„Marzyłam o prawdziwych pączkach z różą puszystych jak chmurka. Niestety mój skąpy mąż kupił mi tanie podróby z dyskontu”
„– Mój Bartek wstał godzinę wcześniej, żeby zdążyć przed pracą do tej nowej pączkarni na rynku – zachwycała się Kaśka, popijając kawę. – Kupił z pistacjami i białą czekoladą. Niebo w gębie, mówię wam. Uśmiechałam się blado, czując ukłucie zazdrości. Nie o te pistacje mi chodziło, ale o miły gest”.

- Redakcja
Miało być słodko, tradycyjnie i chociaż raz w roku – bez patrzenia na cenę. Marzyłam o puszystym cieście, które ugina się pod palcami, o zapachu prawdziwej skórki pomarańczowej i nadzieniu z dzikiej róży, które nie smakuje jak chemiczny żel. Zamiast tego dostałam foliową tackę pełną smutnych, bladych kul, które w składzie miały więcej tablicy Mendelejewa niż mąki. Kiedy Marek z dumnym uśmiechem położył na stole paragon, triumfalnie ogłaszając, ile „zaoszczędziliśmy”, coś we mnie pękło. To nie był tylko tłuszcz palmowy na moich ustach. To był gorzki smak rozczarowania człowiekiem, dla którego dobra jakość i moje przyjemności są warte mniej niż dwa złote różnicy na sztuce.
Marek był potwornie oszczędny
Tłusty czwartek to w moim rodzinnym domu było święto. Pamiętam, jak moja babcia wstawała o czwartej rano, żeby nastawić zaczyn. Cały dom pachniał drożdżami i pomarańczą. Nie byliśmy bogaci, naprawdę, żyliśmy skromnie, ale w ten jeden dzień w roku na stole lądowało to, co najlepsze. Prawdziwe masło, wiejskie jajka, domowa konfitura. Chodziło o celebrowanie życia. O ten moment, kiedy gryziesz jeszcze ciepłego pączka i czujesz, że świat jest dobrym miejscem.
Wyszłam za Marka dziesięć lat temu. Wiedziałam, że jest oszczędny. Na początku nawet mi to imponowało. Nazywałam to „gospodarnością”. Kiedy na randkach zamiast do restauracji zapraszał mnie na spacer z termosem herbaty, myślałam: „Jaki on romantyczny i pragmatyczny”. Kiedy na nasze pierwsze wspólne wakacje pojechaliśmy z bagażnikiem wypchanym słoikami, żeby nie wydawać na jedzenie w knajpach, tłumaczyłam sobie, że budujemy naszą przyszłość, odkładamy na mieszkanie. Ale mieszkanie już dawno mamy. Mamy samochód, mamy oszczędności na koncie. A mimo to, życie z Markiem zaczyna przypominać nieustanny bieg z przeszkodami, gdzie główną przeszkodą jest wydanie jakiejkolwiek złotówki, która nie jest absolutnie niezbędna do przetrwania biologicznego.
Tłusty czwartek miał być inny
– Marek, kochanie – mówiłam, głaszcząc go po ramieniu, gdy oglądaliśmy wieczorne wiadomości. – W tym roku, proszę cię, kup pączki w tej małej cukierni na rogu. Wiesz, u pana Staszka. Tam są najlepsze.
– U Staszka? – prychnął, nie odrywając wzroku od telewizora. – Sylwia, czy ty widziałaś ich ceny? Osiem złotych za pączka! To jest rozbój w biały dzień. Mąka kosztuje grosze, cukier też.
– Ale to jest rzemiosło, Marek. Prawdziwe składniki. Raz w roku możemy sobie pozwolić. Kupisz cztery sztuki, dla nas i dla dzieci. To tylko trzydzieści złotych.
– Zobaczymy – mruknął, co w jego języku oznaczało: „Zrobię po swojemu, a ty i tak zjesz to, co przyniosę”.
Powinnam była wtedy wiedzieć. Powinnam była sama pójść i stać w tej kolejce, nawet w deszczu. Ale chciałam wierzyć, że on zrozumie. Że zrobi to dla mnie. Że ten jeden raz nie przeliczy mojej radości na procenty w tabelkach.
Serce mi po prostu zamarło
Obudziłam się w czwartek z nadzieją. W pracy wszyscy rozmawiali o pączkach. Koleżanki z biurka obok licytowały się, która cukiernia w mieście ma lepszy lukier, a która dba o to, żeby pączki były smażone na smalcu, a nie we fryturze.
– Mój Bartek wstał godzinę wcześniej, żeby zdążyć przed pracą do tej nowej pączkarni na rynku – zachwycała się Kaśka, popijając kawę. – Kupił z pistacjami i białą czekoladą. Niebo w gębie, mówię wam.
Uśmiechałam się blado, czując ukłucie zazdrości. Nie o te pistacje mi chodziło, ale o gest. O to, że Bartek pomyślał: „Moja żona lubi te dobre, więc postoję w kolejce”. Wysłałam Markowi SMS-a koło południa: „Pamiętasz o pączkach? Tylko błagam, nie jakieś marketowe. Dzieciaki czekają na te pyszne z prawdziwą różą”. Odpisał krótko: „Załatwione. Będziecie zadowoleni”. Wróciłam do domu wcześniej, żeby przygotować kawę. Wyciągnęłam naszą ładną porcelanę, tę ślubną, której prawie nie używamy, bo Marek twierdzi, że mycie jej zużywa za dużo wody. Chciałam zrobić nastrój. Dzieciaki, siedmioletnia Lenka i dziesięcioletni Kuba, kręciły się po kuchni.
– Mamo, a tata kupi te z dużą ilością lukru? – dopytywała Lenka.
– Na pewno, kochanie – zapewniałam, choć w żołądku czułam dziwny ucisk.
O siedemnastej usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Wszedł. W jednej ręce trzymał teczkę z pracy, w drugiej... wielką, szeleszczącą, jaskrawą reklamówkę z logo najtańszego dyskontu w mieście. Serce mi zamarło. To nie było małe pudełeczko przewiązane sznurkiem z cukierni pana Staszka. To był tani plastik.
– Jestem! – zawołał triumfalnie, stawiając reklamówkę na stole kuchennym. – I co? Mówiłem, że załatwię.
Zajrzałam do środka. Leżało tam, rzucone niedbale, plastikowe opakowanie zbiorcze. Dwanaście sztuk. Dwanaście spłaszczonych, lekko wilgotnych pączków, które wyglądały, jakby ktoś na nich usiadł. Lukier nie był biały, tylko przezroczysto-szary, a posypka z kandyzowanej skórki pomarańczowej wyglądała jak drobno posiekana marchewka.
– Marek... – zaczęłam cicho, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Przecież prosiłam.
– O co ci chodzi? – Zdziwił się, zdejmując kurtkę. – Pączki to pączki. A wiesz, jaka była cena? Sześćdziesiąt dziewięć groszy za sztukę! Rozumiesz to? Ludzie stoją jak barany w kolejkach, płacą po osiem złotych, a ja wziąłem dwanaście za mniej niż dychę. Czysty zysk.
Chemia na talerzu
Wyjęłam jeden pączek z opakowania. Był nienaturalnie miękki, jak gąbka do mycia naczyń, która nasiąkła wodą. Nie pachniał drożdżami. Pachniał starym olejem i czymś, co kojarzyło mi się z zapachem nowej wykładziny PCV. Odwróciłam plastikowe pudełko i zaczęłam czytać skład. Litery były mikroskopijne, ale lista ciągnęła się przez pół etykiety.
– Mąka pszenna, tłuszcz palmowy utwardzany, syrop glukozowo-fruktozowy... – czytałam na głos, a z każdym słowem moja złość rosła. – Emulgatory: E471, E472e, E481. Substancje spulchniające, barwniki, karoteny, aromaty identyczne z naturalnym... Marek, tu nie ma ani grama masła! Tu nawet jajek nie ma, jest „masa jajowa pasteryzowana”.
– Nie przesadzaj – machnął ręką, wyciągając sobie jednego „pączka”. Ugryzł wielki kęs. – Dobre są. Słodkie? Słodkie. Czego chcieć więcej? Wy, kobiety, zawsze musicie dorabiać ideologię do jedzenia. To tylko węglowodany, Sylwia.
Patrzyłam na niego i nie poznawałam człowieka, którego kiedyś pokochałam. Czy on naprawdę nie czuje różnicy? Czy jego kubki smakowe obumarły wraz z jego hojnością? A może czuje, tylko jego skąpstwo jest tak potężne, że potrafi zagłuszyć zmysły? Dzieci przybiegły do kuchni. Kuba spojrzał na talerz.
– O, pączki! – zawołał i chwycił jednego. Ugryzł, przeżuł i skrzywił się. – Mamo, one są jakieś dziwne. Takie gumowate. I to w środku piecze w język.
– Bo to jest marmolada wieloowocowa z dodatkiem regulatora kwasowości, synku – powiedziałam z goryczą, patrząc prosto w oczy mężowi. – Tata uznał, że to dla was najlepsze.
Marek poczerwieniał.
– Nie wymyślajcie. Kuba, jedz i nie marudź. Inne dzieci nie mają co jeść, a ty wybrzydzasz. To są normalne pączki z marketu, miliony Polaków je jedzą i żyją.
– Miliony Polaków jedzą byle co, bo muszą, albo nie wiedzą, co jedzą – odparłam ostro. – Ale my nie musimy. Stać nas na to, żeby raz w roku kupić cztery porządne pączki. Stać nas, żeby nie karmić własnych dzieci utwardzonym tłuszczem palmowym. Ty po prostu wolisz, żebyśmy jedli śmieci, byle tylko na koncie zostało te głupie trzydzieści złotych więcej.
Lista grzechów skąpca
To nie był wybuch o pączki. To była lawina, która ruszyła. Pączki były tylko kamykiem, który ją wywołał. Przypomniałam sobie zeszłą zimę. Zepsuł nam się grzejnik w łazience. Było zimno, dzieci chorowały. Prosiłam, żebyśmy wezwali fachowca albo kupili nowy. Marek uparł się, że naprawi sam. „Po co płacić hydraulikowi stówę za przykręcenie śrubki?”. Męczył się z tym trzy tygodnie. Trzy tygodnie myliśmy się w lodowatej łazience, dogrzewając farelką, która pożarła więcej prądu niż kosztowałaby naprawa. Ale on był dumny, że nie dał zarobić „złodziejowi”.
Przypomniałam sobie też moje urodziny. Dostałam od niego perfumy. Podróbkę. Pachniały alkoholem i mydłem. Kiedy zapytałam, dlaczego nie kupił tych, które lubię, powiedział: „To ten sam zapach, tylko w innej butelce. Płacisz za markę, Sylwia, to snobizm”. Wstydziłam się nimi psikać, więc stoją na półce jako wyrzut sumienia. Przypomniałam sobie wędlinę, którą kupuje. Tę, która świeci w ciemności i puszcza wodę po godzinie w lodówce. Ser, który nie jest serem, tylko „wyrobem seropodobnym”.
– Tu nie chodzi o jedzenie, Marek – powiedziałam, odsuwając talerz z nietkniętym pączkiem. – Tu chodzi o to, jak ty nas traktujesz. Traktujesz nas jak pozycje w kosztorysie, które trzeba zminimalizować. Jakbyś chciał wydać na nas jak najmniej, żeby „utrzymać nas przy życiu” najniższym kosztem. Gdzie w tym wszystkim jest miłość? Gdzie jest troska?
Marek odstawił kubek z kawą. Używa tej najtańszej, mielonej, która smakuje jak trociny, bo „kawa to kawa”.
– Ty jesteś niewdzięczna – syknął. – Haruję, dbam o to, żebyśmy nie mieli długów, żebyśmy mieli zabezpieczenie na starość. A ty robisz awanturę o pączka. Myślisz, że pieniądze rosną na drzewach? Że jak wydam pięć dych na słodycze, to będziemy szczęśliwsi?
– Tak! – krzyknęłam, aż Lenka podskoczyła. – Tak, bylibyśmy szczęśliwsi! Bo czulibyśmy, że jesteśmy dla ciebie ważni! Że chcesz nam sprawić przyjemność, a nie tylko nas nakarmić paszą! Co nam po tych oszczędnościach na starość, jeśli teraz żyjemy byle jak? Jeśli nasze wspomnienia to będą gumowate pączki, zimna łazienka i podrabiane perfumy?
Gorzki smak zwycięstwa
Lenka zaczęła płakać. Kuba odłożył nadgryzionego pączka i poszedł do swojego pokoju. Zostaliśmy w kuchni sami, pośrodku pobojowiska emocji, z zapachem starej frytury wiszącym w powietrzu. Marek wstał, zabrał swój talerz i wrzucił resztki pączka do kosza.
– Jak wam nie smakuje, to nie jedzcie. Ja zjem. Do pracy jutro wezmę. Przynajmniej koledzy docenią, że coś przniosłem.
Wyszedł z kuchni, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Zostałam sama z tymi cholernymi pączkami. Patrzyłam na ten szary lukier i czułam, jak robi mi się niedobrze. Nie z głodu, ale z bezsilności. Wzięłam jednego do ręki. Ścisnęłam go. Zamiast pęknąć i wypuścić puszyste wnętrze, zbił się w twardą, lepką kulkę. Wyglądał teraz jak mały kamień. Idealna metafora serca mojego męża. I wtedy zadzwoniła moja mama.
– Cześć córeczko! Jak tam tłusty czwartek? Najadłaś się pyszności? Ja właśnie upiekłam dwie blachy faworków, wpadnijcie jutro.
Zacisnęłam gardło, żeby nie wybuchnąć płaczem do słuchawki.
– Tak, mamo... Marek kupił pączki. Było... słodko.
Skłamałam. Bo co miałam powiedzieć? Że mój mąż woli zaoszczędzić cztery złote, niż zobaczyć uśmiech na twarzy własnego dziecka? Że dla niego moja prośba o odrobinę luksusu to fanaberia? Wieczorem, kiedy dzieci już spały, poszłam do kuchni wyrzucić te pączki. Nie mogłam na nie patrzeć. Ale w ostatniej chwili ręka mi zadrżała. Wiedziałam, co by było. Marek by rano wstał, zobaczył puste pudełko w śmieciach i zrobiłby awanturę o marnowanie jedzenia. O to, że wyrzucam jego ciężko zarobione pieniądze do kosza. Więc zostawiłam je. Przełożyłam do pojemnika, żeby nie wyschły. Niech je sobie bierze do pracy. Niech częstuje kolegów. Ciekawe, czy im też powie, że to okazja za 69 groszy, czy będzie udawał, że to pyszny poczęstunek?
Boję sie, że będzie gorzej
Siedzę teraz w sypialni i piszę te słowa, a Marek chrapie obok. Śpi spokojnie, zadowolony z siebie. Zaoszczędził. Wygrał system. Nie dał się „oszukać” rzemieślniczym cukiernikom. A ja myślę o tym, co będzie dalej. Bo to nie zniknie. To będzie narastać. Dziś pączki z dyskontu, jutro najtańsze buty dla dzieci, pojutrze wakacje na działce pracowniczej, bo „po co płacić za morze, woda to woda”. Zrozumiałam dziś coś przerażającego. Mój mąż nie jest po prostu oszczędny. On jest skąpy. Jego skąpstwo to mur, przez który coraz trudniej się przebić. I najgorsze jest to, że on myśli, że robi to dla nas. Że jest bohaterem, który chroni nas przed złym, drogim światem. A w rzeczywistości odziera nasze życie z kolorów, smaków i radości, zostawiając tylko szarą, tanią egzystencję z terminem ważności przedłużonym przez konserwanty.
Jutro pójdę do pana Staszka. Sama. Kupię cztery pączki. Kupię je dla siebie i dzieci. Zjemy je w samochodzie, w tajemnicy przed tatą. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsze – że normalność i jakość stały się w moim domu konspiracją. Wczoraj myślałam, że najgorsze, co mnie może spotkać w tłusty czwartek, to zgaga. Dziś wiem, że znacznie gorsza jest świadomość, że żyję z człowiekiem, który wycenia moją wartość niżej niż pączka z dyskontu.
Sylwia, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że tanie perfumy na walentynki to sprawka teściowej. Okazało się, że to skąpy mąż ma sporo brudu za uszami”
- „Po pół roku zorientowałam się, że spotykam się z żonatym facetem. Niech cwaniaczek nie liczy, że zostanę jego metresą”
- „Dałam teściowej różę na walentynki, bo chciałam ogrzać jej lodowate serce. To był tylko gwóźdź do mojej trumny”