Reklama

Zawsze byłam kobietą z klasą. Mimo skromnych środków dbałam o siebie, pachniałam dobrze, nosiłam dopasowane ubrania i nie pozwalałam sobie na bylejakość. Uważałam, że godność nie zależy od grubości portfela, ale od smaku, który się ma. Dzień Babci to dla mnie coś więcej niż data w kalendarzu – to moment, w którym oczekuję, że moje dzieci i wnuki pokażą, że pamiętają. Że rozumieją, ile serca włożyłam w ich wychowanie, ile wieczorów poświęciłam na opowieści, ciasteczka, przytulaski. W tym roku miałam jedno, małe marzenie – eleganckie perfumy. Nic wielkiego, niechby chociaż flakonik ładnie wyglądał. I kiedy otworzyłam ten nieszczęsny prezent od wnuczki, poczułam... no cóż, może nie od razu zapach. Najpierw poczułam złość. A potem coś gorszego.

Dała mi tanią podróbkę

Zuzanna, moja najstarsza wnuczka, od zawsze była zaradna. Już jako dziecko liczyła drobniaki w słoiku i sprzedawała lemoniadę sąsiadom. Wszyscy mówili: „Ona to sobie w życiu poradzi!”. No i poradziła sobie – ma pracę w korporacji, mieszkanie w stolicy i chłopaka, który jeździ jakimś elektrycznym cudem, choć wygląda jak karton na kołach. Nie będę ukrywać– liczyłam, że skoro wiedzie jej się dobrze, z okazji Dnia Babci przygotuje coś wyjątkowego. W końcu nie codziennie ma się okazję uhonorować kobietę, która podcierała ci nos, gdy miałaś trzy lata. Kiedy przyszła tego dnia z papierową torbą z logo jakiegoś dyskontu, zdziwiłam się, ale nie powiedziałam nic. Uśmiechała się, była zadowolona z siebie.

– Babciu, coś specjalnego dla ciebie – powiedziała z dumą i wręczyła mi pakunek zawinięty w tanią, brokatową torebkę.

Rozdarłam papier z ciekawością. Zobaczyłam flakon, który przypominał znaną markę, ale już sama nazwa zdradzała podróbkę. Zamiast „Belle de Nuit” widniało „Bel de Nuii”. Spojrzałam na nią. Uśmiechała się dalej, jakby dała mi coś wyjątkowego. A mnie aż ścisnęło w żołądku.

– Dziękuję, kochanie... – wykrztusiłam.

Bolała mnie ta bylejakość

Wzięłam flakonik do ręki. Lekki jak piórko, plastikowy korek, krzywo przyklejona etykieta. Odkręciłam ostrożnie i powąchałam. Zapach był... jakby ktoś próbował naśladować coś eleganckiego, ale wyszło mu mydło zmieszane z cytrynowym odświeżaczem powietrza. Powstrzymałam grymas. Nie chciałam jej sprawić przykrości. W końcu może naprawdę myślała, że robi mi przyjemność. Zuzanna usiadła na fotelu naprzeciwko mnie, rozglądając się po pokoju.

– Trochę się spieszyłam, ale pomyślałam, że perfumy to coś w sam raz dla ciebie. Eleganckie, kobiece. Prawda?

Wbiłam wzrok w kubek z herbatą, by nie musieć patrzeć jej w oczy. Chciałam jej powiedzieć, że bardziej niż sam prezent bolała mnie jego bylejakość. To nie był drobiazg od serca. To było coś złapanego na ostatnią chwilę między paczką makaronu a mlekiem w promocji.

– Tak, rzeczywiście... kobiece – odpowiedziałam sucho.

Nie pytała więcej. Może nie chciała usłyszeć prawdy. Siedziała jeszcze chwilę, potem wstała, rzucając:

– No to lecę. Jeszcze muszę zdążyć do Eryka.

Zostałam sama z tym nieszczęsnym flakonikiem. Postawiłam go na półce obok zdjęcia mojego męża. On wiedział, co mi się podoba. On nigdy nie dałby mi czegoś takiego.

Nie mogłam tego znieść

Wieczorem usiadłam w fotelu, otulona kocem, patrząc na półkę, gdzie stał ten nieszczęsny flakonik. Obok uśmiechał się do mnie z fotografii mój Władek. Przypomniałam sobie naszą pierwszą rocznicę ślubu. Kupił mi wtedy mały flakon perfum — prawdziwych, eleganckich, z delikatnym, kwiatowym zapachem, który unosił się za mną przez cały dzień. To był luksus, na który zbierał kilka miesięcy. Nie dlatego, że musiał. Chciał. Chciał sprawić mi radość.

Wzięłam tamten flakon do ręki. Był pusty, ale nigdy go nie wyrzuciłam. To było coś więcej niż szkło i zapach. To była pamięć. Zuzanna, widocznie, tego nie rozumiała. I to mnie bolało najbardziej – nie sam prezent, lecz brak starania, brak uważności, brak serca. Pomyślałam o mojej młodszej wnuczce, Hani. Zawsze rysowała mi kartki, lepiła coś z modeliny, piekła babeczki. Może i nie miała pieniędzy, ale miała chęci. Miała serce. Wstałam, sięgnęłam po flakonik z dyskontu i schowałam go do szuflady. Nie chciałam go więcej widzieć. Może to dziecinne, ale nie mogłam patrzeć na niego bez przykrego ukłucia w sercu. Włączyłam radio. Leciał jakiś walc. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie, jak tańczyliśmy z Władkiem w kuchni.

Chyba powinna to wiedzieć

Dwa dni później zadzwoniła Hania. Jej głos zawsze mnie rozczulał. Zapytała, czy może wpaść po lekcjach na herbatę. Zgodziłam się z radością, choć w środku nadal nosiłam tamto rozczarowanie. Przyszła z pudełkiem domowych ciasteczek. Pachniały cynamonem i ciepłem. Przysiadła przy stole, zsunęła z siebie kurtkę i spojrzała na mnie uważnie.

– Babciu... Zuzia mówiła, że chyba coś poszło nie tak z jej prezentem.

Zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się, że temat wróci.

Nie chodzi o prezent – odpowiedziałam po chwili ciszy. – Tylko o to, że miał być od serca. A wyglądał, jakby był z braku pomysłu. Jakby mnie nie znała.

Hania przygryzła wargę.

– Ona… mówiła, że się spieszyła. Że źle to rozegrała. Chciała dobrze, tylko jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę.

Westchnęłam. Wiedziałam, że to prawda. Zuzia zawsze była zapracowana, w biegu, ze wszystkim spóźniona. Może rzeczywiście chciała dobrze, ale wyszło jak wyszło.

– To może powinnam jej powiedzieć, co czuję? – zapytałam półgłosem.

Hania skinęła głową.

– Myślę, że powinnaś. Ona się nie domyśli. I chyba byłoby jej przykro, gdyby się dowiedziała później, że to cię zabolało.

Nie chciałam pustych gestów

Zadzwoniłam do Zuzi następnego dnia. Umówiłyśmy się na herbatę. Przyszła punktualnie, co już samo w sobie było zaskoczeniem. Usiadła przy stole i zerkając na mnie niepewnie, zapytała:

– Wszystko w porządku, babciu?

Zaparzyłam herbatę, postawiłam na stole talerz z ciastkami, które przyniosła Hania. Usiadłam naprzeciwko niej. Przez chwilę patrzyłam, jak bawi się łyżeczką, jak unika mojego wzroku.

– Zuzanno – zaczęłam spokojnie – wiem, że nie o rzeczy chodzi. Ale ten prezent… on był dla mnie symbolem tego, jak mnie widzisz. Jak mnie traktujesz.

Spojrzała na mnie zdziwiona, może nawet trochę urażona.

– Przecież chciałam sprawić ci przyjemność – powiedziała cicho. – Myślałam, że perfumy to elegancki prezent. Może nie były drogie, ale…

– Wiem. I doceniam, że pomyślałaś o mnie. Tylko... zabrakło tam ciebie. Twojej uwagi, zaangażowania. Czasem tania rzecz może być wartościowa, jeśli się ją wybierze z sercem. A czasem coś droższego jest tylko pustym gestem.

Milczała chwilę, potem spuściła głowę.

– Przepraszam, babciu. Masz rację. Byłam w biegu, zrobiłam to bezmyślnie. Obiecuję, że się poprawię.

Poczułam ulgę. Nie chodziło już o perfumy. Chodziło o nas.

Nie o zapach chodziło

Minęło kilka dni. Flakonik z dyskontu nadal leżał w szufladzie, ale już mnie nie drażnił. Zuza zadzwoniła w sobotę rano, pytając, czy może mnie zabrać na spacer. Zgodziłam się bez wahania. Na dworze było chłodno, ale świeciło słońce. Poszłyśmy do parku, który pamiętał jeszcze, jak uczyła się tam jeździć na rowerze.

– Babciu – zaczęła, kiedy usiadłyśmy na ławce – wiesz, co zrobiłam po tamtej rozmowie?

Spojrzałam na nią pytająco.

Pojechałam do perfumerii. Spędziłam tam godzinę z ekspedientką. Wąchałam wszystko. Chciałam znaleźć zapach, który naprawdę by ci pasował.

– I znalazłaś?

Uśmiechnęła się, wyciągając z torby niewielki pakunek.

– Tak. I nawet poprosiłam o próbkę dla siebie. Chcę pachnieć jak ty. Choć trochę.

Otworzyłam pudełko. Flakon był prosty, klasyczny. Pachniał kwiatowo, ciepło, znajomo. Zrobiło mi się miękko na sercu.

– Dziękuję – powiedziałam cicho. – Teraz to naprawdę coś od ciebie.

Uścisnęłam jej dłoń. Nie chodziło o zapach. Chodziło o czas, o myśl, o bliskość. Czasem trzeba jednej rozmowy, by wszystko zrozumieć. A czasem jednej kropli perfum, by poczuć się znowu ważną.

Wiesława, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama