Reklama

Ona gotowała, dbała o dom, interesowała się moim samopoczuciem i nawet znosiła moje humory po ciężkim dniu w pracy. Czasem wręcz czułem się winny, że to wszystko dostaję tak po prostu. Zakochałem się po uszy i nie widziałem świata poza nią. Gdy się pobraliśmy, myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Aż do dnia, gdy zacząłem łączyć fakty.

Kobieta idealna

Weronika pojawiła się w moim życiu jak nagroda za wszystkie wcześniejsze rozczarowania. Spotkaliśmy się na wieczorze u wspólnych znajomych, kiedy byłem świeżo po nieudanym związku. Od razu rzuciła mi się w oczy – nie tylko przez wygląd, choć przyznam, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była ciepła, elokwentna, uważna. Kiedy mówiłem, naprawdę słuchała. Żadne sztuczne uśmiechy, żadnego zerkania na telefon. Miałem wrażenie, że to ja jestem dla niej najważniejszym człowiekiem w pokoju.

Po tygodniu zaprosiła mnie do siebie. Pachniało ciastem marchewkowym, wszędzie panował porządek, a w tle cicho grała muzyka klasyczna. To nie był przypadek – wcześniej wspomniałem, że ją lubię. Miała wszystko przemyślane. I wtedy poczułem to po raz pierwszy – że ktoś naprawdę się o mnie troszczy.

– Wiesz, zawsze marzyłam o takim spokojnym mężczyźnie jak ty – powiedziała, podając mi herbatę.

Uśmiechnąłem się szeroko. Po raz pierwszy od dawna poczułem się „wystarczający”. Weronika wypełniła jakąś pustkę, której nawet nie umiałem nazwać. Szybko zamieszkaliśmy razem. Każdego dnia utwierdzałem się w przekonaniu, że znalazłem skarb, którego nie wolno mi zmarnować.

Drobne niedociągnięcia

Na początku wszystko układało się jak w bajce. Weronika wstawała przede mną, szykowała śniadanie, prasowała moje koszule, a kiedy wracałem z pracy – czekał na mnie ciepły obiad i świeżo posprzątane mieszkanie. Czasem aż sam siebie pytałem, czym sobie na to zasłużyłem. Przecież nie byłem jakimś książęciem z bajki. Bywałem zmęczony, małomówny, a ona i tak trwała przy mnie jak skała. Nigdy nie narzekała, nie wymuszała czułości, wszystko robiła z uśmiechem.

Z czasem jednak zacząłem dostrzegać drobiazgi, które mnie dziwiły. Kiedy wychodziliśmy gdzieś razem, Weronika zawsze potrzebowała kilku godzin na przygotowania – dobór stroju, fryzura, makijaż. Dziwiło mnie, że nawet na szybkie wyjście do sklepu potrafiła ubierać się jak na pokaz mody. Nie pozwalała mi sprzątać, nawet naczyń po sobie nie mogłem zmyć.

– Zostaw, ja zrobię lepiej – mówiła zawsze z łagodnym uśmiechem.

Początkowo odbierałem to jako troskę. Cieszyło mnie, że ktoś tak się mną zajmuje. Jednak po czasie zrozumiałem, że nie chodziło o mnie, a o kontrolę. Wszystko musiało być po jej myśli. Gdy raz przestawiłem kubki w szafce, następnego dnia znów były na swoim miejscu, a ona udawała, że nic się nie stało.

Teatr jednego aktora

Z zewnątrz wyglądaliśmy na idealne małżeństwo. Znajomi nam zazdrościli – mówiło się, że Weronika to „żona marzenie”. Uśmiechnięta, elegancka, zawsze zorganizowana. Jednak za zamkniętymi drzwiami nasz związek zaczął przypominać teatr jednego aktora. Jej. Coraz częściej miałem wrażenie, że moją rolą w tym małżeństwie jest statystowanie. Decyzje podejmowała sama. Nawet zakupy były z góry zaplanowane, a jak raz przyniosłem inne masło, usłyszałem:

– Kochanie, przecież mówiłam, że tylko to z niebieską etykietą. Nie zauważyłeś?

Zbagatelizowałem to. Przecież to drobiazg, ale tych drobiazgów przybywało. Zaczęła komentować, jak się ubieram, z kim się spotykam, a nawet ile czasu spędzam w łazience. Kiedy wracałem później z pracy, choćby o dziesięć minut, miała już gotowe pytania. Nie krzyczała. Weronika nie była typem awanturniczki. Raczej patrzyła z tym chłodnym spokojem, który bardziej ciął niż słowa.

– Wszystko dobrze? – pytała, ale w jej oczach widziałem, że doskonale wie, że coś „zrobiłem nie tak”.

Coraz częściej czułem się nie jak mąż, a jak projekt, który ktoś próbuje ulepić po swojemu. Tylko że ja nie chciałem już być plasteliną.

Miłość czy obowiązek

Z czasem zaczęło mi się ukazywać, że Weronika nie kocha mnie tak, jak myślałem. Każde jej działanie było perfekcyjne, dopieszczone, ale bez ciepła, które pamiętałem z pierwszych miesięcy. Byłem przekonany, że troszczy się o mnie z miłości, a teraz coraz częściej czułem, że robi to z obowiązku. Zaczynało mnie to dusić, bo przecież sam chciałem być kimś ważnym, a nie tylko obserwatorem własnego życia. Zdarzało się, że pytałem o drobne sprawy, ale odpowiedzi były zawsze chłodne i precyzyjne. Niezależnie od tonu, czułem dystans.

– Czy naprawdę trzeba wszystko robić tak perfekcyjnie? – zapytałem raz, podczas obiadu.

– Wiesz, ja tak po prostu lubię – odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy.

Nie było w tym słowa „dla ciebie”, tylko „bo tak jest najlepiej”. Pojawiło się poczucie samotności w związku, którego nigdy nie doświadczyłem. Zacząłem zastanawiać się, czy to jeszcze miłość, czy raczej przyzwyczajenie, rutyna, codzienny obowiązek. Każde moje niedopatrzenie, każda chwila nieuwagi spotykała się z lekkim, ledwo zauważalnym, acz ostrym komentarzem.

Nie potrafiłem się już odprężyć w jej obecności, bo nawet najmniejszy gest mógł zostać odczytany jako niedbalstwo. Poczucie, że jestem oceniany, rosło z każdym dniem, a ja nie wiedziałem, jak z tym walczyć. Chciałem porozmawiać o tym szczerze, ale za każdym razem milczałem, bo bałem się, że ona odrzuci prawdę, a ja zostanę sam z własnymi wątpliwościami.

Układ, nie uczucie

Z czasem stało się jasne, że nasze małżeństwo przestało być tym, czym wydawało mi się na początku. Weronika nie okazywała już spontanicznej czułości ani troski. Wszystko, co robiła, było przemyślane, jakby ktoś zaprogramował jej gesty i słowa. Zrozumiałem, że żyję w układzie, a nie w związku pełnym miłości. Codzienna rutyna i perfekcyjny porządek przykrywały brak prawdziwej bliskości. Czułem się jak partner w kontrakcie, a nie mąż. Każde moje słowo i ruch były oceniane, a ja starałem się nie popełniać błędów.

– Czy u nas wszystko gra? – spytałem któregoś wieczoru.

– Oczywiście, wszystko jest w porządku – odparła spokojnie, bez żadnych emocji.

Słyszałem to, ale nie czułem. Przestałem liczyć na gesty spontaniczne i słowa prawdziwego uczucia. Nawet nasze rozmowy były wyreżyserowane – mówiła to, co chciała, abym usłyszał, a ja robiłem to samo. Czułem pustkę między nami, która rosła z każdym dniem. W środku wiedziałem, że muszę podjąć decyzję, choć serce buntowało się przed nią.

Wiedziałem, że ten układ, który kiedyś wydawał się błogosławieństwem, teraz mnie więził. Każde spojrzenie w lustro przypominało mi, że straciłem coś cennego – bliskość, szczerość i prawdziwą miłość. Zostało tylko życie według zasad, które nie były moje.

Zrozumiałem, że już niczego nie naprawię

W końcu nadszedł moment, kiedy nie mogłem już dłużej udawać. Prawda o naszym małżeństwie była bolesna, ale nieunikniona. Weronika nie kochała mnie tak, jak sądziłem. Jej gesty troski były starannie wyreżyserowane, jej uśmiech precyzyjnie wymierzony. Wszystko, co wydawało mi się dowodem uczucia, było częścią układu, w którym ja byłem pionkiem.

Rozmawialiśmy tej nocy długo, choć ona nadal zachowywała spokój, który zawsze mnie peszył. Powiedziałem, czego potrzebuję – szczerości, prawdziwej bliskości, nie perfekcyjnego przedstawienia. Słuchała, ale w jej oczach widziałem brak emocji. Wtedy zrozumiałem, że już niczego nie naprawię. Każde nasze wspólne dni były teraz tylko formalnością, a ja musiałem podjąć decyzję o własnym szczęściu.

– Może lepiej będzie, jeśli sobie pójdę – powiedziałem cicho.

– Jeśli tak czujesz… – odparła, bez wyrzutów.

Nie było dramatów, nie było krzyków. Tylko pustka, która mówiła więcej niż słowa. W tej pustce znalazłem początek własnej wolności. Wiedziałem, że droga przede mną będzie trudna, ale w końcu będę żył dla siebie, a nie dla perfekcyjnej fasady, która kiedyś udawała miłość.

Grzegorz, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama