„Marzyłam o śnieżnym szaleństwie z chłopakiem. Na stoku pokazał, że nawet bałwan ma więcej IQ niż on”
„Zamarłam w miejscu. Ludzie wokół znowu się odwracali. Jakaś kobieta z dzieckiem spojrzała z niesmakiem. Ratownik milczał, patrząc tylko na Mateusza z niedowierzaniem. A ja poczułam, że mi wstyd. Nie za to, że się przewrócił. Za to, jak traktuje innych”.

- Redakcja
Nie wiem, co mnie bardziej kręciło – sam wyjazd w góry, pierwszy raz na nartach, czy fakt, że to był nasz pierwszy wspólny wyjazd z Mateuszem. Trochę jak test generalny związku – kilka dni razem, we dwoje, bez udawania. Tylko my, śnieg, góry i przygoda.
Mateusz mówił, że jeździ od dziecka. Że jego tata nauczył go na jakimś austriackim stoku, że potem z kuzynami zjeżdżali z każdej możliwej górki. Że narty to jego żywioł. Nie miałam więc oporów – zaufałam mu. Nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłoby być inaczej. Wierzyłam mu jak dziecko. Zresztą, jak się kogoś kocha, to łatwo wierzyć w każdą opowieść.
Ja nigdy wcześniej nie stałam na nartach. Trochę się bałam, ale wyobrażałam sobie, jak śmiejemy się razem na stoku, upadamy, pomagamy sobie wstać, dzielimy herbatę z termosu i całujemy się w śniegu. Miałam głowę pełną obrazków jak z filmu.
Mateusz to typ, który zawsze wie, co powiedzieć. Trochę cwaniaczek, ale z urokiem. Na studiach podobał się wszystkim – pewny siebie, dobrze ubrany, z tym swoim zawadiackim uśmiechem. A ja? Ja jestem raczej spokojna. Lubię, gdy wszystko ma swoje miejsce. Nie znoszę, kiedy ktoś robi z siebie pajaca, zwłaszcza w miejscach publicznych. Ale wtedy o tym nie myślałam. Wydawało mi się, że wszystko się ułoży. Że będzie magicznie.
– Będziesz zachwycona, zobaczysz – mówił, gdy pakowaliśmy walizki. – Góry zimą to jest po prostu bajka.
Patrzyłam na niego i czułam, jak narasta we mnie duma, że mam takiego faceta. Doświadczonego, odważnego, zaradnego. Nawet jeśli miał czasem swoje humorki, machałam na to ręką. Bo przecież nikt nie jest idealny, prawda? Nie mogłam się doczekać. Naprawdę chciałam, żeby to był nasz wyjątkowy czas.
Płonęłam ze wstydu
Słońce było oślepiające, ale dzień zapowiadał się pięknie. Staliśmy przy wyciągu, oboje w świeżo wypożyczonym sprzęcie. Ja lekko spięta, on nonszalancki. Cały Mateusz.
– Idziemy na górę – powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Ten stok jest idealny na rozgrzewkę.
Rozejrzałam się. Ludzie zjeżdżali z gracją, część z dużą prędkością. Pomyślałam, że może jednak powinniśmy zacząć od czegoś łatwiejszego.
– Może jednak spróbujemy na oślej łączce? – zaproponowałam ostrożnie.
– Przestań, to dziecinada. Chcesz się uczyć, to musisz od razu iść na prawdziwy stok. Poza tym mówiłem – jeżdżę od dziecka. Nauczę cię lepiej niż instruktor.
Podjechaliśmy wyciągiem na górę. Mateusz opowiadał coś o technice jazdy, skrętach, że trzeba czuć narty jak własne nogi. Stałam obok i chłonęłam każde słowo, choć z tyłu głowy miałam niepokój. Zjeżdżał pierwszy. Ruszył z miejsca i po kilku metrach przewrócił się, jakby ktoś podciął mu nogi. Zamarłam. Podeszłam wolno, niepewnie.
– Nic ci nie jest? – zapytałam, nachylając się.
– Narty się źle zapięły – burknął. – To przez sprzęt. Ruszaj, pokaż, jak sobie radzisz.
Zjechałam ostrożnie. Udało się. Kiedy odwróciłam się, zobaczyłam, jak Mateusz znów rusza… i znów ląduje w śniegu. Tym razem mocniej. Podniósł się z trudem, wkurzony, z czerwonymi uszami.
– Ten stok jest źle przygotowany – rzucił głośno, patrząc na instruktora, który akurat przechodził obok. – Połowa zjazdu to lód, kto to zabezpieczał?!
Instruktor podszedł spokojnie.
– Stok jest w dobrym stanie. Wydaje mi się, że pan ma problem z balansem ciała i hamowaniem.
– Nie potrzebuję twoich analiz. Jeżdżę od dziecka. To stok jest źle wyprofilowany.
Stałam obok i nie wiedziałam, co powiedzieć. Zrobiło się niezręcznie. Ludzie zaczęli się oglądać, a ja czułam, jak twarz mi płonie.
– Mateusz, może jednak zejdziemy na łatwiejszy – próbowałam jeszcze załagodzić.
– Weronika, nie przesadzaj. Chyba widzisz, że to nie moja wina.
Instruktor pokręcił głową, ale nie skomentował. Odszedł, a Mateusz zaklął pod nosem i zacisnął pięści. W tamtym momencie pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać, co tu właściwie robimy.
Byłam nim zażenowana
Wzięliśmy głęboki oddech i ruszyliśmy znowu. Ja wolno, ostrożnie, starając się nie popełnić błędów. On – jakby na siłę, za szybko, zbyt ambitnie. I znowu się przewrócił, tym razem boleśnie. Poleciał w bok, przekoziołkował, a potem leżał bez ruchu. Zatrzymałam się gwałtownie, odepchnęłam kijki i podeszłam do niego. Oddychał ciężko, miał zamknięte oczy, śnieg przyklejał mu się do kurtki i szyi.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, klękając obok.
– Mam dosyć – wycedził przez zęby. – Co to za stok?! Kto to projektował?!
W tej samej chwili podjechał ratownik. Był opanowany i spokojny, jakby widział takich ludzi dziesiątki dziennie.
– Co się stało? Można pomóc? – zapytał, zniżając się do Mateusza.
Mateusz poderwał się jak oparzony, strzepując śnieg z kurtki.
– Nic się nie stało! A jak już, to przez to wasze badziewie! Ten stok jest nie do jazdy!
– Proszę się nie denerwować. Jeśli potrzebna pomoc medyczna…
– Dasz mi spokój?! Widzę, że jedyne, co potraficie, to jeździć w kamizelkach i się wtrącać!
Zamarłam. Ludzie wokół znowu się odwracali. Jakaś kobieta z dzieckiem spojrzała z niesmakiem. Ratownik milczał, patrząc tylko na Mateusza z niedowierzaniem. A ja poczułam, że mi wstyd. Nie za to, że się przewrócił. Za to, jak traktuje innych.
– Mateusz, wystarczy – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
– Co?
– Wystarczy. Ja mam dość.
Odpinałam narty z zaciśniętymi ustami. Szelest zapięć brzmiał jak ostateczna decyzja. Mateusz wstał, zaskoczony.
– Co ty robisz?
– Wracam. Nie będę stać i patrzeć, jak obrażasz ludzi, bo nie potrafisz przyznać się, że sobie nie radzisz.
– Weronika, przecież…
– Nie. Zimno mi. I jest mi wstyd. Za ciebie. Za to, co tu się właśnie wydarzyło.
Zostawiłam go tam, na środku stoku, wśród spojrzeń narciarzy. Słyszałam jeszcze, jak woła moje imię, ale nie odwróciłam się. Schodziłam w dół, ostrożnie stawiając kroki w miękkim śniegu, z zaciśniętą szczęką i bolącym gardłem.
Czułam się upokorzona
Wieczorem zapukał do drzwi naszego pokoju, jakby nic się nie stało. Miał w rękach butelkę i dwa plastikowe kubki z wypożyczalni. Uśmiechał się, jakby próbował zagrać w filmie romantycznym, tylko ktoś źle napisał scenariusz.
– Przyznaj, że było zabawnie – powiedział z przekąsem. – Jak się wywaliłem, to chyba pół stoku się zaśmiewało.
Stałam przy oknie i nie reagowałam. Widać było parking i ludzi wracających z restauracji. Przyszło mi do głowy, że pewnie wszyscy teraz gadają o nim. Albo gorzej – o nas.
– Chcesz? – uniósł kubek jak do toastu. – W końcu pierwszy wspólny wyjazd. Trzeba to uczcić.
– To była żenada, Mateusz.
– Przesadzasz. Każdy się przewraca. Na nartach trzeba się wywrócić sto razy, żeby się nauczyć. Taka zasada.
– Nie o to chodzi. Widziałeś, jak na ciebie patrzyli? Jak traktowałeś tego ratownika? Instruktora? Jakby byli nikim.
Usiadł na łóżku, rozłożył ręce.
– No dobrze, może mnie poniosło. Ale stres, presja, ludzie patrzą… Czułem się… źle, okej?
– A ja się czułam upokorzona. Nie dlatego, że nie umiesz jeździć. Tylko dlatego, że nie potrafisz się do tego przyznać. I że zamiast zachować się jak dorosły facet, krzyczysz na ludzi, którzy ci pomagają.
Zamilkł na chwilę. Dalej trzymał w dłoni kubek, ale już nie wyglądał na pewnego siebie.
– To był jeden dzień. Trochę nieudany, okej. Jutro będzie lepiej. Pojedziemy na łatwiejszy stok. Może faktycznie zaczniemy od podstaw.
– Nie chcę mieć chłopaka, który się wydziera na ratowników – powiedziałam cicho. – I nie chcę być z kimś, kto zgrywa kogoś, kim nie jest.
Wstałam i poszłam do łazienki. Zatrzasnęłam drzwi i usiadłam na brzegu wanny, z twarzą w dłoniach. Nie płakałam. Nie tym razem. Byłam zbyt zmęczona.
Nie chcę być z kimś takim
Rano spakowałam torbę bez słowa. Zwinęłam sweter, który nosiłam przez większość wyjazdu, upchnęłam kosmetyczkę i schowałam bieliznę do bocznej kieszeni. Robiłam to w ciszy. Mateusz siedział na łóżku i patrzył na mnie z niedowierzaniem.
– Co ty robisz?
– Wracam do domu.
– Ale… przez co? Przez to, że się wywaliłem na stoku?
Zamknęłam suwak i spojrzałam mu prosto w oczy.
– Nie przez to. Przez wszystko.
Wstał gwałtownie, jakby ta torba go prowokowała.
– Weronika, przesadzasz. Okej, może nie jestem mistrzem świata w jeździe na nartach, ale to był wyjazd, jeden wyjazd! Wszyscy się czasem zachowujemy inaczej pod wpływem emocji.
– Masz rację – odparłam spokojnie. – Ale ja po raz pierwszy zobaczyłam, kim jesteś, kiedy nikt ci nie klaskał.
– Co to w ogóle znaczy?
– Znaczy, że nie chcę być z kimś, kto obraża ludzi, bo coś mu nie wychodzi. Kto myśli tylko o sobie. Kto kłamie, żeby zrobić wrażenie.
– Miałem dobre intencje. Chciałem, żebyś się dobrze bawiła. Nie chciałem cię zniechęcić.
– A wyszło, że zniechęciłeś mnie do siebie.
Zamilkł. Pochylił się, oparł łokcie na kolanach. Pierwszy raz wyglądał na naprawdę zaskoczonego. Ale ja już nie miałam w sobie litości. Nie tego dnia.
– Weronika, nie bądź taka zero-jedynkowa. Możemy to naprawić. Zostań, pojedźmy jeszcze raz na stok, pośmiejemy się z tego wszystkiego. Daj mi szansę.
– Już miałeś szansę. Ja też miałam – żeby zobaczyć, z kim naprawdę jestem. I zobaczyłam.
Złapałam torbę i ruszyłam do drzwi. Usłyszałam za plecami:
– Wolisz być sama?
– Może. Na pewno wolę być sama niż z kimś, kto mnie zawstydza.
Wyszłam, na korytarzu było cicho. Za oknem śnieg wciąż sypał gęsto. Stałam chwilę na schodach, zanim zeszłam do recepcji i zamówiłam taksówkę na dworzec.
Zasługuję na więcej
Podróż powrotna była długa. W autobusie nikt się nie odzywał, tylko w słuchawkach słyszałam cudze rozmowy. Patrzyłam przez okno. Śnieg przykrywał wszystko, ale we mnie wciąż coś tliło się gorąco – złość, zawód, niedowierzanie.
W domu panowała cisza. Weszłam, ściągnęłam kurtkę, położyłam torbę na podłodze i usiadłam na kanapie. Przez chwilę nie robiłam nic. Przypomniałam sobie, jak się cieszyłam przed wyjazdem. Jak wyobrażałam sobie, że to będzie początek czegoś wyjątkowego. Myliłam się. I chyba wiedziałam to już wcześniej, tylko nie chciałam widzieć.
Mateusz nie napisał, ani razu nie zadzwonił. Nie pytał, czy dotarłam, nie zapytał, czy chcę porozmawiać. Może nie miał nic do powiedzenia, a może po prostu uznał, że to ja przesadziłam. W jego świecie pewnie nadal był bohaterem, który trochę się potknął, ale z gracją.
Siedziałam i analizowałam to wszystko raz jeszcze. Po kolei. Każde zachowanie, każdą reakcję, każde słowo. I choć bolało, czułam też ulgę. Zaczynało do mnie docierać, że ten wyjazd nie był pomyłką. Był odpowiedzią. Czasem trzeba komuś zaufać, żeby zrozumieć, że nie warto.
Nie wiedziałam, co dalej. Nie miałam planu. Ale wiedziałam, że nie chcę budować życia z kimś, kto kłamie, by się popisać i poniża innych, gdy czuje się słaby. Zasługuję na więcej. Na prawdę, na szacunek, na spokój.
Spojrzałam przez okno. Śnieg nie przestawał padać. Ale tym razem nie czekałam, aż się roztopi. Wstałam, zaparzyłam herbatę, zawinęłam się w koc. Byłam w swoim domu, sama. I to na ten moment było wystarczające.
Weronika, 22 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik baskijski i czekałam na wnuki. Ale młodzi pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy chcą kasy”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”