Reklama

Dzień Singla zawsze traktowałam jak żart, pretekst do ironicznych memów i spokojnego wieczoru w domu. Miałam zaparzyć herbatę i obejrzeć coś lekkiego, gdy zadzwonił telefon. Na ekranie pojawiło się imię mamy. Odebrałam bez wahania, jeszcze nie wiedząc, że jeden niewinny żart wystarczy, by zniszczyć cały mój spokój.

Dzień Singla i ulubiony temat mamy

– No popatrz, Karolinka – zaśmiała się mama do słuchawki. – Dzień Singla. Wreszcie mamy wspólne święto.

Uśmiechnęłam się odruchowo, chociaż w środku coś mi się lekko spięło. Znałam ten ton. Zbyt lekki, zbyt wesoły. Taki, pod którym zawsze kryło się coś jeszcze.

– Ty przynajmniej masz kota – dodała szybko. – Ja nawet tego nie mam.

– Mamo, przecież wczoraj była u ciebie Monika z dziećmi – odpowiedziałam, opierając się o kuchenny blat. – Cisza u ciebie długo nie trwa.

Zapadła krótka pauza. W słuchawce usłyszałam cichy oddech, jakby zastanawiała się, w którą stronę poprowadzić rozmowę. Już wtedy wiedziałam, że żart był tylko wstępem.

– No tak… ale wiesz, dzieci to dzieci. Wracają do swojego domu – powiedziała ciszej. – A ty? Ty zawsze sama. Nie nudzi ci się tak?

To „zawsze” uderzyło mnie mocniej, niż chciałam przyznać. Przeszłam kilka kroków po mieszkaniu, spojrzałam na zapalone lampki w oknie, na porządek, który lubiłam, na przestrzeń, którą sama sobie stworzyłam.

Nie, mamo. Nie nudzi mi się – odpowiedziałam spokojnie, choć poczułam, że zaciskam palce na telefonie. – Lubię swoje życie.

– Ja tylko pytam – westchnęła. – Wiesz, martwię się. Człowiek tak sam… to chyba jednak nie jest na stałe, prawda?

I wtedy dotarło do mnie, że w jej pytaniu nie było ciekawości. Był lęk. Jej lęk, ubrany w troskę o mnie. W jej świecie „na chwilę” było czymś naturalnym, ale „na stałe” już nie miało prawa istnieć. Jakby moje mieszkanie, praca, codzienność były tylko poczekalnią.

– To nie jest przejściowe – powiedziałam wolniej. – To jest moje życie.

Znów cisza. Tym razem cięższa. Zrozumiałam, że żart o Dniu Singla wcale nie dotyczył święta. Dotyczył tego, że w jej oczach wciąż czekam na coś „prawdziwego”, a to, co mam teraz, jest tylko wersją roboczą mnie samej.

Bolały mnie jej porównania

– Wiesz… – mama odezwała się znowu, jakby bała się, że rozmowa się urwie. – Monika to ma teraz pełne ręce roboty. Dzieci chore, mąż w pracy do późna. Ale przynajmniej nie jest sama.

Słowo „przynajmniej” zawisło między nami. Przysiadłam na krześle przy stole, tym samym, przy którym jadłam kolację każdego wieczoru. Sama. I nigdy wcześniej nie uważałam tego za problem.

Monika wybrała takie życie – odpowiedziałam. – I dobrze, jeśli jest szczęśliwa.

– No właśnie – podchwyciła mama szybko. – A ty? Praca, mieszkanie… to wszystko fajne, Karolina, ale to nie jest rodzina.

Poczułam znajome ukłucie w żołądku. Ile razy słyszałam tę samą konstrukcję zdania, tylko z innymi dodatkami? „Fajne, ale…”, „ważne, ale…”, „na teraz wystarczy, ale…”. Zawsze było jakieś „ale”, które unieważniało wszystko, z czego byłam dumna.

– Mamo, to, że nie mam męża i dzieci, nie znaczy, że jestem niekompletna – powiedziałam ostrzej, niż planowałam.

– Ja tak nie mówię – zaprotestowała natychmiast. – Po prostu… Monika ma już poukładane. A ty wciąż jakbyś szukała.

Przymknęłam oczy. Przed oczami stanął mi obraz z ostatnich świąt. Siedziałam na kanapie, kiedy mama poprawiała obrus i mimochodem rzuciła: „No, Karolina to jeszcze ma czas”. Jeszcze. Jakby moje życie było w trybie roboczym, a właściwa wersja miała się dopiero pojawić.

– Nie szukam – powiedziałam cicho. – Ja żyję.

W słuchawce usłyszałam lekkie westchnienie. Wiedziałam, że dla niej to brzmiało jak wymówka. Duma z własnej niezależności mieszała się we mnie ze wstydem, którego nie potrafiłam wytłumaczyć. Wstydem, który nie był mój, a który nosiłam od lat, jakby ktoś mi go włożył do kieszeni i kazał pilnować.

Michał jako zamknięty rozdział

A Michał? – zapytała nagle mama, jakby to imię samo wypłynęło jej na język. – Czasem myślę, że wtedy za szybko odpuściłaś.

Zamarłam. Minęły lata, a ona wciąż potrafiła wyciągnąć to jedno słowo, które natychmiast zmieniało temperaturę rozmowy. Oparłam głowę o oparcie krzesła i spojrzałam w sufit, jakbym tam mogła znaleźć odpowiedź.

– Mamo, to było dawno – powiedziałam powoli. – Każde z nas chciało czegoś innego.

– On był porządny – ciągnęła, nie słuchając. – Stabilny. Myślał o przyszłości. Teraz miałabyś już wszystko poukładane.

„Wszystko” – to słowo wróciło jak echo. Przypomniałam sobie wieczór, w którym siedzieliśmy z Michałem naprzeciwko siebie, milczący, obcy. On mówił o planach, które mnie nie obejmowały, ja o sobie, której on nie rozumiał. To nie była tragedia, raczej ciche rozminięcie się w pół drogi.

– Nie byłam wtedy szczęśliwa – odpowiedziałam. – I nie byłabym teraz, gdybyśmy zostali razem tylko po to, żeby było „jak trzeba”.

Mama prychnęła cicho.

– Czasem trzeba iść na kompromisy.

– A czasem trzeba odejść – odparłam, zanim zdążyłam się zastanowić.

Zapadła cisza. Wiedziałam, że w jej oczach ta relacja była zmarnowaną szansą, dowodem na moją rzekomą nieumiejętność wyboru. Dla mnie była decyzją, która uratowała mnie przed życiem nie swoim życiem.

– Ty zawsze wszystko analizujesz – powiedziała w końcu. – A życie ucieka.

Zacisnęłam usta. Nie żałowałam Michała. Żałowałam tylko tego, że wciąż musiałam się tłumaczyć z rozdziału, który dawno zamknęłam, a który ona wciąż trzymała uchylony, jakby liczyła, że jeszcze da się do niego wrócić.

Nie mogę żyć po to, żeby mama się nie bała

– Wiesz, jak tu jest wieczorami? – odezwała się mama po dłuższej chwili. Jej głos był inny. Mniej napięty, bardziej zmęczony. – Cisza taka, że aż dzwoni w uszach. Odkładam pilot, gaszę światło i nagle nie mam do kogo powiedzieć ani słowa.

Przeszły mnie ciarki. Do tej pory byłam tarczą, teraz nagle zobaczyłam, że ona też nią była – tylko znacznie cieńszą.

– Sąsiedzi wracają do swoich mieszkań, ktoś trzaska drzwiami, ktoś się śmieje – ciągnęła. – A ja siedzę i myślę, że tak już będzie. Coraz ciszej, coraz mniej.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W głowie pojawił się obraz jej kuchni, tego samego stołu, przy którym kiedyś jadłyśmy razem kolacje. Teraz pewnie siadała przy nim sama, tak jak ja u siebie. Tylko że moja samotność była wyborem, a jej – stratą, z którą nigdy do końca się nie pogodziła.

– Mamo… – zaczęłam, ale głos mi się załamał.

Ja nie chcę, żebyś ty tak skończyła – powiedziała szybko. – Żebyś kiedyś została sama i miała do siebie pretensje.

I wtedy zrozumiałam. To nie ja była problemem. Problemem był jej strach, który próbowała oddać mi w depozyt. Jakby wierzyła, że jeśli wezmę na siebie jej lęk, to jej samej będzie lżej.

Poczułam ciężar odpowiedzialności, którego nigdy świadomie nie przyjęłam, a który nosiłam od lat. Byłam córką, wsparciem, czasem substytutem nieobecnej bliskości. Tylko że nikt mnie nie zapytał, czy chcę pełnić tę rolę kosztem siebie.

– Nie mogę żyć po to, żebyś się nie bała – powiedziałam w końcu cicho, bardziej do siebie niż do niej.

W słuchawce zapadła cisza. Wiedziałam, że to zdanie coś zmieniło. Nawet jeśli jeszcze nie teraz.

Nie wszystkich zadowolę

Pożegnałyśmy się krótko. Mama powiedziała, żebym się nie przemęczała, ja zapytałam, czy zamknęła drzwi na noc. Głos miałyśmy spokojne, jakby nic ważnego się nie wydarzyło. A jednak kiedy odłożyłam telefon, poczułam, że coś się domknęło.

Usiadłam na kanapie i przez chwilę patrzyłam w ciemne okno. W mieszkaniu panowała cisza, ta sama, która jeszcze godzinę wcześniej była dla mnie neutralna, a teraz stała się wyraźna, namacalna. Nie była jednak wroga. Była moja.

Zrozumiałam, że przez lata próbowałam udowodnić, że moje życie jest „wystarczające”. Praca, wybory, relacje. Jakby ktoś miał prawo wystawić mi ocenę. Tymczasem dorosłość nie polegała na spełnianiu cudzych wyobrażeń, tylko na zgodzie na to, że nie wszystkich uspokoję.

Mama pewnie jeszcze zadzwoni. Być może znów zażartuje, znów zapyta, znów porówna. Ale ja już wiedziałam, że jej strach nie jest moim zadaniem do naprawienia. Mogę być córką, mogę być blisko, ale nie kosztem siebie.

Karolina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama