„Mam dopiero 40 lat i już obchodzę Dzień Babci. Tak mi wstyd, że ukrywam istnienie wnusi przed rodziną”
„Zamilkłam. Wstydziłam się. Bardziej niż kiedykolwiek. Chociaż nie powinnam, przecież to nie moja ciąża, nie moje dziecko. A jednak byłam matką matki. To brzmiało absurdalnie”.

- Redakcja
Gdy sięgam pamięcią do dzieciństwa, Dzień Babci kojarzy mi się z pachnącymi naftaliną swetrami, wielką pudernicą na toaletce i czekoladkami z likierem, których nie wolno mi było jeść. Babcia była jak postać z innego świata – starsza, powolna, jakby nosiła na plecach cały ciężar wszechświata. I zawsze miała w torebce chusteczkę z materiału i landrynki. Do dziś mam w głowie wyobrażenie, jak powinna wyglądać babcia. Na pewno nie tak jak ja. Czterdziestoletnia kobieta w dopasowanych jeansach, która jeszcze nie zdążyła pożegnać się z młodością, nie mówiąc o wejściu w etap „dziadków”. To nie tak, że nie kocham wnusi. Ona jest słodka jak budyń waniliowy. Jednak kiedy słyszę „babciu”... Mam ochotę się rozejrzeć, kogo ona woła.
Unikała mojego wzroku
– Co to za chłopak? – zapytałam Justynę, starając się brzmieć jak matka, a nie detektyw śledczy.
Córka siedziała przy stole i dłubała widelcem w zimnym makaronie z pesto.
– Z klasy wyżej. W sumie… już nie z klasy. Rzucił szkołę.
– Aha. I to cię do niego przekonało? Że rzucił szkołę?
– Mamo, przestań, to nie jest takie proste. On jest fajny, troskliwy. Po prostu miał trudne życie.
– Troskliwy? Tak troskliwy, że zostawił cię z testem ciążowym w łazience?
– Nie zostawił! Po prostu... on też się boi. Nie wie, jak to wszystko ogarnąć.
Usiadłam naprzeciwko niej. Unikała mojego wzroku. Dłonie jej drżały, a ramiona miała zgarbione, jakby niosła ciężar znacznie większy niż plecak do szkoły.
– Jeszcze niedawno musiałam ci przypominać, żebyś wzięła kanapkę do szkoły. A teraz mam ci przypominać o terminie porodu?
Spojrzała na mnie z wyrzutem, ale bez złości.
– Nie musisz niczego mi przypominać. Mam w telefonie aplikację, wszystko liczy. Mam też położną i... spokój. Tylko ty cały czas robisz z tego dramat.
– Nie dramat, tylko życie – mruknęłam.
Bo to ja miałam z tym największy problem. Nie z jej brzuchem, nie z ojcem dziecka, tylko z jednym słowem, które już wkrótce miało paść: „babciu”.
Wstydziłam się
– Nie mów tego nikomu – powiedziałam do Justyny, gdy wracałyśmy z USG.
– Czego? Że jestem w ciąży? Trochę za późno na tajemnice, nie sądzisz? – rzuciła z przekąsem, poprawiając bluzę, która ledwo zakrywała już brzuch.
– Nie o to mi chodzi. Niech twoje koleżanki wiedzą, jak muszą. Tylko nie mów ciociom. I babci. Zwłaszcza babci.
– Dlaczego? – spojrzała na mnie z zaskoczeniem. – Bo się wstydzisz?
Zamilkłam. Wstydziłam się. Bardziej niż kiedykolwiek. Chociaż nie powinnam, przecież to nie moja ciąża. Jednak byłam matką matki. To brzmiało absurdalnie.
– Nie chcę, żeby wszyscy gadali. Ty wiesz, jaka jest twoja babcia. Zrobi z tego dramat, poruszy całe miasto, a potem będzie mówić wszystkim w kościele, że „tragedia w rodzinie”.
– No to może trzeba jej dać znać, zanim dowie się od zakonnicy z sąsiedztwa?
– Jeszcze z tym poczekajmy – ucięłam.
Justyna pewnie była zła, ale nie chciała tego okazywać. Ona miała w sobie jakąś dziwną dorosłość od momentu, kiedy pojawiły się dwie kreski na teście. A ja… czułam się jak niedojrzała nastolatka, która chce schować się pod koc i udawać, że to wszystko się nie dzieje.
– Ty naprawdę się boisz, że ktoś ci powie, że jesteś babcią? – zapytała po chwili.
– Nie. Boję się, że to usłyszę i... że to będzie brzmiało prawdziwie.
Byłam wściekła
– To chłopiec czy dziewczynka? – zapytała moja młodsza siostra przez telefon, gdy wspomniałam, że byłam z Justyną u lekarza.
Zawahałam się. Odruchowo. Głupio.
– Dziewczynka – odparłam, mając nadzieję, że nie będzie ciągnąć tematu.
– Ooo! A kiedy się zdecydowałaś na drugie dziecko?! – zaśmiała się. – Mów szybciej, kto jest ojcem?
– To nie moje – powiedziałam sucho.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Co znaczy „nie moje”? – zapytała już zupełnie innym tonem.
– Justyna jest w ciąży – rzuciłam i od razu zrobiło mi się gorąco na karku. – W siódmym miesiącu.
– Co?! – wrzasnęła tak głośno, że aż odsunęłam telefon od ucha. – Przecież ona nie skończyła jeszcze liceum!
– Wiem. Nie musisz mi przypominać, ile ma lat. Wiem też, że to się naprawdę dzieje.
– I ty dopiero teraz mi mówisz? – jej głos brzmiał jak uraza zmieszana z histerią. – Cała rodzina już wie?
– Nie. I niech tak zostanie. Jeszcze przez chwilę.
– A zamierzasz ją schować w piwnicy na czas porodu, czy jak?
Zamknęłam oczy. Wiedziałam, że tego typu rozmowy mnie czekają.
– Nie wszystko jest takie proste. Ty masz dzieci idealne, więc nie rozumiesz.
– Nie, nie mam. Mam dzieci, które przynajmniej wiedzą, jak się zabezpieczać.
– Wiesz co? – przerwałam. – Porozmawiamy, jak przestaniesz robić teatr.
Rozłączyłam się. I pierwszy raz poczułam, że bardziej niż wstyd... zaczynam czuć wściekłość.
Przełknęłam ślinę
– Pokaż zdjęcie! – piszczała Magda, moja kuzynka, kiedy spotkałyśmy się przypadkiem w markecie. – Tyle już słyszałam, że masz wnuczkę, a nikt jej jeszcze nie widział!
Zamarłam z bułkami w ręku.
– Kto ci powiedział? – wycedziłam, próbując się nie rozlać złością na całą alejkę z pieczywem.
– A co to za różnica? Wiesz, jak jest. Ciocia coś wspomniała, potem sąsiadka coś dodała. No i się rozniosło.
Przełknęłam ślinę. Tylko jeszcze tego brakowało, żeby zdjęcia zaczęły krążyć po rodzinnej grupie na komunikatorze.
– A może nie mam żadnej wnuczki? Może ktoś sobie coś ubzdurał?
– Oj, nie kręć. Justyna się zaokrągliła, potem zniknęła na jakiś czas, a teraz nagle wraca, a ty wyglądasz, jakbyś dwa razy dziennie gryzła się w język. No błagam cię. Znamy się.
Nie odpowiedziałam. Zaczęłam pakować zakupy do torby jak w transie.
– I co, wstydzisz się? – spytała nagle, już ciszej. – Przecież to nie ty jesteś w ciąży.
– Nie, nie wstydzę się. – spojrzałam na nią z dziwnym spokojem. – Wstydzę się tego, że zamiast wesprzeć moją córkę, siedzę i kalkuluję, jak nie wyjść na idiotkę przed rodziną.
Magda zmarszczyła brwi. Po raz pierwszy wyglądała, jakby coś naprawdę do niej dotarło.
– To... może przyjdź kiedyś z wnuczką do mnie. Mam nowy dywan, idealny do tarzania się niemowlaków.
Nie wiedziałam, czy żartuje, ale kiwnęłam głową. I przez sekundę pomyślałam, że może jednak dam radę to wszystko udźwignąć.
Zmieniłam swoje podejście
– Mamo, oni ją pokochają – powiedziała Justyna, gdy po raz setny odmówiłam wspólnego wyjścia do babci na imieniny. – Albo nie, może nie od razu. Jednak z czasem. I jeśli nie, to trudno. My ją kochamy. To wystarczy.
Stałam przy oknie z kubkiem zimnej kawy. Znałam te wszystkie „to wystarczy”, „wszystko będzie dobrze”, „nie przejmuj się” – tyle razy już się nie sprawdzały.
– Mam czterdzieści i doświadczenie, że rodzina jest fajna tylko na zdjęciach. Szczególnie tych świątecznych.
– Wiesz, że to nie fair? Że to nie jest o nich, tylko o tobie?
– O mnie?
– Tak. Ty po prostu nie możesz znieść, że ktoś może zobaczyć w tobie babcię. Bo myślisz, że to znaczy, że jesteś stara.
Spojrzałam na nią. Siedziała na podłodze, bujała małą w leżaczku. Włosy miała spięte w niedbały kok, cerę bladą, ale spokojną. Wyglądała jak ktoś, kto przestał się bać tego, co pomyślą inni.
– A nie jestem?
– Nie. Jesteś moją mamą. I jej babcią. I nadal tą samą osobą, która trzy tygodnie temu krzyczała na mnie, że nie potrafię włączyć pralki.
Uśmiechnęłam się, choć niechętnie.
– A jeśli się dowiedzą i zaczną gadać?
– To niech gadają. I tak gadają. A jak będziesz udawać, że ona nie istnieje, to będzie bolało ją. I mnie też. A nie ich.
Wtedy po raz pierwszy spojrzałam na wnuczkę nie jak na problem do ukrycia, tylko jak na człowieka.
Wzięłam głęboki oddech
– To co, wchodzimy? – zapytała Justyna, poprawiając czapeczkę na głowie małej.
Stałyśmy pod domem mojej mamy, w środku już trwały imieniny. Przez szybę widziałam ciotki, mojego wujka z krzywym krawatem i siostrę, która zawsze mówiła o sobie „realistka”, choć była po prostu złośliwa.
– Jeszcze moment – odpowiedziałam i wzięłam głęboki oddech.
Miałam ochotę uciec, schować się z powrotem w bezpiecznym kokonie własnego mieszkania, gdzie nikt nie pytał, nikt nie komentował. Jednak wiedziałam, że jeśli to zrobię, dalej będę się dusić. Justyna spojrzała na mnie z troską, jakby to ja była jej córką.
– Nie musimy się tłumaczyć – powiedziała cicho. – Możemy po prostu wejść i powiedzieć: „to jest Laura”. Bez przemówień, bez skruchy. Po prostu tak.
– To ty powiesz – uśmiechnęłam się blado. – Ja najwyżej zrobię minę, jakby to było najnormalniejsze na świecie.
– Bo to jest najnormalniejsze na świecie – odparła i otworzyła furtkę.
W środku zapadła cisza, kiedy nas zobaczyli. Potem jakieś szepty. Ciotka Alina aż otworzyła usta, a moja mama przytrzymała się krzesła. Wzięłam fotelik i postawiłam go na stole obok sałatki jarzynowej i talerza ze śledziami.
– To jest Laura. Moja wnuczka – powiedziałam. – I nie, nie będziemy przepraszać za jej istnienie.
Nie wiem, co powiedzieli później. Słyszałam tylko Justynę, która ścisnęła moją dłoń i szepnęła:
– Wiedziałam, że potrafisz być babcią. Tylko trzeba było cię delikatnie popchnąć.
Anna, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Tatrach odnalazłam dawną miłość. Nie sądziłam, że spotkanie po latach rozgrzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”
- „Cały Dzień Babci czekałam na wizytę wnuczki, a dostałam tylko krótki telefon. Nawet nie wie, co dla niej przeszłam”
- „Wnuki pamiętają o mnie na Dzień Babci, a później milczą przez 12 miesięcy. Nauczka czeka na nich w testamencie”