„Liczyłam, że po śmierci babci odziedziczę prawdziwą fortunę. Okazało się, że wszystko dała księdzu na remont kościoła”
„Wzięłam pierwszy z brzegu, z zeszłego miesiąca. Odbiorca: Parafia Rzymskokatolicka. Kwota: 2000 złotych, tytuł: Renowacja witraży. Kolejny: 10000 złotych, na remont dachu plebanii”.

Pogrzeb babci Czesi był dokładnie taki, jakiego by sobie życzyła – podniosły, smutny i przeraźliwie mokry. Stałam w pierwszym rzędzie, tuż obok trumny z jasnego dębu. Kosztowała cztery tysiące złotych. Zapłaciłam ja, kartą kredytową, na której limit świecił się już na czerwono.
Ledwo spinałam miesiąc
– Nie martw się – szeptała mi do ucha ciotka Grażyna, siostra mojego nieżyjącego ojca. Jej oddech pachniał miętówkami i tanim winem, które popijała „na uspokojenie” jeszcze przed wyjściem z domu. – Babcia była oszczędna. Zwróci ci się z nawiązką. Przecież ona grosza nie wydawała, na wszystkim oszczędzała. Mieszkanie własnościowe, emerytura po dziadku górniku… Będzie dobrze.
Ciotka poprawiała swoje sztuczne futro, a jej oczy biegały po wieńcach, jakby liczyła, ile kto wydał na ostatnie pożegnanie. Nie znosiłam jej. Była ucieleśnieniem tej części rodziny, którą widuje się tylko na weselach i pogrzebach, a która zawsze pierwsza wyciąga rękę po wałówkę, ale tym razem, w tej jednej chwili, miałam nadzieję, że ma rację. Musiała mieć rację.
Ja i Tomek byliśmy pod ścianą. Dwa lata temu wzięliśmy kredyt na mieszkanie we frankach. Do tego doszła nieudana inwestycja Tomka w sklep internetowy i nagle, mając trzydzieści dwa lata, budziłam się w nocy zlana potem, zastanawiając się, czy komornik może zająć mi laptopa, na którym pracuję.
Babcia Czesława była moją ostatnią deską ratunku. Wiem, jak to brzmi, ale prawda jest bardziej skomplikowana. Kochałam ją. Byłam jej ulubienicą. To ja przyjeżdżałam co niedzielę na rosół, to ja myłam jej okna na Wielkanoc, to ja załatwiałam lekarzy, kiedy NFZ kazał czekać rok na wizytę u kardiologa. Ciotka Grażyna pojawiała się raz na rok, żeby pożyczyć pieniądze.
Liczyłam na spadek
Babcia zawsze mówiła: „Aluniu, wszystko co mam, będzie twoje. Ty jesteś jedyna porządna w tej rodzinie”. Te słowa były dla mnie jak obietnica bezpieczeństwa. Jak polisa ubezpieczeniowa. Wiedziałam, że babcia ma oszczędności. Żyła skromnie – herbata z jednej torebki parzona dwa razy, chleb krojony cieniutko, zero nowych ubrań od dekady. Emerytura dziadka była wysoka. Przez dwadzieścia lat wdowieństwa musiała uzbierać fortunę.
Dwa dni po pogrzebie spotkaliśmy się w mieszkaniu babci. Ja, Tomek i ciotka Grażyna, która wprosiła się „pomóc w porządkach”. Mieszkanie na trzecim piętrze w kamienicy w centrum miasta. Wartość? Spora, ale to pieniądze na koncie były tym, co miało uratować naszą płynność finansową tu i teraz. Mieszkanie pachniało lawendą, kurzem i starością. Ten specyficzny zapach, który zostaje po kimś, kto spędził w czterech ścianach ostatnie lata życia, rzadko wychodząc na zewnątrz. – To co, Aluś? Szukamy skarpety? – zachichotała ciotka, otwierając barek w meblościance na wysoki połysk. – Babcia nie ufała bankom w stu procentach. Zawsze mówiła, że na czarną godzinę trzeba mieć gotówkę w domu.
Tomek stał przy oknie, nerwowo paląc e-papierosa, choć babcia by go za to pogoniła ścierką nawet zza grobu. Widziałam w jego oczach to samo napięcie, które czułam w żołądku. Dzień wcześniej przyszło wezwanie do zapłaty raty. Nie mieliśmy na nią pieniędzy.
Szukaliśmy kasy
Zaczęliśmy przeszukiwanie. Szuflady z bielizną, pudełka po ciastkach, w których były nici, słoiki z ryżem w kuchni. Klasyka gatunku. Znalazłam złoty pierścionek z rubinem, stary łańcuszek i obrączkę dziadka, ale gotówki nie było.
– Może w książkach? – rzucił Tomek, kartkując stare wydania encyklopedii PWN.
Nic. Zaczęłam się denerwować. Nie chodziło o chciwość, chodziło o panikę. Gdzie są te pieniądze? Babcia nie wydawała nic. Jedzenie kupowała najtańsze, leki miała refundowane.
– Muszą być na koncie – stwierdziłam, starając się, by mój głos brzmiał pewnie. – Babcia miała konto w PKO. Miała tam wpływy z ZUS-u.
Usiadłam przy jej starym biurku pod oknem. To tutaj babcia spędzała godziny, rozwiązując krzyżówki. Otworzyłam dolną szufladę. Była zamknięta na kluczyk, ale wiedziałam, gdzie go chowa – pod doniczką z uschniętą paprotką. Klik. Zamek puścił. W środku nie było pieniędzy. Była za to teczka. Gruby, pękaty segregator z napisem „Ważne sprawy”.
– No i co tam? Książeczki oszczędnościowe? Obligacje? – ciotka zaglądała mi przez ramię, jej oddech łaskotał mnie w kark.
Nic nie znalazłam
Otworzyłam segregator. Moje serce na chwilę się zatrzymało, a potem ruszyło w galopie, który dudnił mi w uszach. To nie były obligacje. To były potwierdzenia przelewów. Setki, może tysiące potwierdzeń. Równo pospinane, chronologicznie ułożone, z pedantyczną dokładnością, z której babcia słynęła.
Wzięłam pierwszy z brzegu, z zeszłego miesiąca. Odbiorca: Parafia Rzymskokatolicka pw. św. Judy Tadeusza. Kwota: 2000 złotych, tytuł: Renowacja witraży. Wzięłam kolejny, na 5000 złotych, wsparcie misji w Afryce. Kolejny: 10000 złotych, na remont dachu plebanii. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Moje ręce zaczęły drżeć tak bardzo, że papiery szeleściły w ciszy pokoju.
– Co jest? – Tomek podszedł do mnie szybkim krokiem, wyrywając mi segregator.
Jego oczy rozszerzały się z każdą przewróconą stroną.
– Spójrz na daty. To trwało od lat.
Usiadłam na tapczanie. Ciotka wyrwała segregator Tomkowi.
– Co wy gadacie? Co to jest? – krzyczała, wertując kartki. – Dwa tysiące? Pięć tysięcy? Jezus Maria! Przecież ona nam żałowała na cukierki dla dzieci!
Wszystko wydała
Zaczęliśmy liczyć. Tomek wyciągnął telefon i włączył kalkulator. Ja dyktowałam kwoty, a on sumował. Przesuwaliśmy lata 2018, 2019, 2020… Pandemia? Babcia przelała wtedy 20 tysięcy na „walkę duchową z zarazą”. Im głębiej wchodziliśmy w ten las, tym ciemniej się robiło. Oszczędności życia. Pieniądze ze sprzedaży działki rekreacyjnej trzy lata temu. Odszkodowanie za wypadek, który miała w 2015 roku. Wszystko, dosłownie wszystko płynęło szerokim strumieniem na konto parafii.
– Czterysta pięćdziesiąt dwa tysiące złotych – powiedział Tomek głosem wypranym z emocji. Patrzył w ścianę, jakby zobaczył ducha. – Prawie pół miliona. Ona wydała pół miliona złotych.
Ciotka osunęła się na krzesło, łapiąc się za serce. Tym razem nie udawała.
– To niemożliwe. To musi być jakieś oszustwo! Oni ją omamili! To jest wyłudzenie! Trzeba iść na policję! – wrzeszczała, a jej twarz zrobiła się purpurowa.
Siedziałam i patrzyłam na portret Jana Pawła II wiszący nad łóżkiem babci. Patrzył na mnie z tym swoim dobrotliwym uśmiechem, a ja czułam, jak wzbiera we mnie furia, jakiej nigdy w życiu nie doświadczyłam.
Przypomniałam sobie, jak miesiąc temu prosiłam babcię o pożyczkę 500 złotych na naprawę samochodu, bo nie miałam jak dojechać do klienta. Odmówiła. Powiedziała: „Aluniu, wiesz, że babcia ma tylko skromną emeryturkę, ledwo wiążę koniec z końcem, módl się do Opatrzności, Pan Bóg ci pomoże”. Opatrzność miała numer konta bankowego.
Nie mogliśmy uwierzyć
– Idziemy tam – powiedziałam, wstając. Nogi miałam jak z waty, ale w środku płonął ogień.
– Gdzie? – zapytał Tomek.
– Na plebanię. Chcę zobaczyć tego księdza. Chcę wiedzieć, jak mógł brać od samotnej staruszki takie pieniądze, widząc, że chodzi w płaszczu z lat osiemdziesiątych.
Tomek próbował mnie zatrzymać, mówił, że to bez sensu, że to darowizny, że nic nie ugramy, ale ciotka, która zwietrzyła szansę na odzyskanie choćby ułamka tej fortuny, była po mojej stronie.
– Idziemy, Aluś! Zrobimy raban! To jest skandal!
Pół godziny później stałam przed drzwiami plebanii. Budynek był imponujący. Nowa elewacja, kostka brukowa równa jak stół, monitoring. Zadzwoniłam dzwonkiem z wideodomofonem.
– Szczęść Boże, w jakiej sprawie? – odezwał się młody głos.
– W sprawie pani Czesławy. Wnuczka. Muszę pilnie rozmawiać z księdzem proboszczem.
Wpuścili nas. W środku pachniało drogą kawą i pastą do podłóg. Żadnej starości, żadnej biedy. Skórzane sofy w poczekalni, na ścianach obrazy w złoconych ramach. Proboszcz przyjął nas w swoim gabinecie. Zadbany, z delikatnym uśmiechem, który zniknął, gdy tylko zobaczył wyraz mojej twarzy.
– Moje kondolencje. Pani babcia była wspaniałą kobietą. Prawdziwym filarem naszej wspólnoty.
– Filarem? – prychnęłam, rzucając segregator na jego biurko. – Chyba sponsorem strategicznym, proszę księdza. Pół miliona złotych? Pół miliona?! Czy ksiądz nie ma sumienia?
Zabrali jej wszystko
Ksiądz westchnął, jakby spodziewał się tej wizyty. Splótł palce na brzuchu.
– Rozumiem pani emocje. To duża suma, ale proszę pamiętać, że pani Czesława była osobą w pełni władz umysłowych. To była jej wola. Jej potrzeba serca.
– Potrzeba serca?! – krzyknęła ciotka. – Ona jadła chleb z pasztetową, żeby ksiądz mógł sobie kupić… co? Nowe auto? To jest wyzysk starszych ludzi!
Ksiądz wstał. Nagle przestał być jowialnym wujaszkiem. W jego oczach pojawił się chłód.
– Proszę ważyć słowa. Wszystkie darowizny są zaksięgowane. Pieniądze zostały przeznaczone na cele kultu. Dzięki pani babci mamy ogrzewanie podłogowe w kościele, odnowiliśmy ołtarz boczny i wspieramy dom samotnej matki. Pani babcia chciała sobie kupić spokój.
– Spokój? – zapytałam cicho. – Jaki spokój?
– Spokój sumienia – odpowiedział ksiądz, patrząc mi prosto w oczy. – Uważała, że musi odpokutować winy z młodości. Kościół jej w tym pomógł. Daliśmy jej poczucie, że jej ofiara ma sens. Że buduje sobie dom w Niebie.
Nic nie rozumiałam
Zamilkłam. Winy z młodości? Babcia Czesia? Kobieta, która rumieniła się przy scenach pocałunków w serialach?
– O czym ksiądz mówi? – zapytał Tomek.
– Obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi – uciął krótko proboszcz. – Ale powiem państwu jedno. Ona nie robiła tego dla mnie. Robiła to dla siebie. Każdy przelew był dla niej jak kamień zrzucony z serca. Była tu codziennie. Piła herbatę, rozmawiała. Byliśmy jej rodziną bardziej, niż… – zawiesił głos, patrząc wymownie na mnie i ciotkę. – Niż ci, którzy przypominają sobie o niej przy podziale majątku.
To był cios poniżej pasa, ale trafił.
– Odda nam ksiądz te pieniądze? – zapytała ciotka tonem, który tracił już na pewności siebie.
– Nie mam takiej prawnej możliwości ani moralnego obowiązku. Pieniądze zostały wydane zgodnie z wolą ofiarodawcy.
Wyszliśmy stamtąd pokonani. Tomek był wściekły, klął pod nosem. Ciotka płakała, że jest zrujnowana i że „matka zwariowała na starość”. Ja milczałam. Słowa proboszcza wwiercały mi się w mózg.
Chciałam ją poznać
Wróciłam do mieszkania babci sama. Tomek pojechał do domu, musiał ochłonąć. Powiedział, że nie wie, co zrobimy z kredytem, że liczył na ten spadek. Czułam, jak nasze małżeństwo, i tak nadszarpnięte problemami, trzeszczy w szwach. Zaczęłam grzebać dalej. Musiałam zrozumieć. Znalazłam w pudełku po butach, głęboko w szafie, pod stertą starych ręczników, kartki od proboszcza i innych księży.
„Droga pani Czesławo, Bóg zapłać za Twoją hojność. Nowy ornat będzie pięknym świadectwem Twojej wiary. Zapraszam w czwartek na plebanię na ciasto”. „Dziękuję za wsparcie remontu. Jesteś naszą Aniołową. Pamiętamy o Tobie w modlitwie. Nie martw się o przeszłość, Pan Bóg wybacza hojnym dawcom”.
Były ich dziesiątki. Ciepłe, pełne atencji, wdzięczności. Czytałam je i widziałam to oczami wyobraźni. Moją samotną babcię, siedzącą w pustym mieszkaniu, czekającą na telefon ode mnie i ten kontrast – ksiądz, który wita ją z otwartymi ramionami, traktuje jak kogoś ważnego, jak fundatorkę, jak VIP-a.
Zrobiło mi się przykro
Ona kupowała sobie uwagę. Kupowała sobie przynależność. Kupowała sobie miłość, której my nie dawaliśmy jej w wystarczającej ilości albo dawaliśmy „z doskoku”. A winy młodości? Znalazłam stary, pożółkły notes. Pamiętnik. Babcia pisała w nim rzadko. Znalazłam wpis z 1965 roku. „Musiałam go oddać. Nie mieliśmy pieniędzy na trzecie dziecko. Boże, wybacz mi”.
Oddała dziecko do adopcji. Cierń, który tkwił w niej przez pięćdziesiąt lat. Kościół i ksiądz doskonale wiedzieli, jak zagrać na tej strunie. Zamienili jej poczucie winy w strumień gotówki. „Odkupienie” wycenione co do złotówki. Tego wieczoru pokłóciłam się z Tomkiem.
– Jak mogła nam to zrobić?! – krzyczał, chodząc po naszym ciasnym mieszkaniu. – Wiedziała, że mamy długi! Wiedziała, że chcemy mieć dziecko, ale nas nie stać! Wolała dać na złoty kibel dla plebana niż własnej wnuczce?!
– Ona nie myślała o nas. Ona myślała o swoim zbawieniu – odpowiedziałam cicho, patrząc w okno. – Bała się piekła bardziej niż naszej biedy.
– To jest chore! To jest sekta! – Tomek rzucił pilotem o ścianę. – Jesteśmy spłukani. Rozumiesz? Jesteśmy bankrutami przez twoją świętą babcię.
Poszłam to zobaczyć
Patrzyłam na niego i wiedziałam, że ma rację, ale też, że jej nie ma. To były jej pieniądze. Miała prawo je spalić w piecu, jeśli chciała, ale to poczucie zdrady… Było fizycznym bólem. Czułam się, jakby ktoś dał mi w twarz. Przez lata żyłam w przekonaniu, że jestem dla niej najważniejsza. Okazało się, że ważniejszy był zimny marmur w kościele i uśmiech proboszcza.
Tydzień później poszłam do kościoła. Nie żeby się modlić. Chciałam zobaczyć, co kupiła babcia. Msza się kończyła. Spojrzałam na ołtarz boczny. Był piękny. Odnowiony, złocony, z nową figurą Matki Boskiej. Pod figurą była mała, mosiężna tabliczka. Podeszłam bliżej, gdy kościół opustoszał. „Ofiara Czesławy. Prośba o miłosierdzie”.
Stałam tam i płakałam. Nie z żalu za pieniędzmi, choć te 400 tysięcy zmieniłoby moje życie. Płakałam nad jej samotnością i strachem, który musiał być tak wielki, że popchnął ją do oddania wszystkiego obcym ludziom w sutannach, byle tylko usłyszeć, że jest dobra.
Płakałam nad nami – nad moją rodziną, która była tak zajęta swoim życiem, że nie zauważyła, jak babcia powoli odpływa w świat dewocji i lęku. Wyszłam z kościoła. Spojrzałam na plebanię. W oknie gabinetu paliło się ciepłe światło. Wyobraziłam sobie księdza, jak pije espresso z ekspresu kupionego pewnie za jedną z jej darowizn.
Zostałam sama
Spadek po babci dostałam. Zostawiła mi mieszkanie, warte sporo, ale proces spadkowy potrwa, a ciotka już zapowiedziała walkę o zachowek, twierdząc, że babcia była niepoczytalna. Czeka mnie długa batalia sądowa, długi i prawdopodobnie rozwód, bo Tomek nie potrafi mi wybaczyć, że nie dopilnowałam interesu.
Najgorsze nie jest to, że jestem spłukana. Najgorsze jest to, że kiedy teraz myślę o babci, nie widzę jej ciepłego uśmiechu. Widzę tylko te potwierdzenia przelewów i strach w jej oczach, za który zapłaciła najwyższą cenę. A Bóg? Jeśli istnieje, to mam nadzieję, że chociaż zrobił jej dobrą kawę w tym Niebie. Bo u nas, na ziemi, ten biznes kosztował nas wszystkich drogo.
Alicja, 25 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zabrałam teścia na ferie, bo dzieci go uwielbiają. Po tym, co powiedział, musiałam z mężem poważnie porozmawiać”
- „Babcia zostawiła mi po sobie biznes. Myślałam, że pieczenie drożdżówek to pikuś, ale wyszłam na ignorantkę”
- „Gdy żona otworzyła w domu przedszkole, myślałem, że oszaleję. Szybko zmieniłem zdanie i wyczułem w tym dobry interes”