„Mam już po dziurki w nosie złotych rad teściowej. Myśli, że będę tańczyć, jak mi zagra, ale się grubo myli”
„Każda rada była jak drobna korekta mojego życia, aż w końcu przestałam być pewna, czy jeszcze żyję po swojemu. Paweł mówił, żebym nie brała tego tak do siebie, ale ja czułam, że powoli znikam”.

- Redakcja
Słowa mojej teściowej towarzyszyły mi od dnia ślubu jak stały szum w tle. Niby życzliwe, niby pomocne, a jednak coraz częściej łapałam się na tym, że zaciskam zęby, zanim zdążę odpowiedzieć. Każda rada była jak drobna korekta mojego życia, aż w końcu przestałam być pewna, czy jeszcze żyję po swojemu. Paweł mówił, żebym nie brała tego tak do siebie, ale ja czułam, że powoli znikam.
Z czasem te uwagi zaczęły się mnożyć
Na początku były niewinne. Irena od czasu do czasu zniżała głos i zwracała się do mnie przy stole, jakby zdradzała jakiś sekret.
– Dorotko, tak tylko mówię, ale Paweł lubi, kiedy żona dba o dom – rzucała z uśmiechem.
Kiwnęłam głową, choć nie do końca wiedziałam, co to znaczy „spokojnie”. Ciszej? Grzeczniej? Bez własnego zdania? Z czasem te uwagi zaczęły się mnożyć i dotyczyć wszystkiego. Jak powinnam układać dzień, kiedy najlepiej wracać z pracy, co jest „rozsądne” dla żony po trzydziestce.
– Nie trzeba się tak spieszyć z ambicjami – powiedziała kiedyś, nalewając herbatę. – Rodzina jest ważniejsza niż te twoje plany.
„Te twoje plany” zabrzmiało jak coś dziecinnego, chwilowego. Poczułam ukłucie w żołądku, ale uśmiechnęłam się, jak zawsze. Paweł siedział obok i przeglądał telefon. Udawał, że nie słyszy. Wieczorem, kiedy zostaliśmy sami, spróbowałam wrócić do tematu.
– Czasem mam wrażenie, że twoja mama uważa mnie za projekt do poprawy – powiedziałam ostrożnie.
Paweł westchnął, jakby to był kolejny zbędny problem.
– Ona po prostu chce dla nas dobrze. Zawsze taka była. Nie przesadzaj.
To „nie przesadzaj” zostało ze mną na długo. Zaczęłam analizować każdą rozmowę, każde spojrzenie Ireny. Może rzeczywiście byłam przewrażliwiona? Może inne kobiety potrafiły przyjąć takie rady z wdzięcznością? Tylko dlaczego ja po każdej wizycie u teściów czułam się źle? Najgorsze było to, że rady Ireny nigdy nie były otwartą krytyką. Zawsze opakowane w troskę, w zdania zaczynające się od „ja bym na twoim miejscu” albo „wiesz, życie mnie nauczyło”.
A ja coraz częściej łapałam się na tym, że przed podjęciem decyzji słyszę w głowie jej głos, nie swój. Któregoś dnia, stojąc w kuchni i poprawiając coś, czego nawet nie byłam pewna, czy chcę poprawiać, pomyślałam po raz pierwszy: a jeśli problem nie jest we mnie? Ta myśl była cicha, niemal nieśmiała, ale nie chciała zniknąć.
Robię dokładnie odwrotnie niż ona chce
Decyzja nie przyszła nagle. Nie było jednego momentu, w którym trzasnęłam drzwiami albo powiedziałam „dość”. To raczej coś we mnie osiadło i zaczęło powoli zmieniać kierunek myśli. Pierwszy raz sprzeciwiłam się Irenie w sprawie tak błahej, że aż sama się zdziwiłam.
– Żona powinna wstawać przed mężem, żeby jak się obudzi, miał już gotowe śniadanie – powiedziała, jak zwykle pewnym tonem.
Następnego dnia wstałam później niż zazwyczaj. Bez pośpiechu. Bez poczucia winy. Paweł właśnie wychodził do pracy, kiedy ja dopiero zeszłam do kuchni. Spojrzał na mnie zdziwiony.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam i poczułam coś, co przypominało ulgę.
Potem poszło dalej. Irena radziła, żebym częściej bywała u nich, więc zaczęłam rzadziej. Sugerowała, żebym „nie komplikowała”, więc zaczęłam mówić głośno, co myślę. Każdy taki krok wywoływał we mnie strach, ale też dziwne poczucie odzyskiwania przestrzeni. Kalina, moja przyjaciółka była pierwszą osobą, której o tym powiedziałam.
– Robię dokładnie odwrotnie niż ona chce – przyznałam, mieszając herbatę. – I boję się, że to się źle skończy.
Kalina uśmiechnęła się pod nosem.
– A ja się boję, że jeśli tego nie zrobisz, to znikniesz. Już teraz ledwo cię słychać.
Irena szybko zauważyła zmiany. Jej spojrzenia stały się czujniejsze, pytania bardziej natarczywe.
– Coś ostatnio dziwnie się zachowujesz – rzuciła któregoś dnia. – Kiedyś byłaś taka rozsądna.
To „kiedyś” zabolało, ale nie cofnęłam się. Paweł krążył między nami jak ktoś, kto czuje burzę, ale woli nie patrzeć w niebo. Coraz częściej pytał, czy nie moglibyśmy „żyć normalnie”. Nie umiałam mu wytłumaczyć, że właśnie zaczynałam żyć normalnie. Po swojemu. Nawet jeśli oznaczało to napięcie, ciszę przy stole i rosnące poczucie, że coś w końcu musi pęknąć.
Nie mogę już się wycofać
Rodzinne spotkanie miało być zwyczajne. Niedzielny obiad, stół nakryty jak zawsze, te same miejsca, te same rytuały. Irena krzątała się po kuchni z przesadną energią, jakby chciała udowodnić, że wszystko jest pod kontrolą. Ja siedziałam obok Pawła i czułam napięcie w karku, choć jeszcze nic się nie wydarzyło.
– Dorota, sos stygnie – powiedziała w pewnym momencie. – Zawsze mówiłam, że takie rzeczy trzeba podawać od razu.
Spojrzałam na nią i zanim zdążyłam się powstrzymać, odpowiedź sama wyszła mi z ust.
– Wiem. Właśnie dlatego robię inaczej.
Zapadła cisza. Paweł uniósł głowę, jakby dopiero teraz zorientował się, że siedzimy przy jednym stole.
– Jak to inaczej? – Irena zmrużyła oczy.
Serce waliło mi jak szalone, ale poczułam, że nie mogę już się wycofać.
– Świadomie nie stosuję się do twoich rad – powiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam. – Do żadnej.
– Słucham? – Jej głos zadrżał. – Ja tylko chcę wam pomóc.
– Wiem. Ale te rady mnie irytują. Sprawiają, że czuję się niewystarczająca.
Paweł wtrącił się nerwowo:
– Dorota, może nie teraz…
– Właśnie teraz – przerwałam mu. – Bo inaczej nigdy.
Irena usiadła ciężko na krześle. Przez chwilę wyglądała na kogoś zupełnie innego. Starszego. Zmęczonego.
– Myślisz, że ja wiem wszystko najlepiej? – zapytała cicho. – Że te rady to jakaś wielka mądrość?
Nie odpowiedziałam. Ona westchnęła i spojrzała w blat stołu.
– Nikt mnie nigdy nie pytał, czy to działało – powiedziała po chwili. – Tak się mówiło. Tak mnie uczono. Powtarzałam, bo myślałam, że tak trzeba.
To wyznanie zawisło w powietrzu. Paweł patrzył na matkę, jakby widział ją po raz pierwszy. Ja poczułam, jak coś we mnie pęka, ale nie był to już strach. Raczej zdumienie. Autorytet, który przez lata mnie przygniatał, nagle okazał się kruchy.
W zgodzie ze sobą
Po tamtym obiedzie nic nie wróciło do dawnego porządku. Irena przestała się krzątać, jakby od tego zależał sens spotkania. Siedziała cicho, z rękami splecionymi na kolanach, i po raz pierwszy nie miała gotowej riposty. Paweł odezwał się dopiero w drodze do domu.
– Nie wiedziałem, że aż tak to przeżywasz – powiedział, patrząc przed siebie. – Myślałem, że to tylko… gadanie.
– Właśnie dlatego bolało – odpowiedziałam. – Bo dla ciebie to było tylko gadanie, a ja żyłam według niego.
Nie kłóciliśmy się. To było gorsze i lepsze jednocześnie. Rozmowa bez podniesionych głosów, ale pełna niewygodnych pauz. Paweł przyznał, że wybierał spokój, bo bał się konfliktu z matką. Ja przyznałam, że bałam się, że bez jej aprobaty okażę się nikim. Kilka dni później Irena zadzwoniła. To był krótki telefon.
– Wpadniesz na herbatę? – zapytała. Bez rad. Bez tonu, który znałam.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie jak dwie osoby, które muszą nauczyć się nowej rozmowy.
– Ja naprawdę myślałam, że pomagam – powiedziała w końcu. – A teraz nie wiem, co mówić.
– Może nie musisz nic – odpowiedziałam. – Wystarczy, że będziemy się słuchać.
Skinęła głową, jakby ta propozycja ją przerastała, ale nie zaprzeczyła. Zobaczyłam w niej nie mentorkę, nie kontrolerkę, tylko kobietę, która całe życie trzymała się zasad, bo inaczej nie umiała. Wracając do domu, czułam jednocześnie ulgę i ciężar. Bunt odebrał jej głos, ale też zdjął ze mnie cudze oczekiwania. Relacje stały się kruche, pełne ostrożności, ale prawdziwsze niż kiedykolwiek wcześniej. I po raz pierwszy pomyślałam, że może teraz spróbuję żyć nie na przekór komuś, lecz w zgodzie ze sobą.
Poczułam, że to wystarczy
Z czasem Irena rzeczywiście zaczęła ważyć słowa. Łapałam ją na tym, że otwiera usta, jakby chciała coś doradzić, po czym tylko się uśmiechała i kiwała głową. To było nowe. Paweł zaczął zadawać pytania. O mnie, o nas, o to, co jest naprawdę ważne, a co tylko odziedziczone po cudzych przekonaniach. Nie zawsze miałam na nie odpowiedzi. Czasem oboje błądziliśmy w ciszy, ucząc się, że bliskość nie polega na świętym spokoju, lecz na gotowości do rozmowy.
Ja sama zostałam z myślą, która długo we mnie dojrzewała. Że sprzeciw niekiedy jest potrzebny. Czasem jest jedynym sposobem, by sprawdzić, czy droga, którą ktoś nam wskazuje, w ogóle istnieje. Przestałam robić coś „na przekór”. Zaczęłam robić „po swojemu”, nawet jeśli jeszcze nie do końca wiedziałam, co to znaczy. I chyba pierwszy raz od dawna poczułam, że to wystarczy.
Dorota, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa wprosiła się na nasz wieczór walentynkowy. Na oczach własnej córki zrobiła coś takiego, że wciąż jest mi wstyd”
- „Przepis na pączki teściowej był lepiej strzeżony niż złoto w sejfie. Byłam cwana, ta staruszka ma oko na wszystko”
- „Wybraliśmy się z teściową na ferie do Szczyrku. Ostawiła tam taki cyrk, że najtwardsi górale uciekali w popłochu”