Reklama

Od czterech lat jestem mamą Hani – mądrej, wygadanej, czasem aż za bardzo – ale cudownej dziewczynki. Pracuję w administracji biurowej w niewielkiej firmie logistycznej. Nie jest to praca moich marzeń, ale daje mi względny spokój i czas dla dziecka. Michała poznałam siedem lat temu. To był taki związek, w który weszłam z przekonaniem, że znalazłam kogoś, kto chce tego samego, co ja – rodziny, domu, dzieci. Zawsze wyobrażałam sobie, że będę miała przynajmniej trójkę. Kocham gwar, śmiech dzieci, wspólne kolacje przy dużym stole. Kiedyś, przy winie, Michał powiedział mi, że marzy o tym, żeby jego dzieci biegały po ogrodzie boso. Mówił:

– Gromadka to najlepsze, co można mieć. Pamiętam to zdanie do dziś.

A jednak coś się zmieniło. Odkąd Hania się urodziła, Michał jakby się wycofał. Przestał się uśmiechać, narzekał na zmęczenie, wycofał się z opieki. Tłumaczyłam to szokiem, zmianą trybu życia. Ale teraz, gdy delikatnie wspominam o drugim dziecku, patrzy na mnie jak na wariatkę.

– Michał nie chce więcej dzieci? Ale przecież mówiłaś, że to wasz wspólny plan? – zdziwiła się Magda, koleżanka z pracy.

Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo nie wiedziałam, kiedy nasze wspólne marzenia przestały być wspólne.

Serce waliło mi jak szalone

– A może… pomyślimy powoli o rodzeństwie dla Hani? – rzuciłam mimochodem, mieszając zupę. Michał siedział przy stole i przeglądał coś w telefonie. Liczyłam, że spojrzy na mnie z uśmiechem. Że chociaż się zamyśli nad tym. Ale on się tylko skrzywił.

– Z jednym ledwo daję radę – powiedział. – I nie, nie chcę więcej dzieci.

Zamarłam. Łyżka zatrzymała się w połowie ruchu. Patrzyłam na niego, jakby właśnie powiedział, że wyprowadza się do klasztoru.

– Ale… przecież zawsze mówiliśmy, że chcemy przynajmniej dwójkę.

– Ty może chcesz. Ja jestem zmęczony. Nie dam rady z drugim dzieckiem – dodał beznamiętnie, jakby rozmawiał o pogodzie.

W kuchni zrobiło się dziwnie cicho, tylko zupa bulgotała głucho w garnku. Oparłam się o blat. Serce waliło mi jak szalone, a w gardle czułam gulę.

– Michał, ale… Hania już duża. Jest coraz łatwiej. Jesteśmy w tym razem.

– Ty w tym jesteś – mruknął, nie podnosząc wzroku. – Ja po pracy marzę tylko o ciszy. A i tak nie mam jej nawet pięciu minut.

– Myślałam, że tego chcemy oboje.

– No widzisz, źle myślałaś – odburknął i wstał od stołu.

Wyszedł z kuchni, zostawiając mnie z gotującą się zupą i jednym z najbardziej bolesnych zdań, jakie od niego usłyszałam. Jakby nasze wspólne życie, decyzje, plany – to wszystko było tylko moją fanaberią. Stałam chwilę bez ruchu. Potem wyłączyłam gaz. Zupa już nie miała znaczenia. Usiedliśmy przy tym samym stole, ale nagle poczułam się, jakbyśmy siedzieli w zupełnie innych domach.

Nie mogłam tego pojąć

– Michał, możemy porozmawiać? – zapytałam wieczorem, kiedy Hania już spała. Siedziałam na brzegu łóżka, z kolanami pod brodą, jak wtedy, gdy miałam dziesięć lat i płakałam po nieudanym sprawdzianie. Tylko teraz nie chodziło o ocenę.

Michał wszedł do sypialni z kubkiem herbaty, wyraźnie zmęczony, trochę nieobecny. Usiadł na fotelu naprzeciw mnie.

– O czym znowu?

– O nas. O Hani. O tym, co powiedziałeś mi w kuchni.

Westchnął.

– Julia, naprawdę musimy to ciągnąć?

– Musimy. Bo ja nie umiem sobie wyobrazić, że Hania zostanie jedynaczką. Że to już wszystko. Że nigdy więcej…

– Nigdy więcej pieluch, nocnego wstawania, histerii i ciągłego braku czasu? Tak, dokładnie o to mi chodzi.

Zabolało. Bardziej niż się spodziewałam. Poczułam, jak oczy mi wilgotnieją.

– Nie chodzi tylko o mnie! Chodzi o naszą córkę, o rodzinę! Ona potrzebuje rodzeństwa. Ja… ja potrzebuję tego.

– A ja co? Nie jestem częścią tej rodziny? – uniósł głos. – Zawsze chodzi o twoje potrzeby. Ty coś czujesz, ty czegoś chcesz. A ja? Ja mam tylko nie protestować?

– Przecież rozmawialiśmy o tym. Ty też tego chciałeś!

– Tak, ale to było zanim zobaczyłem, jak to naprawdę wygląda. Może nie jestem stworzony do tego całego ojcostwa!

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Jakby przede mną siedział ktoś zupełnie obcy. Michał, który kiedyś tulił Hanię godzinami, teraz mówił, że nie wie, czy w ogóle chce być ojcem? Nie wytrzymałam. Wybiegłam z sypialni i zamknęłam się w łazience, dusząc szloch. A on nawet do mnie nie zapukał.

Coś się we mnie złamało

Usłyszałam jego głos, zanim jeszcze weszłam do pokoju.

– Nie ogarniam tego wszystkiego, serio. Mam wrażenie, że się duszę. Ona w kółko o tym drugim dziecku… Jakby nie widziała, że ja ledwo się trzymam.

Zatrzymałam się w korytarzu, serce zaczęło mi znowu walić jak oszalałe. Michał rozmawiał przez telefon, chyba z bratem. Szeptał, ale każde słowo wbijało się we mnie jak szpilka.

– Nie wiem, czy ja w ogóle chcę dalej z nią być. Czuję, jakbym tonął. Hania, praca, dom, teraz znowu chce kolejne dziecko... Ona nie słucha. Ciśnie i nie widzi, że mnie już nie ma.

Zamarłam. Przez chwilę miałam ochotę cofnąć się i udać, że nic nie słyszałam. Ale nogi mnie same poniosły. Weszłam do pokoju.

– Michał… słyszałam wszystko.

Zamarł, jakby ktoś mu odciął prąd. Złapał telefon, odłożył go powoli na komodę. Twarz miał bladą.

– Nie chciałem, żebyś tak się dowiedziała… Ale tak. Czuję się, jakbym się dusił.

– To dlatego tak się zachowujesz? Bo rozważasz, czy jeszcze chcesz ze mną być?

– Julia…

– Nie. Powiedz to. Powiedz, że przestałeś mnie kochać. Powiedz, że masz mnie dość. Że chcesz odejść.

– Nie wiem – odpowiedział cicho. – Po prostu nie wiem, czego chcę.

W tamtej chwili coś się we mnie złamało. Jakby ktoś jednym zdaniem zburzył dom, który budowaliśmy latami. Stałam naprzeciw niego i miałam wrażenie, że patrzę w twarz obcego mężczyzny. Nie ojca mojego dziecka. Nie mojego partnera. Po prostu – kogoś, kto już nie chce być częścią mojego życia.

Byłam w totalnej rozpaczy

Wyszłam z mieszkania bez słowa. Drzwi trzasnęły za mną, aż sąsiad spod czwórki wyjrzał na klatkę schodową. Nie zwróciłam na niego uwagi. Szłam przed siebie, bez celu. Przez chwilę myślałam, żeby pojechać do koleżanki, ale w końcu skręciłam w stronę domu mojej mamy. Pukałam długo. Otworzyła w szlafroku, z rozczochranymi włosami i miną, która mówiła: „coś się stało”. Wystarczyło jedno spojrzenie i już mnie tuliła w ramionach.

– Mamo… On nie chce ze mną być. Nie chce drugiego dziecka. Nie chce… mnie – wyszeptałam.

Siedziałyśmy w kuchni, przy kubkach z herbatą, przez chwilę w milczeniu. Czułam się, jakby nagle moje życie było czymś, co się komuś innemu przydarzyło. Jakbym oglądała film i nie mogła pojąć, że to wszystko o mnie.

– Mamo, co mam zrobić? Mam się zadowolić tym, że mam jedno dziecko, skoro czuję, że to nie wszystko?

Mama długo patrzyła w parujący kubek. W końcu westchnęła.

– Czasem trzeba wybrać… miłość albo marzenia. Nie zawsze da się mieć obie te rzeczy.

Poczułam, jakbym dostała w twarz. Zawsze wierzyłam, że jeśli się kogoś kocha, to się razem buduje przyszłość. Że kompromis nie oznacza rezygnacji z siebie. A teraz miałam wybierać? Albo on, albo moje pragnienie drugiego dziecka? W drodze powrotnej patrzyłam na ulice miasta, które znałam na pamięć. Przechodziłam obok miejsca, gdzie Michał pierwszy raz powiedział, że mnie kocha. Wszystko wydawało się tak odległe. Jakby to było w innym życiu. W życiu kobiety, której marzenia jeszcze miały znaczenie.

Coś we mnie umarło

Było już po dwudziestej trzeciej, kiedy wróciłam do domu. Michał siedział w salonie przy zgaszonym świetle, tylko ekran telewizora mrugał na niebiesko. Wyłączył go, gdy tylko mnie zobaczył.

– Julia… – zaczął, ale podniosłam rękę.

– Poczekaj. Ja powiem pierwsza.

Usiadłam naprzeciwko niego, oddzielał nas stolik, kanapa, zmęczenie i tysiące niewypowiedzianych słów.

– Nie chcę z tobą walczyć – powiedziałam cicho. – Nie chcę cię zmuszać do dziecka. To nie miałoby sensu. Ale nie chcę też rezygnować z siebie.

Patrzył na mnie długo, z zaczerwienionymi oczami. Nie wiem, czy od wina, czy od łez, których nie widziałam.

Nie mogę ci dać tego, czego chcesz – odparł. – Może po prostu… chcieliśmy różnych rzeczy.

– Może – przyznałam.

Siedzieliśmy w ciszy. Hania spała w swoim pokoju, pewnie przytulona do misia, nieświadoma, że w salonie jej domu właśnie się rozchodzi w szwach. Michał podniósł się i przeszedł się po pokoju, jakby szukał słów, których nie potrafił wypowiedzieć.

– Potrzebuję przerwy – powiedział w końcu. – Nie wiem, na jak długo. Muszę się poskładać. Nie chcę ranić ani ciebie, ani Hani.

Pokiwałam głową. Co miałam powiedzieć? Że to też moja decyzja? Że mi ulżyło? Że coś we mnie umarło już kilka dni temu, kiedy usłyszałam, że rozważa odejście?

– W porządku – odpowiedziałam tylko. – Spakuj się jutro, kiedy Hania będzie w przedszkolu. Powiem jej, że musisz wyjechać w delegację.

Skinął głową. A potem wyszedł. Nawet nie wiem, czy się obejrzał.

Julia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama