Reklama

Walentynki zawsze były dla mnie czymś więcej niż tylko komercyjnym świętem. To był taki mały rytuał, w którym mogliśmy – choćby na jeden wieczór – zapomnieć o codziennych obowiązkach, przyziemnych problemach i rutynie. Odkąd wyszłam za Marcela, przekonywałam siebie, że może z czasem nauczy się doceniać takie drobiazgi jak wspólna kolacja przy świecach, czy mały prezent wybrany z myślą o drugiej osobie. Tym razem marzyłam o czymś wyjątkowym: o prawdziwej dubajskiej czekoladzie, o której słyszałam tyle zachwytów od znajomej. Miała być nie tylko słodkim upominkiem, ale symbolem, że mąż potrafi mnie zaskoczyć i docenić moje pragnienia. Niestety, jak zwykle rzeczywistość postanowiła zweryfikować moje oczekiwania. Zamiast bajki, czekała mnie zupełnie inna historia.

Pragnienie z nutą egzotyki

Wszystko zaczęło się kilka tygodni przed Walentynkami. Siedziałam z koleżankami w kawiarni, kiedy Agata, zawsze pełna energii i nowych pomysłów, wyjęła z torebki niewielkie, złote pudełko.

– Spróbujcie tego, przywiozłam z Dubaju – powiedziała, a jej oczy rozbłysły z ekscytacji.

Delikatnie otworzyła opakowanie, a w środku leżały maleńkie, błyszczące pralinki. Ich zapach od razu skojarzył mi się z czymś niezwykle luksusowym, czymś, co widzi się tylko na zdjęciach z drogich folderów. Gdy tylko spróbowałam jednej, przez chwilę wszystko inne przestało istnieć – aksamitna, gęsta czekolada rozpływała się na języku, a nuty orientalnych przypraw zostawały ze mną jeszcze długo po ostatnim kęsie.

Wracając tego wieczoru do domu, nie mogłam przestać o nich myśleć. Pomyślałam, że gdyby Marcel podarował mi na Walentynki taką czekoladę, poczułabym się wyjątkowo. Zamarzyłam, żeby w tym roku dostać coś, co nie tylko zachwyci podniebienie, ale i udowodni, że mąż naprawdę mnie zna i słucha. Przez kilka dni subtelnie wspominałam mu o dubajskich słodkościach, mając nadzieję, że zrozumie aluzję. Jednak, jak się miało okazać, Marcel miał własny pomysł na to święto.

Bałam się, że to nie wypali

Im bliżej było do Walentynek, tym bardziej starałam się naprowadzić Marcela na mój pomysł.

– Wiesz, podobno ta dubajska czekolada to absolutny hit – rzuciłam podczas wspólnego obiadu, licząc, że zapamięta.

Zbył mnie machnięciem ręki i przewrócił oczami.

– Zwykła czekolada, tylko cena pewnie z kosmosu – mruknął, nawet nie patrząc w moją stronę.

Usiłowałam nie brać tego do siebie, choć w środku poczułam znajome ukłucie rozczarowania. Zbliżał się dzień zakochanych. W pracy koleżanki z ekscytacją opowiadały o planowanych prezentach, romantycznych kolacjach, a ja coraz mocniej czułam, jak moja wizja wyjątkowego wieczoru rozmywa się w codzienności. Wieczorem, zagadnęłam jeszcze raz:

– Myślisz, że w tym roku zaskoczymy się czymś naprawdę wyjątkowym? – Znowu ta twoja mania prezentów – westchnął Marcel. – Przecież ważniejsze, żebyśmy po prostu byli razem.

Nie rozumiał, że dla mnie to nie tylko prezent, ale symbol tego, czy wciąż potrafimy się starać. Czułam, że jeśli tym razem znów wszystko potoczy się jak zawsze, trudno będzie mi ukryć żal. Bałam się, że znowu zostanę z poczuciem, że moje potrzeby są mniej ważne.

Mąż uznał to za fanaberie

W dniu Walentynek wróciłam z pracy nieco wcześniej, pełna niepokoju i dziwnej nadziei. Marcel był już w domu, siedział przy komputerze i coś pisał. Czułam, jak serce bije mi mocniej – może jednak się postarał, może tylko udawał obojętność? Rozejrzałam się po salonie, szukając śladów niespodzianki. Nic nie przyciągało mojej uwagi, żadnej ozdoby, żadnego zapachu świec czy kwiatów. W końcu zebrałam się na odwagę i podeszłam do niego.

– Marcel, może byśmy dziś gdzieś wyszli? Może… – zaczęłam, ale przerwał mi bez mrugnięcia okiem.

– Już zamówiłem pizzę, nie przesadzajmy z tym świętem. Czekolada z Dubaju? Serio? – zaśmiał się cicho, jakby mój pomysł był zupełnie absurdalny. – Przecież mamy tyle fajnych słodyczy w Polsce, po co przepłacać za jakiś zachcianki?

Poczułam, jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody na głowę. Próbowałam się nie denerwować, ale czułam narastającą frustrację.

– Czasem warto zrobić coś wyjątkowego – powiedziałam cicho. – W wyjątkowe dni, dla wyjątkowej osoby.

– Tak, a potem pół wypłaty idzie na jakieś fanaberie – rzucił ze złością. Zamknęłam się w sobie, wiedząc już, że ten wieczór nie będzie miał nic wspólnego z moimi marzeniami.

Nie chodziło mi o cenę

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, a między nami leżało pudełko tanich czekoladek z marketu. Marcel włączył telewizor i udawał, że nie widzi mojego przygaszenia. W pewnym momencie nie wytrzymałam.

– Naprawdę myślisz, że chodzi mi o cenę? – zapytałam z goryczą w głosie.

– Chciałam poczuć, że mnie słuchasz, że potrafisz sprawić mi przyjemność, a ty zawsze wszystko sprowadzasz do pieniędzy.

– No przepraszam bardzo, ale nie jestem bankomatem – odburknął, nawet nie odrywając wzroku od ekranu. – Może jeszcze zacznę sprowadzać perfumy z Paryża albo biżuterię z Włoch?

– Przecież nie chcę prezentów co tydzień! – głos mi zadrżał. – Czasem chciałabym poczuć, że naprawdę się starasz. Że nie jestem tylko kolejnym obowiązkiem do odhaczenia. Walentynki miały być okazją, żeby wyjść poza codzienność.

Marcel odłożył pilot, patrząc na mnie z irytacją.

– Czyli jak nie przyniosę ci egzotycznej czekolady, to znaczy, że cię nie kocham? Tak? Westchnęłam ciężko, czując, jak ogarnia mnie bezsilność.

– Nie rozumiesz mnie wcale – szepnęłam. – Może wcale nie chcesz zrozumieć.

Zapadła długa cisza. Każde z nas zamknęło się w swoim rozczarowaniu.

Chciałam poczuć się ważna

Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Marcel już wyszedł do pracy, zostawiając po sobie ciszę, która ciążyła bardziej niż jakiekolwiek słowa. Przez kilka godzin krzątałam się po mieszkaniu, próbując znaleźć sobie zajęcie, żeby nie myśleć o tym, jak bardzo zawiodłam się na naszym święcie. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że przecież to tylko prezent, tylko czekolada, a jednak miałam wrażenie, że chodziło o coś znacznie ważniejszego. Przez głowę przewijały mi się obrazy sprzed lat, kiedy jeszcze potrafiliśmy cieszyć się drobiazgami, kiedy nawet zwykła kawa zrobiona rano była dla nas powodem do uśmiechu. Wieczorem, gdy Marcel wrócił, milczeliśmy przez dłuższą chwilę. W końcu podszedł do mnie z niepewną miną.

– Może przesadziłem wczoraj – powiedział cicho. – Po prostu… czasem nie rozumiem tych twoich oczekiwań.

– Ja też siebie czasem nie rozumiem – przyznałam. – Może za bardzo wierzę w te drobne gesty. Chciałam poczuć, że jestem ważna, nie tylko od święta.

Marcel spojrzał na mnie, jakby po raz pierwszy od dawna widział mnie naprawdę. Jednak żadne z nas nie miało już siły wracać do wczorajszej kłótni. Pozostała między nami cicha zgoda na to, że nie wszystko można naprawić od razu.

Zrozumieć swoje potrzeby

W kolejnych dniach unikaliśmy rozmów o Walentynkach, jakbyśmy bali się, że powrót do tamtej sprzeczki tylko pogłębi dystans. Zajęliśmy się codziennością, pozwalając, by czas powoli łagodził emocje. Mimo to ciągle miałam w głowie tamten wieczór i swoje niespełnione oczekiwania. Zrozumiałam, że dla Marcela czekolada z Dubaju była symbolem rozrzutności, podczas gdy dla mnie – znakiem, że potrafi o mnie myśleć i chce mi sprawić radość. Niby nic wielkiego, a jednak wywołało lawinę emocji. Pewnego wieczoru usiedliśmy razem, każde z kubkiem herbaty. Marcel spojrzał na mnie i powiedział cicho:

– Wiem, że cię zawiodłem. Nie chcę, żebyś czuła się nieważna. Po prostu czasem nie wiem, jak cię uszczęśliwić.

Poczułam wtedy, że bardziej niż czekolady, brakuje mi szczerej rozmowy. Może nie dostanę nigdy egzotycznych słodyczy, może Walentynki już zawsze będą zwykłym dniem, ale jeśli nauczymy się mówić o tym, co dla nas ważne, nie będziemy już tacy samotni obok siebie. Przestałam oczekiwać, że Marcel sam się domyśli. Teraz wiem, że warto mówić głośno o swoich potrzebach – nawet jeśli nie zawsze zostaną spełnione.

Klara, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama