Od rana w powietrzu wisiała jakaś napięta cisza, jakby wszyscy czekali na coś ważnego. Pomyślałam, że może w końcu mnie czymś zaskoczy, może wyciągnie mnie na spacer albo przyniesie kwiaty. Chciałam wierzyć, że ten dzień będzie inny niż wszystkie poprzednie. Niby nie potrzebowałam wielkich gestów, ale w głębi duszy liczyłam, że mąż zapyta, co by mnie ucieszyło. Oczywiście nie zapytał. Przeciwnie, zachowywał się, jakby miał już wszystko zaplanowane i nie potrzebował mojej zgody na własne pomysły.
Gdy tylko zobaczyłam to wielkie pudełko owinięte w czerwoną folię, serce mi przyspieszyło. Przez sekundę uwierzyłam, że może naprawdę się postarał, może w środku jest coś, co sprawi, że poczuję się ważna. Z bijącym sercem zaczęłam rozcinać taśmę, a dzieci klaskały i z niecierpliwością przyglądały się całej scenie. Rozpakowałam pierwszą warstwę, potem drugą i jeszcze jedną, aż w końcu zobaczyłam znajome logo producenta garnków. Przeszukałam twarz męża, licząc, że zaraz usłyszę: „żartowałem, prawdziwy prezent czeka w sypialni”. Zamiast tego zobaczyłam dumę, a nawet lekki uśmiech satysfakcji.
– No, mówiłem, że ci się spodoba – powiedział, wyciągając jeden z garnków i machając nim niczym zdobytym trofeum.
– Garnki… – wydusiłam z siebie, udając uśmiech, choć w środku miałam ochotę rzucić tym pudłem o podłogę.
– Przecież cały czas siedzisz w kuchni. Myślałem, że marzysz o porządnym zestawie – dodał zadowolony, jakby właśnie spełnił moje największe pragnienie.
– To ty myślałeś, czy pytałeś? – próbowałam ukryć rozczarowanie, chociaż czułam, jak napięcie między nami rośnie.
Mąż zignorował moje pytanie i poszedł nastawiać wodę na kawę, a ja zostałam z tym kartonem, czując się, jakbym dostała cichy komunikat: gotuj, skoro ci tak dobrze idzie.
Nie o takich prezentach marzę na walentynki
Nie potrafiłam wykrzesać z siebie radości, której mąż oczekiwał. Przez resztę dnia chodziłam podminowana, chociaż dzieci wciąż oglądały nowy zestaw, a on sam z satysfakcją podsuwał mi kolejne elementy do obejrzenia. Czułam się, jakbym była w jakiejś kiepskiej reklamie świątecznej, w której żona cieszy się z patelni, bo przecież uwielbia smażyć naleśniki. Mój humor pogarszał się z każdą minutą. Zaczęłam nawet złośliwie przygotowywać kolację, stukając głośniej niż zwykle, a każda czynność wydawała mi się bardziej mechaniczna niż kiedykolwiek wcześniej.
– No weź, nie rób takiej miny, przecież zawsze mówiłaś, że stary rondel jest do niczego – zagaił mąż, próbując obłaskawić sytuację.
– Może mówiłam, ale nie o takich prezentach marzę na walentynki – odpowiedziałam bez cienia uśmiechu.
– To następnym razem powiedz wprost, co chcesz dostać – stwierdził, znowu zrzucając winę na mnie.
Z trudem powstrzymałam się, żeby nie wybuchnąć. W głowie krążyły mi tysiące odpowiedzi, ale żadna nie wydawała się odpowiednia. W końcu po prostu zamilkłam i z premedytacją postawiłam przed nim kolację w nowym garnku. Nie powiedziałam już ani słowa do końca wieczoru, a on udawał, że nie zauważa mojej złości. Przepaść między nami powiększała się z każdą wspólnie milczaną minutą.
Nie każdy prezent jest na każdą okazję
Kolejne dni po walentynkach były napięte. Oboje chodziliśmy wokół siebie na palcach, unikając rozmów o prezentach i o tym, co się wydarzyło. Ja gotowałam, jak zawsze, tylko teraz z przesadną dokładnością wyciągałam z szafki nowy garnek, nawet do zupki dla dzieci czy podgrzewania mleka. Mąż patrzył na mnie ukradkiem, próbując złapać mój wzrok, lecz ja konsekwentnie odwracałam głowę, udając zajętą. W domu zapanowała niewidoczna wojna – taka, w której nikt nie podnosi głosu, ale każda drobnostka ma drugie dno.
– Dobry obiad, dzięki – rzucił pewnego popołudnia, jakby chciał udobruchać sytuację.
– Proszę bardzo, jak widać, nowe garnki świetnie się sprawdzają – odpowiedziałam z lekką ironią.
– Nie wiedziałem, że to aż tak cię urazi – przyznał w końcu, patrząc na swoje dłonie.
– Po prostu nie każdy prezent jest na każdą okazję – powiedziałam już spokojniej, choć czułam, że w środku we mnie wrze.
– Chciałem dobrze – dodał jeszcze, jakby oczekiwał przebaczenia.
Cisza po tej wymianie zdań była ciężka. Wiedziałam, że nie rozumie mojego rozczarowania, a on był przekonany, że zrobił coś dobrego. Tak mijaliśmy się przez kolejne dni, z nowymi garnkami, które codziennie przypominały mi, jak łatwo można przeoczyć drugiego człowieka.
Między nami wyrosła ściana
Z czasem nowość minęła. Garnki przestały lśnić, ich obecność stała się czymś zwyczajnym. Coraz rzadziej wyciągałam je z szafki – wróciłam do swoich starych, wyszczerbionych rondli, które znałam na wylot. Może były brzydkie, ale towarzyszyły mi w ważnych momentach: przy gotowaniu na dziecięce urodziny, podczas długich, nocnych rozmów z przyjaciółką przy zupie z dyni, czy wtedy, gdy płakałam po cichu, mieszając bigos, żeby nikt nie widział. Te nowe, prezentowe, leżały na dnie szuflady, jak niepotrzebny luksus, który zamiast cieszyć, przypominał mi o tym niefortunnym święcie.
– Nie używasz ich wcale – zauważył kiedyś mąż, zaglądając do kuchni.
– Są zbyt ładne na codzienne gotowanie – odpowiedziałam wymijająco.
Nie miałam siły tłumaczyć, co czuję. Zaczęliśmy coraz mniej rozmawiać, każde zamykało się w swoim świecie. On coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem spotkań z kolegami, ja zamykałam się w kuchni, gdzie znowu wrócił zapach kawy i szarlotki, ale zabrakło śmiechu. Może z zewnątrz nic się nie zmieniło, jednak między nami wyrosła ściana. Czułam, że nie chodzi o same garnki, lecz o to, ile zostało z tej dawnej bliskości. Nowe garnki na walentynki były tylko symbolem wszystkiego, czego już nie potrafiliśmy sobie powiedzieć.
Nauczyłam się nie oczekiwać zbyt wiele
Z czasem zrozumiałam, że ten zestaw garnków nie był winą sam w sobie, lecz tylko smutnym symbolem tego, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Na zewnątrz byliśmy normalnym małżeństwem, a w środku toczyliśmy osobne życia, każde w swojej skorupie. Nauczyłam się nie oczekiwać zbyt wiele – ani od prezentów, ani od codziennych gestów. Garnki leżały sobie cicho na dnie szuflady, czasem tylko je przestawiałam, żeby zrobić miejsce dla czegoś ważniejszego. Mąż przestał już pytać, dlaczego ich nie używam, przestał nawet zaglądać do kuchni, jakby uznał, że tam nie znajdzie już nic, co mogłoby go zaskoczyć.
Długo myślałam, czy to tylko nasz problem, czy może każda para w końcu przestaje się naprawdę słuchać. Czułam żal, czasem nawet tęsknotę za tą naiwną radością, kiedy zwykły kwiatek albo drobny liścik wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Teraz uśmiechałam się rzadko. Byliśmy razem, ale jakby obok siebie. Garnki zostały – trwałe, błyszczące i zimne, jak milczenie po nieudanych walentynkach. Być może kiedyś coś się zmieni. Na razie nie potrafiłam już świętować. A jeśli o czymś marzyłam, to nie o nowych naczyniach, tylko o tym, żeby znowu poczuć, że ktoś naprawdę mnie widzi.
Joanna, 41
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o dubajskiej czekoladzie na walentynki. Niestety mój mąż to sknera i żal mu kasy ma prezenty dla żony”
- „14 lutego tajemniczy Walenty zaprosił mnie na randkę. Zamarłam, gdy zobaczyłam jego twarz za ogromnym bukietem róż”
- „Mąż na walentynki zamówił dla mnie bukiet 21 czerwonych róż. Zamarłam, gdy odkryłam, co to znaczy”