Reklama

Mam dom, który wygląda jak z katalogu, i żonę, której zazdroszczą mi koledzy. A kiedy zapada zmrok i potrzebuję czegoś, co sprawi, że krew zacznie szybciej krążyć w żyłach, nie muszę szukać daleko. Wystarczy, że odwiedzę jej siostrę. Jestem egoistą? Być może. Ale czy nie każdy pragnie tylko jednego – być szczęśliwym za wszelką cenę?

Perfekcyjna fasada, którą budowałem latami

Budzik dzwoni o szóstej rano. Zanim jeszcze otworzę oczy, czuję zapach świeżo parzonej kawy. To Ewa. Moja Ewa. Kobieta instytucja, strażniczka domowego ogniska, osoba, która sprawia, że moje życie jest proste, wygodne i przerażająco przewidywalne. Wstaję, wkładam wyprasowaną przez nią koszulę, zjadam śniadanie, które zawsze składa się z tego samego zestawu witamin i białka.

Patrzę na nią, gdy krząta się po kuchni. Jest piękna, w ten spokojny, nienachalny sposób. Ma trzydzieści dwa lata, a wygląda, jakby czas się dla niej zatrzymał w dniu naszego ślubu. Dba o siebie, dba o dom, dba o mnie. Kiedy wychodzę do pracy, całuje mnie w policzek i życzy miłego dnia. To jest ten moment, kiedy czuję się bezpiecznie. Wiem, że cokolwiek by się nie działo na giełdzie, w firmie czy na świecie, tutaj zawsze będzie czysto, cicho i spokojnie.

Ale spokój to zdradliwy przyjaciel. Z czasem zaczyna smakować mdło. A ja jestem człowiekiem sukcesu. Zbudowałem firmę od zera, zatrudniam pięćdziesiąt osób, obracam kwotami, o których moi rodzice bali się nawet marzyć. Sukces uzależnia. Wymaga ciągłego pobudzenia. Kiedy wracam do domu po dwunastu godzinach walki z rynkiem, potrzebuję czegoś więcej niż tylko pytania: „Jak minął dzień, kochanie?” i talerza pomidorowej.

Przez pierwsze trzy lata małżeństwa łudziłem się, że spokój mi wystarczy. Że Ewa, z jej łagodnością i oddaniem, wypełni każdą lukę w mojej duszy. Myliłem się. Zaczęło mi brakować powietrza. Czułem się jak tygrys zamknięty w klatce wyłożonej pluszem. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, w moim życiu na nowo pojawiła się Kinga.

To nie był grom z jasnego nieba

Kinga to całkowite przeciwieństwo Ewy, mimo że są siostrami. Ewa jest blondynką o niebieskich oczach, Kinga to szatynka z tym rodzajem spojrzenia, które oznacza kłopoty. Młodsza o cztery lata, zawsze była tą „czarną owcą”. Nieukończone studia, głośne rozstania, odważne ubrania, spontaniczne wyjazdy na drugi koniec świata. Ewa zawsze się o nią martwiła, matkowała jej. A ja? Ja zawsze traktowałem ją z lekkim dystansem, jak kogoś niepoważnego.

Wszystko zmieniło się podczas jednej z tych rodzinnych imprez, których szczerze nienawidzę. Imieniny teścia. Siedziałem przy stole, mechanicznie przeżuwając sernik i przytakując na polityczne wywody wujka Staszka. Ewa biegała między kuchnią a salonem, donosząc kolejne półmiski. Była tak zajęta byciem idealną gospodynią, że nawet na mnie nie patrzyła.

Wtedy wyszedłem na taras zapalić, choć oficjalnie nie palę od lat. Kinga już tam była. Stała oparta o balustradę i patrzyła w mrok ogrodu.

Też masz dość tego teatrzyku? – zapytała, nie odwracając głowy.

– Po prostu potrzebuję powietrza – mruknąłem, odpalając papierosa.

Odwróciła się gwałtownie. Jej oczy błyszczały w świetle lampy ogrodowej. Było w niej coś, co rezonowało z moim wewnętrznym napięciem.

– Ty zawsze byłeś dla niej za dobry, albo... za zły. Jeszcze nie zdecydowałam – powiedziała z tym swoim kpiącym uśmieszkiem.

– O czym ty mówisz?

– O Ewie. Ona cię kocha, jasne. Ale ona kocha też ten dom, twoje pieniądze i to poczucie bezpieczeństwa. A ty? Ty wyglądasz, jakbyś chciał to wszystko podpalić i patrzeć, jak płonie.

Zatkało mnie. Nikt nigdy nie przejrzał mnie tak głęboko w tak krótkim czasie. Zrobiliśmy krok w swoją stronę. Pamiętam zapach jej perfum – ciężki, korzenny, zupełnie inny niż kwiatowe nuty Ewy. To nie był długi dialog, to była wymiana energii. W głowach wtedy przekroczyliśmy granicę, zza której nie ma powrotu.

Układ idealny, czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko

Od tamtego wieczoru minęły dwa lata. Dwa lata życia w podwójnej rzeczywistości. I wiecie co? To najlepszy okres w moim życiu. Opracowałem system doskonały. Dla świata jestem wzorowym mężem. Ewa jest szczęśliwa. Kupuję jej prezenty bez okazji, zabieram na wakacje do Toskanii, chwalę jej kuchnię. Nigdy nie byłem dla niej tak dobry, jak teraz. Dlaczego? Bo nie mam wyrzutów sumienia. Mam poczucie, że dzięki temu, co robię na boku, mam więcej cierpliwości w domu. Paradoks? Nie dla mnie.

Kinga mieszka dwadzieścia minut drogi od nas, w kawalerce, którą pomogłem jej „dofinansować”. Oficjalnie pożyczyłem jej pieniądze na start nowej firmy, o której Ewa wie tyle, co nic. Wpadam do niej dwa, trzy razy w tygodniu. Czasami w porze lunchu, czasami wieczorem, pod pretekstem spotkań z kontrahentami czy siłowni.

U Kingi nie ma prasowania koszul. Nie ma rozmów o tym, co kupić na święta czy jaki kolor zasłon wybrać do sypialni. Tam są emocje, które pozwalają mi zrzucić maskę prezesa i idealnego męża. Kinga nie pyta, jak minął dzień. Ona wita mnie w progu i sprawia, że zapominam o całym świecie.

To właśnie Kinga daje mi ten zastrzyk adrenaliny, którego potrzebuję. Z Ewą jestem partnerem, opiekunem, filarem. Czy te dwie role się wykluczają? Moim zdaniem się uzupełniają. Ewa karmi moją potrzebę stabilizacji i prestiżu społecznego. Kinga karmi moje ego i moje pierwotne instynkty.

Rodzinne obiady jak pole minowe

Najbardziej fascynujące są niedziele. Tradycyjny obiad u nas albo u teściów. Siedzimy wszyscy przy jednym stole. Ewa nakłada mi rosół, uśmiechając się promiennie.

– Marek, dołóż sobie mięsa, tak dużo pracujesz – mówi z troską.

Naprzeciwko siedzi Kinga. Jedno słowo, jeden nieostrożny gest i mój świat ległby w gruzach. Ale to właśnie to ryzyko sprawia, że czuję się jak wyjątkowo. Patrzę na teścia, który opowiada o swoim nowym samochodzie, na teściową zachwycającą się sernikiem Ewy, i myślę sobie: „Nie macie pojęcia”.

Czasami Kinga prowokuje.

– Marek, a pamiętasz, jak ostatnio rozmawialiśmy o tej wystawie? – rzuca nagle przy deserze, patrząc mi prosto w oczy.

Ewa podnosi wzrok znad talerza.

– O jakiej wystawie? Nie wiedziałam, że się widzieliście.

Serce bije mi mocniej, ale twarz pozostaje kamienna.

– Spotkaliśmy się przypadkiem w centrum, kiedy byłem w banku. Kinga wspomniała o jakimś wernisażu – kłamię gładko, bez mrugnięcia okiem.

– Ach tak, zapomniałam ci powiedzieć – Kinga uśmiecha się leniwie do siostry. – Byłam w biegu.

Ewa wraca do jedzenia, uspokojona. A ja czuję ten dreszcz na plecach. Czasami mam wrażenie, że ona chce, żeby to się wydało. Że to jej sposób na walkę z idealną siostrą – odebrać jej to, co najcenniejsze. Ale potem, kiedy jesteśmy sami, zapewnia mnie, że ten układ jej pasuje. Że nie chciałaby prać moich skarpetek. Że woli być tą od święta, a nie od codzienności.

Dlaczego uważam, że na to zasługuję?

Wiem, co myślicie. Że jestem cynicznym draniem. Że krzywdzę kobiety. Ale czy na pewno? Ewa żyje w bańce szczęścia. Ma męża, który wraca do domu, przynosi pieniądze, nie pije, nie bije, jest uprzejmy i dba o nią. Gdybym był wierny, ale sfrustrowany, czy byłoby jej lepiej? Gdybym wracał do domu i warczał na nią, bo brakowałoby mi emocji, czy nasze małżeństwo byłoby bardziej udane? Uważam, że chronię ją przed moją ciemniejszą stroną. Tą stronę oddaję Kindze.

Ciężko pracowałem na to, co mam. Wychowałem się w bloku z wielkiej płyty, gdzie każdy grosz był liczony dwa razy. Obiecałem sobie, że ja będę żył inaczej. Że będę brał z życia pełnymi garściami. I biorę. Płacę za ten luksus stresem, brakiem snu, ciągłą presją w firmie. Czy nie należy mi się nagroda?

Dla mnie życie to transakcja. Daję Ewie bezpieczeństwo i status. Daję Kindze namiętność i wsparcie finansowe (nie oszukujmy się, ona też korzysta z mojego portfela). W zamian dostaję kompletny pakiet emocjonalny i fizyczny, który pozwala mi funkcjonować na najwyższych obrotach.

Moment, w którym prawie wszystko pękło

Była taka jedna sytuacja, miesiąc temu. Ewa zachorowała. Zwykła grypa, ale rozłożyła ją na łopatki. Leżała w łóżku, a ja podawałem herbatę, leki, zmieniałem pościel. Czułem wtedy dziwną czułość. Taką... ludzką. Zadzwoniła Kinga.

– Przyjedziesz?

Wyszedłem na korytarz, szepcząc do słuchawki.

– Nie mogę. Ewa ma grypę.

– Daj spokój, to nic takiego. Potrzebuję cię.

Wtedy po raz pierwszy poczułem zgrzyt. Poczucie, że Kinga nie rozumie zasad. Że jej egoizm zaczyna kolidować z moim poczuciem obowiązku wobec małżeństwa.

– Powiedziałem, że nie przyjadę – warknąłem i się rozłączyłem.

Wróciłem do sypialni. Ewa otworzyła oczy. Były szkliste.

– Kto dzwonił? – zapytała słabo.

– Praca. Jak zwykle – pogładziłem ją po włosach.

– Jesteś taki dobry, Marek. Naprawdę mam szczęście.

Te słowa ukuły mnie gdzieś w środku. Nie na tyle mocno, żeby skończyć ten romans, ale na tyle, bym przez tydzień nie odwiedzał Kingi. Musiała poczuć, że przesadziła, bo kiedy w końcu się u niej pojawiłem, nie robiła wyrzutów. A ja poczułem ulgę, że porządek został przywrócony.

Nie zamierzam z niczego rezygnować

Patrzę w lustro i widzę faceta, który wygrał życie. Mam wspaniały dom, w którym czeka na mnie ciepły obiad i żona, która mnie uwielbia. Mam też azyl, w którym mogę pokazać drugą twarz. Moje sumienie? Milczy. Zagłuszyłem je rykiem silnika mojego auta i szumem drogiego trunku.

Czy to się kiedyś posypie? Statystyka mówi, że tak. Że Ewa znajdzie SMS-a, że Kinga zechce wyjść z cienia, że ktoś nas zobaczy. Ale dopóki to się nie stanie, zamierzam czerpać z tego układu tyle, ile się da. Bo życie jest za krótkie na nudę i za krótkie na odmawianie sobie przyjemności.

Marek, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama