Reklama

To miał być reset. Ucieczka od korporacyjnych targetów, smogu i wiecznego pędu. Bieszczady zimą – tylko my, skrzypiący śnieg pod butami i gwieździste niebo nad połoninami. Wyobrażałam sobie wieczory przy kominku, głębokie rozmowy i to zmęczenie po wędrówce, które daje satysfakcję.

Rzeczywistość uderzyła mnie w twarz szybciej niż mroźny wiatr na Wetlińskiej. Zamiast kontemplacji natury dostałam festiwal próżności, ignorancji i braku szacunku, który sprawił, że po raz pierwszy w życiu wstydziłam się ludzi, których nazywałam przyjaciółmi.

Powinnam wtedy odwołać wyjazd

Zawsze byłam tą sentymentalną w naszej paczce. To ja trzymałam bilety z kina z czasów studiów, ja organizowałam składki na prezenty urodzinowe i ja, naiwnie, wierzyłam, że ludzie się nie zmieniają – a jeśli już, to na lepsze. Z Kingą, Markiem i Piotrkiem znaliśmy się od pierwszego roku zarządzania. Byliśmy nierozłączni. Przeżyliśmy razem sesje, pierwsze miłości i tanie wyjazdy pod namiot.

Ale to było dziesięć lat temu. Teraz, siedząc w moim warszawskim mieszkaniu na Mokotowie, patrząc na spakowany plecak trekkingowy, czułam dziwny ucisk w żołądku. Zignorowałam go. Tłumaczyłam sobie, że to stres przed urlopem, ta klasyczna nerwówka, czy dopięłam wszystkie projekty w pracy. Prawda była inna. Podświadomie czułam, że ten wyjazd to ryzyko.

Piotrek był moją niedokończoną historią. Kiedyś, na trzecim roku, prawie byliśmy razem. Potem życie nas rozdzieliło, on wyjechał na stypendium, ja wpadłam w wir staży. Teraz, jako single po trzydziestce, mieliśmy spędzić tydzień w jednej chacie w Bieszczadach. Nie będę ukrywać – miałam nadzieję. Wyobrażałam sobie, że góry, ten surowy klimat i brak zasięgu, otworzą nas na siebie na nowo. Że wreszcie pogadamy szczerze, bez masek, które nosimy na co dzień.

– Zosia, błagam cię, powiedz, że wzięłaś suszarkę, bo moja walizka się nie domyka! – głos Kingi w słuchawce wyrwał mnie z zamyślenia.

– Kinga, jedziemy do chaty na odludziu, tam ledwo jest prąd, a woda jest ze studni. Suszarka to twój najmniejszy problem – odpowiedziałam, starając się brzmieć cierpliwie.

Jezu, nie bądź taką boomerką. Muszę wyglądać jak człowiek, przecież będziemy robić relacje.

Powinnam była wtedy odłożyć słuchawkę i odwołać wyjazd. Ale nie zrobiłam tego. Wsiadłam do swojego SUV-a, zgarnęłam ich spod Złotych Tarasów i ruszyłam na południe, prosto w paszczę lwa.

„Gdzie tu jest jakieś jacuzzi?”

Podróż była preludium do katastrofy. Marek, który kiedyś był duszą towarzystwa, teraz zamienił się w cynicznego korposzczura, który uważał, że wszystko mu się należy. Przez pięć godzin słuchałam jego monologu o tym, jak to „dział sprzedaży to banda idiotów” i jak bardzo gardzi swoim szefem, przerywanego siorbaniem piwa na stacjach benzynowych.

Kinga siedziała z nosem w telefonie, scrollując sociale na pełnym głosie, a Piotrek... Piotrek milczał, potakując im obu z tym swoim łagodnym, przepraszającym uśmiechem, którego kiedyś tak w nim lubiłam, a który teraz zaczął mnie drażnić. Gdzie był jego kręgosłup?

Dojechaliśmy do Wetliny późnym wieczorem. Nasza baza – drewniana, stara chata na skraju lasu – wyglądała magicznie w świetle reflektorów. Śnieg sięgał kolan, wokół panowała absolutna, gęsta cisza, przerywana jedynie szumem drzew. Wysiadłam z auta i wzięłam głęboki oddech. Mroźne powietrze wypełniło moje płuca. To było to. Tego potrzebowałam.

– Koszmar, ale zimno! – wrzasnął Marek, wyskakując z tylnego siedzenia w rozpiętej kurtce. – Zosia, gdzie my jesteśmy? To jakaś dziura zabita dechami. Gdzie tu jest sklep? Skończyło mi się piwo.

– Marek, jest 23:00. Sklep jest w Cisnej, zamknięty od czterech godzin – powiedziałam chłodno, wyciągając bagaże.

– Ej, ale serio? – Kinga wyszła z auta w białych, futrzanych śniegowcach, które wyglądały, jakby kosztowały więcej niż moja pierwsza pensja. Poślizgnęła się na lodzie i prawie upadła. – Tu nie ma latarni? Ciemno jak... I gdzie jest to jacuzzi, o którym mówił Piotrek?

Spojrzałam na Piotra. Spuścił wzrok.

Nie mówiłem, że jest jacuzzi. Mówiłem, że będzie „klimatycznie jak w SPA”.

– To nie to samo, stary! – Marek zarechotał i kopnął w zaspę. – Dobra, wchodzimy, bo zamarznę. Zosia, masz ten klucz?

Weszliśmy do środka. Chata była wychłodzona. Trzeba było rozpalić w kominku, przynieść drewno. Dla mnie to była część przygody. Dla nich – powód do dramatu.

– Ja tego nie dotknę, to brudne – pisnęła Kinga, patrząc na polana ułożone w drewutni.

– Ja prowadziłam przez 500 kilometrów – rzuciłam, rzucając kluczyki na stół. – Wy zajmujecie się ogniem i kolacją.

– Dobra, dobra, pani kierownik – mruknął Marek, otwierając butelkę, którą „chomikował na czarną godzinę”.

Zasnęłam tamtej nocy w polarze i czapce, słuchając ich głupkowatych śmiechów z dołu. Czułam się obco we tym towarzystwie. Ale wciąż miałam nadzieję, że rano, gdy zobaczą góry w słońcu, coś się zmieni. Że góry ich uciszą.

Nie idziemy w góry, „robimy content”

Następny dzień przywitał nas błękitem nieba, jakiego nie widziałam od miesięcy. Było idealnie. Mróz zelżał, słońce odbijało się od śniegu, tworząc oślepiającą biel. Zrobiłam jajecznicę dla wszystkich (bo oczywiście nikt inny nie wstał przed dziesiątą) i zarządziłam wymarsz na Połoninę Wetlińską. Wybrałam najprostszą trasę, żółtym szlakiem z Przełęczy Wyżniej. Wiedziałam, że na nic ambitniejszego ich nie namówię.

Przygotowania do wyjścia trwały dwie godziny. Kinga musiała nałożyć pełny makijaż („Światło w górach jest bezlitosne, Zosia!”), a Marek szukał „małpki” na drogę, bo „bez paliwa nie pojedzie”. Piotrek, ubrany w markowy sprzęt od stóp do głów, wyglądał profesjonalnie, ale jego zachowanie przeczyło pozorom. Zamiast sprawdzić pogodę czy mapę, pomagał Kindze dobierać czapkę do kurtki.

Kiedy wreszcie dotarliśmy na parking, było już południe. Tłok. Rodziny z dziećmi, turyści, psy. Czułam narastającą irytację.

– Dobra, ruszamy – zarządziłam, zapinając kijki.

– Czekaj, czekaj! Grupowe selfie przed wejściem! – zarządziła Kinga.

Pierwsze pół godziny marszu było koszmarem. Szlak był wyślizgany, miejscami oblodzony. Ja miałam raki. Piotrek też. Kinga? Kinga miała te swoje designerskie śniegowce, które na lodzie zachowywały się jak łyżwy. Marek szedł w adidasach. W zwykłych, miejskich adidasach.

– Mówiłam wam, żebyście wzięli porządne buty – syknęłam, gdy Marek po raz trzeci wywinął orła, klnąc przy tym na czym świat stoi.

– Weź wyluzuj, Zofia. To tylko górka, a nie Mount Everest – prychnął, otrzepując jeansy ze śniegu.

Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Marek wyciągnął z plecaka bezprzewodowy głośnik.

– Pora rozkręcić tę imprezę! – krzyknął i nagle las wypełniło dudnienie jakiegoś polskiego hip-hopu z tekstami, od których więdły uszy.

Zatrzymałam się. Krew uderzyła mi do głowy.

– Wyłącz to. Natychmiast – powiedziałam, starając się panować nad głosem.

– Co? Nie słyszę! – Marek udawał głupiego.

– Wyłącz to dziadostwo! Jesteśmy w parku narodowym! Tu się szanuje ciszę! – krzyknęłam.

Ludzie na szlaku oglądali się na nas. Widziałam te spojrzenia. Pogardę, zażenowanie, politowanie. Starsze małżeństwo minęło nas, kręcąc głowami. Młody chłopak z ogromnym plecakiem rzucił w naszą stronę: „Buractwo przyjechało”.

Zabolało. Zabolało bardziej niż mróz.

– Aleś ty sztywna – skomentowała Kinga, poprawiając grzywkę. – Muzyka dodaje energii.

– Marek, proszę cię, wyłącz to – odezwał się nieśmiało Piotrek.

– Dobra, pantoflarzu. Wyłączam. Ale nudziarze z was.

Szłam dziesięć metrów przed nimi. Udawałam, że jestem sama. Że ci trzej głośni, jaskrawo ubrani ludzie za mną to nie moi znajomi.

Udawałam, że ich nie znam

Podejście pod Chatkę Puchatka (wtedy jeszcze w starej wersji, przed remontem) dłużyło się niemiłosiernie. Nie przez trudność trasy, ale przez przystanki. Kinga musiała robić zdjęcie każdemu ośnieżonemu krzakowi. Marek musiał palić e-papierosa co piętnaście minut, wypuszczając chmury słodkiego dymu prosto w twarze schodzących turystów.

Kiedy dotarliśmy na górę, widok zapierał dech. Bezkres bieli, falujące szczyty, słońce chylące się ku zachodowi. Magia. Czułam, jak moje serce zwalnia. Chciałam usiąść na ławce, zamknąć oczy i chłonąć ten moment. Ale moi przyjaciele mieli inny plan.

– O kurde, ale wieje! – wrzasnął Marek, wchodząc do przedsionka schroniska, nie zdejmując nawet plecaka, którym potrącił jakąś dziewczynkę.

Weszliśmy do środka. Było tłoczno, parno. Panowała ta specyficzna, górska atmosfera – ludzie szeptali, jedli kanapki, ogrzewali dłonie. Był szacunek dla zmęczenia. Marek i Kinga wpadli tam jak granat.

– Gdzie tu dają grzańca?! – Marek uderzył dłonią w ladę. – Halo! Obsługa!

– Ciszej – syknęłam, czując, jak pąsowieje mi twarz.

– Ceny to mają tu jak na Batorym – skomentowała głośno Kinga, patrząc na menu. – Piotr, weź mi frytki, ale żeby nie były tłuste. I latte na mleku sojowym.

– Tu nie ma latte na sojowym, Kinga. To schronisko górskie, a nie kawiarnia w stolicy – powiedziałam przez zęby.

To co to za miejsce? Jakaś porażka – prychnęła, siadając przy stole, przy którym siedziało już dwóch starszych turystów. Nie zapytała, czy wolne. Po prostu zrzuciła swoją kurtkę na ich plecaki.

– Przepraszam panią – odezwał się jeden z mężczyzn, siwy, z brodą, w znoszonym swetrze. Miał twarz kogoś, kto góry zna od podszewki. – To nasze rzeczy.

– No przecież widzę, nie jestem ślepa. Przesuńcie się trochę, co? Miejsca jest mało – odpowiedziała Kinga, wyciągając telefon.

Chciałam zapaść się pod ziemię. Dosłownie. Chciałam, żeby podłoga się rozstąpiła i mnie pochłonęła. Spojrzałam na tego mężczyznę. W jego oczach nie było złości. Był smutek. I to było gorsze.

– Przepraszam państwa – powiedziałam cicho, zabierając kurtkę Kingi. – Przepraszam za koleżankę.

– Zosia, co ty robisz? – oburzyła się Kinga.

– Cicho bądź. Teraz – warknęłam tak, że aż sama się przestraszyłam.

Usiadłam w najdalszym kącie, z dala od nich. Piotrek przyniósł mi herbatę.

Nie przejmuj się tak, oni tacy są – powiedział, siadając obok.

– A ty? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy. – Ty też taki jesteś? Tolerujesz to? To chamstwo?

– Zosia, to urlop. Nie rób scen.

Wtedy zrozumiałam. To nie była kwestia urlopu. To była kwestia klasy. Wrażliwości. Piotr, którego idealizowałam przez lata, był taki sam jak oni. Tylko cichszy. Był biernym obserwatorem, który przyzwalał na bylejakość. Czar prysł. W jednej sekundzie całe moje romantyczne napięcie wyparowało, ustępując miejsca zimnemu rozczarowaniu.

To przestało być zabawne

Siedzieli tam za długo. Marek dopijał piwo, Kinga obrabiała zdjęcia. Słońce zaczęło zachodzić. Złota godzina. Piękna, ale w górach zimą oznacza jedno: za chwilę będzie ciemno i temperatura spadnie drastycznie.

– Musimy schodzić. Już – powiedziałam stanowczo, podchodząc do ich stolika.

– Jeszcze chwilę, światło jest idealne na sesję na zewnątrz! – Kinga zerwała się i wybiegła przed schronisko.

– Kinga, nie mamy czasu! Nie macie czołówek! – krzyknęłam za nią.

Zignorowała mnie. Marek poszedł za nią. Piotr wzruszył ramionami.

– Zosia, nie panikuj. Mamy latarki w telefonach.

Wyszliśmy ze schroniska, gdy słońce chowało się za horyzont. Było przepięknie, ale w ciągu dziesięciu minut zrobiło się szaro. Zaczęliśmy schodzić. Po dwudziestu minutach panowały już egipskie ciemności. Las, który za dnia był malowniczy, teraz wydawał się groźny. Ścieżka była oblodzona.

– Kurde, nic nie widzę! – jęknęła Kinga. Jej telefon padł na mrozie po pięciu minutach świecenia. Bateria w smartfonach nie lubi minusowych temperatur, o czym Kinga oczywiście nie pomyślała.

– Marek, poświeć mi! – krzyczała.

– Mnie też pada! Mam 10 procent! – odkrzyknął Marek, który brzmiał już znacznie mniej pewnie niż rano.

Miałam czołówkę. Dobrą, mocną czołówkę. I zapasową w plecaku.

– Piotrek, weź moją zapasową – podałam mu latarkę. – Idziesz pierwszy. Kinga za tobą. Marek trzeci. Ja zamykam. Idziemy powoli.

– Boże, Zosia, uratowałaś nam życie – chlipała Kinga.

Była przerażona. Jej designerskie buty ślizgały się na każdym kroku. Dwa razy musiałam ją łapać, żeby nie zjechała w przepaść. Szliśmy w milczeniu. Słyszałam tylko ich przyspieszone oddechy i szuranie. Nagle Marek zatrzymał się.

– Muszę zwymiotować – stęknął i oparł się o drzewo.

Mieszanka napojów i wysiłku zrobiła swoje. Stałam tam, w ciemnym lesie, świecąc latarką na wymiotującego kolegę ze studiów, obok trzęsącej się z zimna influencerki i faceta, który nie potrafił podjąć ani jednej męskiej decyzji. Czułam się tak potwornie zmęczona. Nie fizycznie. Psychicznie. Czułam ciężar ich nieodpowiedzialności na moich plecach.

Wtedy, z dołu, podeszła do nas dwójka ludzi. Ratownicy GOPR, wracający z patrolu.

Wszystko w porządku? – zapytał jeden z nich, oświetlając nas mocnym światłem.

Spojrzał na Marka, na buty Kingi, na ich przerażone twarze. Potem spojrzał na mnie. Byłam ubrana odpowiednio, miałam sprzęt.

– Tak... to znaczy, radzimy sobie. Kolega się gorzej poczuł, ale zejdziemy – powiedziałam, czując palący wstyd. Wiedziałam, co on myśli. „Kolejni mądrzy inaczej z miasta”.

– Uważajcie. Szlak jest mocno oblodzony niżej. I proszę kolegę, żeby następnym razem w góry zabierał rozum, a nie mocne napoje – rzucił ratownik chłodno i ruszył dalej.

To zdanie „zabierał rozum” dźwięczało mi w uszach do samego parkingu.

Nie mogłam tam zostać

Powrót do chaty odbył się w grobowej ciszy. W samochodzie nikt się nie odzywał. Marek spał, Kinga cicho pochlipywała, Piotr patrzył tępo w drogę. Gdy dotarliśmy na miejsce, Kinga od razu poszła do łazienki, Marek padł na łóżko w ubraniu. Zostałam w salonie z Piotrem. Siedziałam przy kominku, dorzucając drewno. Ogień trzaskał, dając jedyne ukojenie tego dnia.

– Przepraszam za nich – powiedział nagle Piotr.

Spojrzałam na niego znad kubka z herbatą.

Nie przepraszaj za nich. Przeproś za siebie – odpowiedziałam spokojnie.

– Co? Przecież ja nic nie zrobiłem!

– Właśnie. Nic nie zrobiłeś. Kiedy Marek puszczał muzykę, milczałeś. Kiedy Kinga obrażała ludzi w schronisku, milczałeś. Kiedy trzeba było się przygotować do wyjścia, byłeś zajęty byciem miłym, a nie rozsądnym. W górach, Piotrek, bycie miłym nie ratuje życia. Bycie odpowiedzialnym tak.

– Przesadzasz. Zawsze byłaś perfekcjonistką.

– Nie, Piotrek. Po prostu dorosłam. A wy zostaliście na studiach.

Wstałam i poszłam do swojego pokoju. Tej nocy podjęłam decyzję. Rano, gdy oni jeszcze spali (pewnie do południa), spakowałam swoje rzeczy. Zostawiłam na stole kartkę: „Muszę wracać wcześniej. Auto zostawiam wam do jutra, odbiorę je w Warszawie, wracam autobusem. Bawcie się dobrze”. To było kłamstwo. Nie musiałam wracać. Ale nie mogłam spędzić z nimi ani minuty dłużej.

Czasami trzeba się zgubić, żeby odnaleźć drogę

Wzięłam plecak i poszłam na przystanek w Wetlinie. Czekałam na busa do Sanoka. Było mroźno, ale słońce znowu świeciło. Obok mnie na ławce usiadł ten sam starszy mężczyzna, którego spotkaliśmy wczoraj w schronisku – ten, na którego plecaki usiadła Kinga.

Poznał mnie. Uśmiechnął się lekko pod wąsem.

– Ucieczka? – zapytał, mrużąc oczy od słońca.

– Taktyczny odwrót – poprawiłam go, uśmiechając się krzywo. – Przepraszam jeszcze raz za wczoraj. Wstyd mi za nich. I za to, że ich tam zabrałam.

Mężczyzna pokiwał głową, wyciągając termos.

– Góry weryfikują wszystko, moje dziecko. Przyjaźnie, charaktery, wytrzymałość. Lepiej, że dowiedziałaś się teraz, niż w prawdziwej biedzie. Chcesz herbaty?

Napiłam się. Gorący płyn rozlał się po moim ciele. Poczucie wstydu zaczęło ustępować miejsca uldze.

Siedząc w tym rozklekotanym busie, patrząc na oddalające się szczyty Bieszczad, czułam się lżejsza. Straciłam paczkę przyjaciół. Straciłam iluzję o wielkiej miłości z przeszłości. Jednak odzyskałam siebie. Wiedziałam już, że nie chcę otaczać się ludźmi, przy których muszę zaniżać swoje standardy, by nie wyjść na „sztywniarę”.

Wróciłam do Warszawy sama, ale nigdy nie czułam się mniej samotna. Zablokowałam relacje Kingi w mediach społecznościowych. Nie odebrałam telefonu od Marka. Z Piotrem spotkałam się tylko po to, by odebrać kluczyki.

Bieszczady dały mi w kość, ale dały mi też najcenniejszą lekcję. Jakość towarzystwa na szlaku jest ważniejsza niż cel wędrówki. A ja od teraz zamierzam chodzić tylko z tymi, którzy potrafią uszanować ciszę.

Zofia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama