Reklama

Mam na imię Edward. Mam siedemdziesiąt cztery lata. Wdowiec. Były kolejarz. Ojciec, dziadek, i – nie bójmy się tego słowa – trochę już zapomniany człowiek. Mieszkam na obrzeżach miasta, w małym domku, który kiedyś tętnił życiem. Teraz żyje tu tylko mój stary, mądry pies – i ja. Żona, Zośka, odeszła osiem lat temu. Nie od razu zrobiło się cicho. Jeszcze był czas, że Marta – nasza córka – przyjeżdżała z wnukami. Wtedy dom pachniał maślanym ciastem, a na korytarzu walały się porozrzucane trampki. Śmiałem się z ich bajzlu. Tęsknię za tym bajzlem.

Ale od pewnego czasu... coraz rzadziej przyjeżdżają. Marta pracuje, dzieci duże. Mikołaj ma już czternaście lat, Ola jedenaście. Ostatnio rozmawiałem z Martą... miesiąc temu? A może więcej? Czas się rozłazi. Dziś Dzień Dziadka. Od rana siedzę ubrany, jakbym miał gości. Zrobiłem herbatę. Nawet talerzyk z ciasteczkami postawiłem. Tak głupio... Ale człowiek łudzi się jak dzieciak. Wystarczy, że zadzwoni dzwonek. Albo telefon. Tylko pies leży przy moich stopach i patrzy.

– Może zadzwonią, co staruszku? Albo chociaż wiadomość wyślą. Tyle mają tych urządzeń.

Pies postawił uszy. Czasem mam wrażenie, że tylko on mnie jeszcze słucha.

Czy ja zrobiłem coś nie tak

Siedzę w kuchni. Ta sama ława, ten sam obrus w kratkę, który Zośka kupiła na rynku za dziesięć złotych i „targowała się jak lwica”, jak mówiła. Za oknem śnieg topnieje niechętnie. Para z kubka układa się w powietrzu jak leniwe wspomnienie. Wyciągam portfel. Emerytura przyszła wczoraj. Otwieram go nie dlatego, że czegoś mi brakuje. To rytuał. Liczę każdy banknot powoli. Pięćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt... Tak jakby w tych pieniądzach mogło się zmieścić coś więcej niż tylko liczba. Jakieś zapewnienie, że jeszcze żyję. Że jestem potrzebny.

Pamiętam, jak kupowałem Mikołajowi książki o dinozaurach. Chciał być paleontologiem. A Oli? Laleczki, kolorowanki, a raz nawet taką różową deskorolkę.

– Tylko nie powiedz mamie, dziadku – prosiła.

Marta się wtedy obraziła. Ale dzieciaki miały radość. Teraz nie wiem nawet, co by im kupić. Może już z tego wyrośli? W środku coś mi się ściska. Czy ja zrobiłem coś nie tak, że dziś nikt nie przyszedł?

Dziś nie damy rady

Po południu zbieram się w sobie i sięgam po telefon. Może chociaż usłyszę ich głos. Wstukuję numer Marty. Sygnał, jeden, drugi, trzeci... W końcu odbiera.

– Cześć, tato! – mówi szybko. – Co tam, nie mam za bardzo czasu, stoję w korku.

– Chciałem tylko... zapytać, co u was. I czy może... dzisiaj wpadniecie?

Chwila ciszy. Słyszę tylko jakieś brzdęki z radia.

– Oj, tato... dziś nie damy rady. Wiesz, Mikołaj miał turniej szachowy, Ola nie czuje się najlepiej, a ja jeszcze muszę jechać po zakupy. Może wpadniemy w weekend, dobrze?

Chcę powiedzieć, że dzisiaj jest Dzień Dziadka. Że czekałem. Że mam herbatę, ciastka, a pies całą noc spał przy drzwiach, jakby wyczuwał, że coś się szykuje. Ale słowa grzęzną w gardle.

– Rozumiem – mówię cicho.

– No, to buziaki! Trzymaj się ciepło, pa!

Rozłącza się. Patrzę przez chwilę na ekran, jakby miało się tam coś zmienić. Jakby telefon miał zadzwonić jeszcze raz, a Marta powie: „Jednak przyjedziemy, tato. Wiesz co, rzucamy wszystko i jesteśmy za godzinę.” Nie dzwoni. Pies podniósł głowę i cicho popiskuje. Jakby i jemu było przykro.

Taki teraz świat

Zrobiło się cicho. Ta najgorsza, wieczorna cisza, co sączy się po kątach domu jak chłód. Mój czworonożny przyjaciel wstał, przeciągnął się i spojrzał na mnie pytająco.

– Ok, to idziemy na spacer – powiedziałem, sięgając po smycz.

Na zewnątrz zaskakująco ciepło jak na styczeń. Śnieg zszarzał i śmierdzi wilgocią. Idziemy tą samą trasą co zawsze: przez osiedle, potem za szkołą, aż pod stare garaże. Pies węszy, a ja... po prostu idę. W pewnym momencie siadłem na ławce pod blokiem. Pies ułożył się przy moich nogach. Obok przechodziła jakaś dziewczyna z chłopakiem, śmiali się. Głośno, bezczelnie. Jakby życie dopiero się zaczynało. Spojrzałem za nimi i poczułem ukłucie zazdrości. Ja też kiedyś tak chodziłem z Zośką. Zima, śnieg, czerwone nosy. A teraz co? Został pies i fotel. Nagle przysiadł się do mnie ktoś. Nie od razu poznałem, ale to był Rysiek – sąsiad, wdowiec, taki jak ja. W ręku trzymał termos.

– Na zimowe smutki najlepsza gorąca herbata – powiedział i nalał mi do kubka.

– Nie przyszli – rzuciłem tylko. I zapadła cisza.

– Moje wnuki też nie – odparł po chwili Rysiek. – Ale wiesz co? Taki teraz świat.

Uśmiechnąłem się smutno. Tylko tyle mogliśmy – posiedzieć, popić herbaty, pożartować z własnej niewidzialności. I wieczór mijał tak – bez oczekiwań, bez rozczarowań. Po prostu był.

Nie jestem sam w tej swojej pustce

Następnego dnia po południu Rysiek wpadł z kawałkiem sernika.

– Przyniosłem, szkoda, żeby się zmarnował, no nie?

Uśmiechnąłem się i wpuściłem go do środka. Pies powitał go z radosnym merdaniem ogona. Usiedliśmy w kuchni. Rysiek westchnął.

– Wiesz, że ja czasem myślę, że jesteśmy jak te zapomniane zdjęcia? Leżymy sobie gdzieś na dnie szuflady, nikt nas nie przegląda, nie stawia na komodzie Ale przecież tam, na tym zdjęciu, był kiedyś ktoś ważny, ktoś kochany...

– A ja się boję, że zostanę tylko wspomnieniem. – powiedziałem cicho. – Kimś, o kim mówi się przypadkiem, jak o starej piosence.

Rysiek pokiwał głową. Przez chwilę milczeliśmy. Wtedy zrozumiałem: nie jestem sam w tej swojej pustce. Jest nas więcej. Całe pokolenie niewidzialnych.

Wtedy się uśmiechnąłem

Obudziłem się rano, jak zwykle przed siódmą. Pies już czekał przy drzwiach – wierny, cierpliwy. Założyłem jej smycz i ruszyliśmy na krótki spacer. Świat był szary i cichy. Mróz przytłumiał dźwięki, śnieg skrzypiał pod butami. Na klatce sąsiad w pidżamie zbierał gazetę, kiwnął mi tylko głową, bez słowa. Kiedy wracaliśmy, zauważyłem, że coś wystaje ze skrzynki na listy. Koperta. Otworzyłem, a w środku biały papier, niedbale złożony na pół. Wyjąłem go odruchowo. Na górze napisane: „Dla najlepszego dziadka na świecie.”

Poniżej był rysunek. Serduszko, dom z kominem i postać z laską – to pewnie ja – obok pies z łatką na oku. W rogu małe literki: „Ola” Usiadłem na schodku. Poczułem, że coś się we mnie łamie. Nie dramatycznie, nie głośno. Po cichu, jak gałązka pod butem. To był tylko mały, spóźniony rysunek. Ale to znaczyło, że nie zapomnieli. Wszedłem do domu. Pies patrzył na mnie, jakbym miał mu coś do powiedzenia. Spojrzałem na zdjęcie Zośki stojące na starym kredensie.

– Zobacz, Zośka. Pamiętali. Może nie wszyscy. Ale chociaż jedna.

Pies zaszczekał cicho. Albo potwierdzał, albo się cieszył. Wtedy się uśmiechnąłem. Pierwszy raz od dawna. Uśmiech nie był szeroki. Ale był prawdziwy.

Edward, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama