„Marzyłam o dziecku, ale mąż zawsze znajdywał jakieś wymówki. Skoro tak się wzbraniał, to pomoc znalazłam za płotem”
„Kiedy poruszałam kwestię dziecka, natychmiast milkł albo zmieniał temat. Przez lata żyłam w cieniu jego wymówek. Mówił, że jeszcze nie czas, że trzeba się finansowo ustabilizować, że świat jest zbyt okrutny, żeby sprowadzać na niego nowe życie. Aż w końcu przestałam czekać na jego zgodę”.

- Redakcja
Z zewnątrz wyglądało to wszystko dość zwyczajnie. Małżeństwo z kilkuletnim stażem, bez większych dramatów, bez większych namiętności. Miałam ładne mieszkanie, męża, kota z rodowodem i kredyt hipoteczny na dwadzieścia pięć lat. Z pozoru – pełna stabilizacja. Znajomi mówili, że nam zazdroszczą. A ja uśmiechałam się, kiwałam głową i udawałam, że to wszystko rzeczywiście mnie satysfakcjonuje.
Nie wiedzieli, że wieczorami płakałam w poduszkę, marząc o czymś, czego mój mąż nigdy nie chciał mi dać – o dziecku. On zawsze miał czas, by posprzątać balkon, przeczytać kolejną książkę o samodoskonaleniu i policzyć kalorie w kolacji. Jednak kiedy poruszałam kwestię dziecka, natychmiast milkł albo zmieniał temat. Przez lata żyłam w cieniu jego wymówek. Mówił, że jeszcze nie czas, że trzeba się finansowo ustabilizować, że świat jest zbyt okrutny, żeby sprowadzać na niego nowe życie. Aż w końcu przestałam czekać na jego zgodę.
Tylko traciłam czas
Nie wiem, czy to było wyrachowanie, czy po prostu desperacja. Wiem tylko, że kiedyś wróciłam do domu, rzuciłam klucze na komodę i powiedziałam do Marka:
– Musimy porozmawiać.
Nawet nie podniósł wzroku znad laptopa. Zawsze robił tak, kiedy nie miał ochoty mnie słuchać.
– Teraz? Mam ważne spotkanie za dwadzieścia minut.
– Tak, teraz. Znowu to odwlekasz.
Z westchnieniem zamknął pokrywę laptopa i spojrzał na mnie jak na natrętną sąsiadkę, która przyszła pożyczyć cukier.
– Co znowu? Przecież rozmawialiśmy o tym setki razy.
– Nie chcę mieć czterdziestki i dopiero wtedy zacząć się starać. Po prostu chcę być mamą.
– W tym kraju? Z naszą pensją? Z tymi cenami? Serio?
Prychnęłam.
– Ty byś się nawet na psa nie zdecydował, bo trzeba go szczepić. To nie chodzi o pieniądze, tylko o to, że ty po prostu nie chcesz. Nigdy nie chciałeś.
– Nieprawda. Chcę, tylko nie teraz.
– Kiedy? W przyszłym życiu?
Zamilkł. Wiedziałam, że nie powie nic sensownego. Widziałam to już wiele razy – jego milczenie, to jego unikanie odpowiedzialności. I nagle dotarło do mnie, że marnuję czas. Że nie mogę dłużej czekać na faceta, który bardziej kocha swój kalendarz niż własną żonę. Nie powiedziałam tego na głos. Wstałam tylko, zabrałam telefon i poszłam do łazienki. Tam napisałam wiadomość do sąsiada.
„Jesteś dzisiaj sam?”.
Działałam w desperacji
Sąsiad odpisał po minucie.
„Tak. Coś się stało?”.
Przez chwilę wpatrywałam się w ekran, szukając właściwych słów. Zamiast tego wysłałam krótkie:
„Mogę wpaść na chwilę?”.
Nie czekałam na odpowiedź. Znałam go na tyle, żeby wiedzieć, że nie odmówi. Od zawsze miałam wrażenie, że mu się podobam – zbyt długo trzymał spojrzenie, zbyt często zagadywał o byle co przy śmietniku. I choć nigdy nie przekroczył granicy, czułam, że wystarczy jeden krok. Zapukałam cicho. Otworzył niemal od razu, w dresie, z kubkiem herbaty w ręce.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
– Tak… znaczy, nie wiem. Mogę wejść?
– Jasne, chodź.
Usiadłam na kanapie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. A potem, zanim zdążyłam się rozmyślić, powiedziałam:
– Potrzebuję cię.
Uniósł brwi, ale nie zażartował, jak się spodziewałam.
– W sensie…?
– Chcę dziecka. I wiem, że to brzmi absurdalnie. I wiem, że nie powinno się tak załatwiać takich spraw, ale... Marek nie chce. Od lat. A ja nie chcę już żyć jak kaktus w pustyni.
Patrzył na mnie dłuższą chwilę.
– I myślisz, że to ja mam ci w tym pomóc?
– Myślę, że jesteś jedynym, komu ufam na tyle, żeby cię o to poprosić.
Nie powiedział nic. Odstawił kubek na stół. Potem usiadł bliżej.
– Jesteś tego pewna?
Skinęłam głową.
– Jak nigdy w życiu.
Czułam się z tym dziwnie
Po wszystkim długo milczeliśmy. Leżałam obok niego i w końcu odezwałam się cicho:
– Nie będziesz miał do mnie żalu?
– Za co?
– Że... wykorzystałam cię do spełnienia mojego planu.
Uśmiechnął się pod nosem.
– Myślisz, że nie wiedziałem, do czego to zmierza, jak tylko zapytałaś, czy jesteś dzisiaj sam?
Podniosłam na niego wzrok.
– I co? Nie miałeś oporów?
– Miałem. Jasne, że miałem. Tylko potem sobie pomyślałem... Może to właśnie jest ten moment, kiedy robimy coś szalonego, a nie tylko rozsądnego.
– Szalonego to na pewno.
– Wiesz, że jak coś z tego będzie, to… to nie będzie tylko twoje?
– Wiem. I może to głupie, ale... mam do ciebie większe zaufanie niż do własnego męża.
Westchnął.
– No, to o nim pogadajmy. Co teraz?
– Teraz? Teraz nic. Żyjemy dalej. Nikt nie musi wiedzieć. Chciałam dziecka, nie rozwodu. Nie dramatu. Nie sensacji.
– A ja?
– Ty… jesteś kimś, kogo zawsze będę szanować. I jeżeli kiedyś... będziesz chciał być częścią tego małego życia – będziesz. Jeśli nie, zrozumiem.
Popatrzył na mnie z powagą, której się po nim nie spodziewałam.
– Wiesz, nie sądziłem, że takie rozmowy kiedykolwiek mnie spotkają. Jednak skoro już jesteśmy w tym razem... to nie zamierzam uciekać.
Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy od miesięcy – naprawdę szczerze.
Miałam mieszane uczucia
Minęły trzy miesiące, zanim zrobiłam test. I choć objawy były oczywiste – poranne mdłości, zawroty głowy, nieznośny zapach kawy – wciąż nie potrafiłam w to uwierzyć. Dopiero widok dwóch kresek sprawił, że się rozpłakałam.
– Co się dzieje? – Marek zapukał w drzwi. – Źle się czujesz?
– Nie... Wszystko w porządku.
– To, czemu płaczesz?
– Po prostu... mam dzień emocjonalny. Hormony, wiesz...
Wiedział, ale nie połączył kropek. I dobrze. Nie chciałam tego momentu dzielić z nim. To nie jego święto. Wieczorem napisałam do sąsiada.
„Możesz zejść na chwilę?”.
Przyszedł po pięciu minutach, bez zadawania pytań. Widziałam w jego oczach niepokój.
– Co się stało?
Podałam mu test ciążowy bez słowa. Wziął go ostrożnie, spojrzał, a potem na mnie.
– To...
– Tak. Wygląda na to, że jesteś bohaterem tej historii.
Przez chwilę nic nie mówił.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
– I co teraz?
– Teraz nic. Uśmiechniesz się, pogratulujesz mi i pójdziesz do siebie.
– Tyle?
– Tyle. Chyba że... chciałbyś więcej.
Popatrzył na mnie z lekko ironicznym uśmiechem.
– A mogę?
– Może.
Skinął głową. Potem wstał, podszedł do mnie i mnie przytulił.
– No to spróbujmy, co?
Nie odpowiedziałam. Tylko zamknęłam oczy.
Zamarłam
Wszystko szło zaskakująco gładko. Marek był przekonany, że zdarzył się cud i chodził po mieszkaniu jak paw. Nagle jego wymówki zniknęły. Kupował mi sok z buraków, czytał fora o wyprawkach i planował, jak przerobić gabinet na pokój dziecięcy.
– Widzisz? – mówił, głaszcząc mnie po brzuchu, który ledwo się zaokrąglał. – Mówiłem, że jeszcze będzie czas. Trzeba było poczekać.
– No tak – uśmiechałam się krzywo. – Czas był idealny. Sam spadł z nieba.
Sąsiad nie dopytywał. Nie narzucał się. Przychodził czasem, gdy Marek był w pracy. Przynosił jogurt, mówił coś zabawnego, oglądaliśmy jakiś serial. Milczące porozumienie, bez presji. A ja coraz częściej myślałam, że to on powinien być przy mnie, gdy nasze dziecko będzie stawiać pierwsze kroki. Któregoś dnia Marek wpadł do mieszkania z wypiekami na twarzy.
– Mam pomysł na imię! Jeśli to dziewczynka, co powiesz na… Oliwka?
Zamarłam.
– Oliwka?
– No. Śliczne, prawda? Takie delikatne.
– Skąd ci się to wzięło?
– Nie wiem, po prostu przyszło mi do głowy. Kojarzy mi się z ciepłem. Z tobą.
Uśmiechnęłam się blado. Wieczorem napisałam do sąsiada.
„Jeśli będzie dziewczynka, nazwiemy ją Oliwka”.
Po chwili przyszła odpowiedź.
„Piękne imię”.
Nie żałuję
Oliwka ma siedem lat. Ma burzę jasnych włosów i te same oczy, co jej biologiczny ojciec. Marek tego nie zauważa – albo nie chce zauważać. Jest ojcem na papierze, na zdjęciach, na zebraniach w przedszkolu. I to mu wystarcza. Mnie… nie zawsze. Sąsiad nadal mieszka piętro niżej. Ma dziewczynę, z którą widuję go na spacerach. Czasem, kiedy mijamy się w parku, Oliwka biegnie do niego jak do starego przyjaciela. A on klęka i łapie ją w objęcia, jakby to było dla niego najważniejsze dziesięć sekund dnia.
– Cześć, księżniczko. Co tam dzisiaj malowałaś?
– Konika! I słońce. Takie duże!
Stoję kilka kroków dalej, udając, że to nic takiego. Że to przypadkowe spotkanie, zwykła uprzejmość. Jednak prawda jest taka, że tylko przy nim Oliwka rozkwita. Jest spokojniejsza, ufniejsza. Jakby wyczuwała, że ten mężczyzna ma z nią coś więcej wspólnego niż wspólny śmiech. Czasem myślę, że powinnam mu powiedzieć. A potem patrzę na Marka, jak czyta jej wieczorem bajki, jak całuje ją w czoło i zasypia obok jej łóżeczka – i nie mam serca mu tego zabrać. Może to nie jest uczciwe. Może to tchórzostwo. Jednak to też forma miłości – pozwolić ludziom na chwile szczęścia. A ja? Mam swoją upragnioną córkę.
Joanna, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Moja córka zmienia chłopaków jak rękawiczki. Boję się, że zmarnuje sobie życie i przyniesie tylko wstyd rodzinie”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik baskijski i czekałam na wnuki. Ale młodzi pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy chcą kasy”