„Mam 40 lat i zostałam babcią. Córka swoją ciążą zrujnowała mi życie, na które pracowałam latami”
„Nigdy jej tego nie powiedziałam, ale dziś... kiedy już nie musi mi niczego wybaczać, mogę to przyznać: nie byłam gotowa. A teraz ona powtarza moją historię. Gdy mi powiedziała, zamarłam. Nie z radości. Nie z troski. Z czystego, egoistycznego lęku. Co z moim życiem? Z moją wolnością? Z moją młodością?”.

- Redakcja
W mediach społecznościowych mam czterdzieści tysięcy obserwujących. To sporo jak na kobietę w moim wieku, ale bądźmy szczerzy – nie wyglądam na czterdzieści lat. Na zdjęciach z Marrakeszu mam top na jedno ramię, turban i bąbelki w kieliszku. W podpisie: „Zachód słońca to moje ulubione tło. #freedom #selflove”. W relacjach: poranny pilates, tofu z awokado, joga na dachu riadu. To jest moje życie. Moje teraz. Nie muszę nikomu tłumaczyć, dlaczego znikam na tydzień do Barcelony albo czemu weekendy spędzam w Alpach z zespołem, który nazywam „moją digitalową rodziną”.
Mam swoje pieniądze. Swoje mieszkanie. Swój rytm. Długo na to pracowałam – żeby nie musieć nikomu niczego wyjaśniać. Zwłaszcza córce. Klara, moja Klara… przyszła na świat, kiedy ja jeszcze sama nie byłam kobietą. Miałam dwadzieścia jeden lat i wrażenie, że coś mi zabrano. Własne życie, beztroskę, przestrzeń. Nigdy jej tego nie powiedziałam, ale dziś... kiedy już nie musi mi niczego wybaczać, mogę to przyznać: nie byłam gotowa.
Zrobiłam, co mogłam. Kupiłam podręczniki, chodziłam na zebrania, przyprowadzałam na balet, ale zawsze z telefonem w ręku, z głową gdzie indziej – gdzieś w przyszłości, którą miało mi jeszcze dać życie. I dało. Dopiero teraz, po czterdziestce, czuję, że jestem. Piękna. Silna. Wyemancypowana. Nie zamierzam wracać do pieluch. Nie teraz. Jeszcze nie.
Jednak Klara powiedziała mi, że jest w ciąży. Było lato, duszne i ciche. Siedziałyśmy na moim balkonie, a ona wzięła moją rękę i powiedziała szeptem:
– Mamo… jestem w ciąży.
Poczułam, jakby mi ktoś wcisnął pauzę w środku biegu. Zamarłam. Nie z radości. Nie z troski. Z czystego, egoistycznego lęku: a co z moim życiem? Z moją wolnością? Z moją młodością?
Nie powiedziałam nic. Nie zapytałam o ojca dziecka. Nie pogratulowałam. Tylko nalałam sobie więcej. I przez całą noc patrzyłam w ekran telefonu, scrollując relacje kobiet, które nie zostają babciami w wieku czterdziestu lat.
„Nie mów do mnie babciu”
Wszystko miało być normalnie. Obiad rodzinny, niedziela, rosół, pieczone ziemniaki. Klara przyjechała z małym, jak zwykle spóźniona, z torbą na ramieniu i butelką soku w dłoni. Michaś już potrafił chodzić, ale tego dnia wyjątkowo chciał być noszony. Prawie cały czas spędził na jej biodrze. Patrzyłam, jak rozmawia z ciotkami, jak śmieje się z ich komentarzy, jak z wdziękiem dziękuje za komplementy o „uroczym maluszku”. Zupełnie jakby była kobietą, nie dzieckiem, które jeszcze rok temu nie wiedziało, czego chce od życia.
Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy sernik. Michaś siedział na kolanach Klary i bawił się jej naszyjnikiem. W pewnym momencie spojrzał w moją stronę, wyciągnął rączkę i powiedział coś między pomrukiem a zlepkiem sylab:
– Baba...
Zamarłam. Rozmowy przy stole nie ucichły od razu, ale ja już ich nie słyszałam. Usłyszałam tylko ten jeden dźwięk. Ciotka Ela klasnęła w dłonie.
– No proszę! Powiedział „baba”! Ale słodko! To do ciebie, Anka!
Klara spojrzała na mnie z uśmiechem. Dumna. Taka matka, jakiej ja nigdy nie potrafiłam być. Wzięłam serwetkę, starannie wytarłam usta, odłożyłam sztućce. Wstałam.
– Nie jestem babcią – powiedziałam zimno, patrząc prosto przed siebie. I wyszłam z pokoju.
Za plecami słyszałam szmery. Nikt mnie nie zatrzymał. Przeszłam przez korytarz, wzięłam płaszcz i wyszłam bez słowa. Na ulicy zapaliłam papierosa, chociaż rzuciłam pół roku wcześniej. Wieczorem Klara zadzwoniła. Odrzuciłam pierwszy raz. Przy drugim odebrałam.
– Czemu nie możesz po prostu zaakceptować, że to twoja rola? – zapytała.
– Bo nie jestem gotowa. Mam czterdzieści lat. Nie jestem stara. Mam życie.
– Naprawdę sądzisz, że to życie jest ważniejsze od ludzi? Od rodziny?
– Uważam, że mam prawo być sobą. Nie będę grać w cudzą wersję mnie.
– Michaś cię kocha – powiedziała cicho.
Nie odpowiedziałam. Tamtego wieczoru długo siedziałam na balkonie. Przypomniałam sobie, jak Klara miała trzy lata i bała się spać sama. Jak wchodziła do mojego łóżka i tuliła się do mnie bez słowa. A ja w tamtym czasie głównie próbowałam odpisać na maile. Teraz to ona była w centrum uwagi. Z dzieckiem, z planami, z rodziną, która ją uwielbiała. Patrzyli na nią z podziwem. Na mnie nikt tak nie patrzył od lat.
„Zrujnowałaś mi życie”
Napisałam tego SMS-a z pełną świadomością, co robię. „Zrujnowałaś mi życie”. Bez żadnych emotikonów, bez przecinka, bez ozdobników. I wysłałam. Przez chwilę patrzyłam na ekran, czekając, aż pojawi się bąbelek z trzema kropkami. Nic. Godzina, dwie, nadal cisza. Wyłączyłam telefon, bo nie mogłam znieść tej pustej, milczącej odpowiedzi.
Następnego dnia próbowałam zadzwonić. Nie odebrała. Napisałam tylko: „Musimy porozmawiać”. Odpowiedzi nie było. Nie potrafiłam skupić się na pracy, na żadnym projekcie. Przesiedziałam godzinę w pustej salce konferencyjnej, udając, że prowadzę spotkanie online. Patrzyłam w czarne odbicie ekranu i mówiłam do siebie.
Widziałam ją przypadkiem tydzień później. Wracała od matki mojej przyjaciółki – staruszki, do której czasem zaglądała z Michasiem. Szła chodnikiem, dziecko spało jej w nosidle, a ona coś mruczała pod nosem, może śpiewała. Zatrzymałam się obok, nagle, bez planu.
– Klara – powiedziałam stanowczo. Odwróciła się. Spojrzała na mnie, jakby nie wiedziała, kim jestem.
– Nie możesz mnie tak odcinać. Jestem twoją matką.
– Nie. Ty jesteś kobietą z internetu. Matka została gdzieś, gdy miałam trzynaście lat.
– Nie wiedziałam, że muszę wybierać między sobą a twoim dzieckiem – warknęłam.
– Nie musiałaś. Sama to zrobiłaś – odpowiedziała beznamiętnie i ruszyła dalej, nie oglądając się.
Stałam na tym chodniku, z torebką zsuniętą z ramienia, jak idiotka. Czułam na sobie spojrzenia przechodniów, ale nie obchodziło mnie to. Nie miałam w sobie nawet siły, żeby się zezłościć. Byłam zmęczona. I cholernie samotna.
Wróciłam do mieszkania i zrozumiałam, że w tym wielkim świecie, który sobie zbudowałam, nie mam już nikogo. Wszyscy, których kiedyś uważałam za „bliskich”, istnieli tylko na czacie, w powiadomieniach, w uśmiechach spod filtrów. Nikt nie zadzwonił. Nikt nie zapytał, gdzie się podziewam. Nawet te czterdzieści tysięcy ludzi, którzy jeszcze tydzień temu oglądali moje stories'y z nowym serum do twarzy, byli tylko cyfrą. Bez znaczenia.
Może naprawdę nie umiem kochać. Może już wtedy, gdy Klara była mała, nie wiedziałam, jak to się robi. Wtedy wmawiałam sobie, że daję jej wszystko, bo ją karmię, ubieram, prowadzę za rękę. Jednak może ona potrzebowała czegoś innego. Kogoś innego. Chciałam tylko trochę przestrzeni. Trochę wolności. Ale to chyba za dużo, jak na kobietę, która została babcią w wieku czterdziestu lat.
Tylko ja tego nie chcę
Rodzinne spotkanie u ciotki Danuty. Pretekst: jej siedemdziesiąte urodziny, czyli tort z bitą śmietaną, ciasto drożdżowe i herbata w szklankach z koszyczkiem. Poszłam, bo nie chciałam, żeby ktoś mówił, że się odcinam. Wiedziałam, że i tak będą gadać, ale przynajmniej nikt nie powie, że nie przyszłam.
Klara była. Michaś też. Kręcił się między stołem a kuchnią, co chwila ktoś go podnosił, całował, szeptał coś rozczulonym głosem. Ja siedziałam pod oknem. Udawałam, że się uśmiecham, ale w środku czułam, jak z każdą minutą coś się we mnie zaciska. Widziałam spojrzenia. Ukryte uśmieszki. Szeptane zdania kończone wywróceniem oczami.
– Wiesz, Anka dalej udaje, że to nie jej wnuk – usłyszałam, gdy weszłam do kuchni po więcej lodu.
– A czemu miałaby się wstydzić? – odpowiedziała druga kobieta, nieświadoma mojej obecności.
– Może dlatego, że babcia z niej taka jak ja astronauta – dodała z uśmiechem, który zgasł, gdy zobaczyła mnie w drzwiach.
Nie odezwałam się. Wzięłam lód, zamknęłam lodówkę i wyszłam, nie odwracając się.
Potem kuzynka Paulina pokazała mi zdjęcie z ostatniego spaceru Klary. Michaś siedział w wózku, a ja stałam obok. Zrobione ukradkiem. Podpis: „Z babcią Anką na bulwarach”.
– Urocze, prawda? – powiedziała Paulina, uśmiechając się szeroko.
– Skasuj to. Natychmiast – powiedziałam, zimno, bez cienia uśmiechu.
– Anka, bez przesady, przecież to tylko zdjęcie...
– Powiedziałam: skasuj.
Spojrzała na mnie z zakłopotaniem, a potem bez słowa kliknęła kilka razy i podała mi ekran z pustym albumem. Odeszłam, nie czekając na komentarz.
Przy stole ciotka zaczęła wspominać, jak to kiedyś ja byłam najmłodsza w rodzinie, oczko w głowie. Jak śpiewałam na rodzinnych spotkaniach, jak się we mnie wszyscy zakochiwali. I teraz, cytuję, „moja mała Anka ma już wnuka, jak ten czas leci”. Zamknęłam oczy. Policzyłam do dziesięciu. Potem do dwudziestu. Otworzyłam oczy i spojrzałam na Klarę. Patrzyła na mnie. Nie z pogardą, nie z gniewem. Z jakąś trudną do zniesienia rezygnacją.
Wiedzieli wszyscy. Tylko ja wciąż próbowałam udawać, że to nieprawda. Że da się to jakoś obejść. Że wystarczy inny kąt kadru, inny filtr, inne słowo. Ale to już nie był kadr. To było życie. I nie chciało się podporządkować.
Sięgnęłam po stary album
Tamtego wieczoru zostałam sama. Zostawiłam to całe rodzinne zamieszanie za sobą – ciotki, komentarze, udawane uśmiechy. Wróciłam do mieszkania, zdjęłam buty i przez chwilę po prostu siedziałam na podłodze, oparta plecami o drzwi. Cisza była gęsta, jakby cały świat wstrzymał oddech.
Usiadłam na kanapie, włączyłam lampkę i sięgnęłam po stary album. Nie zaglądałam do niego od lat. Zakurzone zdjęcia, powykrzywiane rogi, resztki dziecięcych rysunków włożone między strony. Klara w różowej sukience na trzecie urodziny. Klara w pierwszej klasie, z plecakiem większym od siebie. Klara na komunii, z białym wianuszkiem, patrząca w obiektyw poważnie, jakby już wtedy wiedziała więcej, niż powinna.
Zaczęłam przypominać sobie, jak to wtedy było. Kiedy miała kolki, a ja stałam z nią po nocach, kołysząc ją jedną ręką, a drugą odpisując na maile. Jak płakała w łazience po powrocie ze szkoły, a ja mówiłam: „Przestań, są gorsze rzeczy na świecie”. Jak wracała z imprez, a ja nie czekałam z herbatą, tylko spałam, zmęczona po spotkaniu z klientem.
Może byłam zbyt zajęta sobą. Może byłam zbyt młoda. A może po prostu zbyt obojętna. Zaczęłam pisać do niej wiadomość. Długą, pokręconą, pełną tłumaczeń, wyjaśnień, próśb. Skasowałam ją. Napisałam drugą, krótszą. „Chciałam być lepsza niż moja matka. Chyba nie wyszło”.
Zostawiłam telefon na stole. Spróbowałam zadzwonić. „Połączenie niemożliwe – numer zablokowany”. Przeszłam do sypialni i położyłam się ubrana. Nie chciało mi się zmywać makijażu. Tamtej nocy śniła mi się Klara. Miała znów sześć lat i pytała: „Mamusiu, pobawisz się ze mną?” A ja odpowiadałam: „Za chwilę, kochanie. Za chwilę”. Tylko że ta chwila nigdy nie nadeszła.
Kadr, którego nie udostępnię
Stałam w zaparkowanym aucie po drugiej stronie ulicy. Przypadkiem usłyszałam od znajomej, że Klara mieszka teraz niedaleko parku, więc przyjechałam. Bez planu, bez zapowiedzi. Po prostu chciałam zobaczyć ich z daleka, z bezpiecznego miejsca, jak ktoś obcy.
Pogoda była idealna: chłodne powietrze, ale słońce grzało przez szybę. Michaś miał na sobie błękitną kurtkę i pomarańczową czapkę z pomponem. Klara trzymała go za rękę, ale co chwilę puszczała, by mógł podbiec kilka kroków, po czym wracał do niej, łapiąc się jej spodni, jakby sprawdzał, czy wciąż tam jest.
W pewnym momencie się potknął. Nie płakał. Wstał, otrzepał rękaw i pobiegł dalej, a Klara śmiała się tak, jak nie słyszałam od lat. Potem usiadła na ławce, Michaś wdrapał się na jej kolana i wtulił się w nią jak mały kociak. Gładziła go po plecach, mówiła coś cicho, a on wpatrywał się w nią z takim spokojem, z jakim dzieci patrzą tylko na matki, które naprawdę są z nimi.
Wyciągnęłam telefon. Zrobiłam zdjęcie. Patrzyłam na ten kadr. Był idealny. Światło, emocje, prawdziwość. Kadr, który w sieci zdobyłby setki serduszek. Ale nie mogłam go wrzucić. Nawet nie próbowałam. To było najpiękniejsze, co widziałam od miesięcy. I jedyne, czego nie potrafiłam udostępnić.
Odłożyłam telefon. Nie wysiadłam z auta. Nie podeszłam. Nie powiedziałam „cześć”. Siedziałam tylko, z dłonią na kierownicy, jakby miała mi dać jakąkolwiek kontrolę nad tym, co się wydarzyło. Czułam coś dziwnego. Nie wzruszenie. Nie czułość. Coś bliższego tęsknocie. Nie do Klary. Do siebie samej. Do tej kobiety, którą mogłam być, ale którą przegapiłam.
Anka, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Płakałem jak dziecko, gdy babcia zmarła przed Dniem Babci. Gdybym wiedział, co dla nas szykuje, nie wylałbym ani 1 łzy”
- „Dzień Dziadka był dla mnie przykrym obowiązkiem. Wszystko się zmieniło, gdy przyszli z prośbą o błogosławieństwo”
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”