„Liczyłam, że na Dzień Babci dostanę coś ekstra, a wręczyli mi tylko laurki. Teraz wstyd mi pokazać się przed sąsiadami”
„Choć tak naprawdę, to miałam ochotę zapytać, czy w tej torbie nie ma kremu do rąk albo nowego kubka. Czegokolwiek. Czułam, jak wzbiera we mnie rozczarowanie”.

- Redakcja
Dzień Babci zawsze był dla mnie czymś więcej niż tylko kartką w kalendarzu. Lubiłam, gdy wnuki się zjawiały, choćby na chwilę. Od rana parzyłam mocną kawę, wykładałam na stół sernik. Chciałam czuć się potrzebna. Zasłużona. Doceniona. Wiedziałam, że moje koleżanki dostają na ten dzień perfumy, szaliczki, czasem nawet weekendy w spa – chwaliły się tym później na ławce pod blokiem, niby mimochodem. W tym roku miałam cichą nadzieję, że może i mnie coś takiego spotka. Że dzieci pamiętają, że wnuki dorosły i potrafią docenić, ile dla nich zrobiłam. Szykowałam się do tego dnia z większą dbałością niż do świąt. I chyba właśnie dlatego tak bardzo mnie to uderzyło.
Rozczarowałam się
– Babciu, babciu! – wołał Szymek, jak tylko przekroczył próg mieszkania. Za nim wparowała Zuzka, a zaraz potem weszła moja córka, cała zarumieniona od mrozu.
– O, moje serduszka! – rozłożyłam ręce, żeby ich przytulić. – No chodźcie do babci!
Szymek podał mi kartkę poskładaną w cztery, ozdobioną cekinami i czymś, co miało chyba być brokatem.
– To dla ciebie – oznajmił dumnie. – Sam rysowałem!
– I ja! – Zuzka podskoczyła. – A w środku jest wierszyk.
– Laurki! – powiedziałam, ale głos lekko mi zadrżał. Przecież to był tylko początek, prawda?
– Dzieci robiły cały wieczór, siedziały nad tym i się bardzo starały – powiedziała Justyna, siadając na fotelu. – Musisz przyznać, że są śliczne.
– Są… cudne – przytaknęłam, uśmiechając się sztucznie. – A coś jeszcze może przynieśliście?
Zapanowała cisza. Justyna spojrzała na mnie uważnie.
– W sensie…? Mamo, to przecież Dzień Babci. Najważniejsze, że pamiętali. I przyszli.
– No tak… – wypowiedziałam z udawaną beztroską. – Sama obecność najważniejsza.
Choć tak naprawdę, to miałam ochotę zapytać, czy w tej torbie nie ma kremu do rąk albo nowego kubka. Czegokolwiek. Czułam, jak wzbiera we mnie rozczarowanie.
– Napijesz się herbaty? – zapytałam w końcu córkę.
– Chętnie – odpowiedziała i znów uśmiechnęła się, jakby nic się nie stało.
Spojrzała na mnie zaskoczona
Herbata parzyła mnie w dłonie. Justyna siedziała rozparta na kanapie, przeglądała coś w telefonie, a dzieci ganiały się po mieszkaniu, zrzucając co chwilę poduszki z wersalki.
– Szymek, uważaj! – zawołała. – To nie plac zabaw!
– Ale on mnie goni! – wrzasnęła Zuzka.
– To go przestań drażnić – odburknęła córka, nie odrywając wzroku od ekranu.
Westchnęłam. I to miało być to rodzinne święto?
– Justynko... – zaczęłam cicho, żeby dzieci nie słyszały – powiedz mi szczerze: nie było was stać na jakąś drobnostkę? Czekoladki, kwiatek, nie wiem… coś symbolicznego?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Mamo, przecież przynieśliśmy laurki. Dzieci są małe, co miały ci kupić? Myślisz, że nie mamy innych wydatków?
– A ja to niby co mam? – syknęłam, nie mogąc się powstrzymać. – Emerytura jak kot napłakał, rachunki, leki, jedzenie. I co? Mam się ucieszyć, że mi brokat do stołu przykleili?
– Oj, zaczynasz – przewróciła oczami. – Myślisz, że inne babcie mają lepiej?
– Sąsiadki przynajmniej coś dostają. A ja? Laurki. Jakbym była w przedszkolu.
– Mamo… – zacisnęła usta, ale nic nie odpowiedziała.
I może lepiej. Bo ja już czułam, jak zaciska mi się gardło.
Spojrzałam jej w oczy
Następnego dnia spotkałam Halinę pod klatką. Miała na sobie nowy płaszcz i niosła bukiet tulipanów tak wielki, że ledwo jej głowę było widać.
– No cześć! – zawołała radośnie. – Ale się cieszę, że cię widzę! Jak Dzień Babci? Była rodzinka?
– Była – wymusiłam uśmiech. – Wpadli na chwilkę.
– A to i tak dobrze, moja Zosia z zięciem przyjechali na całą niedzielę. I wiesz co? Dostałam nowy telefon! Z takim rysikiem, żeby sobie notować. I jeszcze szalik z kaszmiru. O, zobacz!
Wyciągnęła z torebki pudrowy materiał, miękki i pachnący perfumami.
– No piękny, naprawdę – powiedziałam, próbując ukryć zażenowanie.
– A ty co dostałaś?
– Laurki.
– Tylko?
– Tylko. Dzieci robiły same. Podobno to się teraz ceni.
Halina spoważniała.
– Oj, no wiesz… może po prostu nie mieli za co. Czasy są trudne.
– Daj spokój. Justyna codziennie wrzuca na internet zdjęcia z jakiegoś sushi, a wnuki mają takie tablety, że się świecą jak choinki. Tylko dla mnie jakby nagle zabrakło.
– Może to przeoczenie?
– Albo priorytety – mruknęłam. – Kiedyś to ja byłam najważniejsza. Teraz to chyba tylko im przeszkadzam.
Halina westchnęła i położyła mi rękę na ramieniu.
– Nie jesteś sama, kochana. Ja też się czasem tak czuję. Tylko wtedy przypominam sobie, że dla dzieci zawsze coś będzie ważniejsze niż ja.
Spojrzałam jej w oczy i przytaknęłam. Tyle że mi jakoś trudniej było to przełknąć.
Czułam się zbędna
Wieczorem usiadłam w kuchni z herbatą i zadzwoniłam do Eli, mojej siostry. Starsza ode mnie tylko o dwa lata, ale jakby z innej epoki – ona się nigdy niczym nie przejmowała.
– No, jak tam twój wielki dzień? – zagadnęła wesoło. – Dzieciaki przytargały prezenty?
– A gdzie tam… – burknęłam. – Laurki mi wręczyli i jeszcze się cieszyli, że brokat się klei do palców.
– Klasyka! – roześmiała się. – Ja dostałam słoik z własnoręcznie zrobionym peelingiem z cukru i kawy. Słowo daję, pachnie jak śmietnik po świętach.
– Wiem, że to niby ładne gesty, dzieci, ręcznie robione, ale... czuję się, jakby mnie traktowali jak mebel. Jestem, bo jestem.
– I co, chciałaś dostać tablet? – zakpiła. – Albo bilety do spa?
– Może i tak. Może chociaż kwiatek. Albo coś ładnie zapakowanego, żebym mogła pokazać sąsiadkom. Wiesz, jak głupio się czułam obok Haliny? Prawie się pod ziemię zapadłam.
– A może nie o Halinę ci chodzi, tylko o to, że chciałaś poczuć się ważna?
Zamilkłam. Miała rację. Przeszło mi przez myśl, że chyba nie chcę być tą babcią od laurek i herbatki w kubku z przeceny. Chciałam poczuć się jak królowa.
– No nic, siostra – podjęła Ela. – Może następnym razem powiedz, co chcesz. Inaczej znowu dostaniesz brokat do herbaty.
– Jeszcze z dziurą w sercu jako gratis.
– Witaj w klubie – mruknęła.
Ścisnęłam jej dłoń
W niedzielę Justyna znowu się zjawiła. Bez dzieci, za to z plastikowym pojemnikiem w ręku.
– Zrobiłam ci lasagne – powiedziała na wejściu. – Wiem, że lubisz, a sama mówisz, że ci się nie chce gotować.
– Lasagne – powtórzyłam, odbierając pojemnik. – To przez wyrzuty sumienia, czy tak bez okazji?
Spojrzała na mnie z ukosa.
– Przepraszam, mamo. Bo chyba trochę przesadziłam w czwartek.
Usiadłyśmy w kuchni. Nalałam herbaty, a córka rozsiadła się jak u siebie.
– Wiesz – zaczęła – jak poszliśmy wtedy do domu, to Zuzka spytała, czemu babcia była taka smutna. A Szymek powiedział, że chyba coś źle zrobił, skoro nie było tortu.
– Nie było tortu, bo nie miał kto go przynieść.
– No wiem – westchnęła. – I masz rację, mamo. Nie postarałam się. Nie chodzi o rzeczy, tylko o to, żebyś poczuła, że jesteś ważna. A ja ci dałam laurkę i obecność, jakbym była uczennicą z podstawówki.
– Wolałabym jedną różę i szczerą rozmowę. A nie udawaną normalność, w której ja muszę się domyślać, że to wszystko z miłości.
Zamilkła.
– Czyli wolisz kwiatka od rozmowy?
– Nie. Chciałabym jedno i drugie. I żebyś mnie czasem potraktowała tak, jak traktujesz swoją teściową. Z szacunkiem i ciepłem.
– Może... za rzadko myślę, że ty też możesz czuć się samotna – powiedziała cicho. – Przepraszam, mamo.
Nie odpowiedziałam. Tylko sięgnęłam po jej dłoń i ścisnęłam ją lekko. Może nie dostałam prezentu, ale dostałam coś więcej.
Nie mogłam ukryć wzruszenia
W poniedziałek rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Otworzyłam w szlafroku, nieumalowana. Myślałam, że to pewnie listonosz z rachunkiem.
– Dzień dobry, babciu! – zawołał Szymek, trzymając w ręku bukiet tulipanów.
– Mama powiedziała, że w czwartek trochę popsuliśmy ci Dzień Babci, więc dzisiaj przychodzimy z poprawinami – dodała Zuzka z zadziornym uśmiechem, podając mi coś zapakowanego w złoty papier.
– Co to jest? – zapytałam, próbując nie popłakać się jak głupia.
– Kubek! Z twoim zdjęciem. Z napisem „Super babcia” – dumnie oznajmił Szymek.
Za nimi stała Justyna. Jakby czekała, czy jej wybaczę.
– Wchodźcie – powiedziałam tylko, odsuwając drzwi. – Siedzenie i gadanie w przedpokoju nie liczy się jako wizyta.
Szymek od razu pognał do kuchni.
– A jest ta herbata malinowa, co ją lubię? – zapytał.
– Dla takich jak ty jest – mruknęłam pod nosem, czując, że gardło znowu mi się zaciska.
Justyna położyła mi dłoń na ramieniu.
– Chcę być lepsza. Dla ciebie.
Popatrzyłam na nią długo.
– To kup mi kiedyś bilet do kina. Albo krem do rąk. Byle z sercem. Bo tego właśnie mi brakowało.
Wreszcie się uśmiechnęłam. Tak, byłam babcią. Nie od laurek, tylko od bycia potrzebną.
Jadwiga, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam na ferie sama, by wypocząć. Przypadkowe spotkanie zimą rozgrzało mnie bardziej niż niejeden letni romans”
- „Na nasz zimowy wyjazd do Pragi mąż zabrał pasażera na gapę. Kto by pomyślał, że zaprzyjaźnię się z jego kochanką”
- „Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”