Reklama

Nie znałem ojca. I choć często udawałem przed samym sobą, że mi to nie przeszkadza, prawda była inna. Gdzieś tam, głęboko, brakowało mi tej figury – kogoś, kto położyłby rękę na ramieniu i powiedział: „Dasz radę, synu”. Wychowywała mnie mama – Maria. Kobieta twarda jak stal, ale z sercem jak krucha porcelana. Rzadko się śmiała, jeszcze rzadziej płakała. O ojcu mówiła tyle, co nic. A gdy pytałem, jej wzrok stawał się odległy, zimny. Z czasem przestałem pytać.

Miałem 22 lata i wciąż mieszkałem z mamą w naszym starym bloku na obrzeżach miasta. Pracowałem dorywczo w magazynie i czasem pomagałem w kiosku ciotki Haliny. Nie miałem zbyt wielu przyjaciół, bo jakoś tak... zawsze czułem się „nie na miejscu”. Jakby czegoś mi brakowało. Jakby coś ze mną było nie tak. Czasem myślałem, że może to przez to, że nie miałem ojca? Może faceci potrzebują ojców bardziej, niż się mówi?

Był jednak ktoś, kto zawsze był obok. Janusz – sąsiad z naprzeciwka. Starszy pan, trochę dziwak, trochę anioł stróż. Gdy byłem mały, potrafił przyjść i naprawić rower. Czasem zostawiał mi na wycieraczce drożdżówkę. Nigdy nie wtrącał się za bardzo, ale był – po prostu był. I choć nigdy nie nazwał mnie „synem”, czasem miałem wrażenie, że patrzy na mnie jak ojciec. I wtedy zadzwoniła mama. Głos miała cichy, bez emocji:

– Janusz zmarł. Pogrzeb w czwartek. Idziemy.

Nie zapytała, czy chcę. Wiedziała, że na bank pójdę.

Przeżyłem totalny szok

Kościół był zimny jak lód, a zapach kadzidła przyprawiał mnie o mdłości. Usiadłem z mamą w trzeciej ławce, obok ciotki Haliny, która poprawiała co chwilę kapelusz i szeptała coś pod nosem. W trumnie leżał Janusz. Wyglądał... spokojnie. Jakby spał. Jakby zaraz miał się podnieść i rzucić swoim typowym: „Dzień dobry, młody”. Wszystko było jak zawsze na pogrzebie – biel ornatu, świece, organy, kwiaty. Aż do momentu, gdy ksiądz wszedł na ambonę. Spodziewałem się oklepanych formułek, kilku słów o dobrym człowieku, ale on powiedział coś, co było jak grom z jasnego nieba.

– Janusz był człowiekiem niezwykle oddanym. Kochał ludzi... Kochał swojego syna nad życie.

Poczułem, jak serce mi przyspiesza. Obok ciotka Halina wypuściła powietrze z sykiem:

– Czy on właśnie powiedział syn?

Odwróciłem się do mamy, szepnąłem:

– O czym on mówi?

Spojrzała przed siebie. Lodowata. Milcząca.

– Pomylił się. Zresztą to nie ma znaczenia – rzuciła.

To, do cholery, miało znaczenie. Miało ogromne znaczenie. Bo nigdy nie słyszałem, żeby Janusz miał dzieci. Nigdy nie wspominał. I nikt inny nie wspominał. A jednak coś w tym było. Coś dziwnie znajomego. W moim brzuchu poczułem ciężar. Serce biło mi szybciej, oddech był płytki. Wiedziałem już, że to nie będzie zwykły pogrzeb. I że po nim nic już nie będzie takie samo.

Matka nie chciała ze mną gadać

Zamknęła się w kuchni, jak zwykle, gdy nie chciała rozmawiać, ale ja już nie byłem dzieckiem, które odpuści. Wszedłem bez pukania, stanąłem naprzeciwko niej. W rękach trzymała filiżankę, z której nie piła.

– Mamo, przestań się wymigiwać. Co cię łączyło z Januszem?

– Był tylko sąsiadem – odpowiedziała bez mrugnięcia. – Pomagał ci, bo był dobrym człowiekiem. Nie rób z tego czegoś, czym nie było.

– Powiedzieli, że miał syna. Mnie! – podniosłem głos. – O czym ty do cholery mówisz?

Drgnęła. Pierwszy raz od dawna zobaczyłem, że coś w niej pękło. Filiżanka zadrżała lekko, stukając o spodek, ale wciąż nie patrzyła mi w oczy.

– Ksiądz się pomylił – powtórzyła cicho. – Ludzie różne rzeczy gadają.

– Przestań. Po prostu powiedz mi prawdę. Czy Janusz był moim ojcem?

– Nie – wybuchła nagle. – Nie był! Przestań grzebać tam, gdzie nie trzeba! To nie zmieni przeszłości!

– Ale może zmieni mnie! – wrzasnąłem. – Całe życie nie wiedziałem, kim jestem. I teraz nagle, po jego śmierci, wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart!

Spojrzała na mnie, w oczach miała coś dziwnego – może złość, może lęk. I może coś jeszcze.

– Daj mi spokój, Kuba – powiedziała zimno i wyszła z kuchni, zostawiając mnie samego z pulsującym bólem i jednym pytaniem, które paliło od środka. Czy całe moje życie było kłamstwem?

Nic już nie będzie takie samo

Usiadłem w swoim pokoju, ale nie potrafiłem się uspokoić. W głowie mi huczało, serce waliło jak młotem. Cisza w mieszkaniu była ciężka, lepiła się niemalże do ścian. Nagle usłyszałem trzask drzwi od sypialni. Ktoś mówił. Kobiecy głos. Dwa głosy. Matka i... ciotka Halina. Wstałem bezszelestnie, podszedłem pod drzwi.

Nie wiem, czy mu powiedzieć – szeptała mama. – Całe życie wierzył, że Janusz to tylko sąsiad…

– A może powinien wiedzieć? – Halina brzmiała ostro. – Może właśnie dlatego czuje się taki samotny?

– On myśli, że Wojtek go porzucił... A Janusz... był blisko. Zawsze, ale przecież nie mogłam… obiecałam…

Daj spokój z tą cholerną obietnicą! Obiecałaś człowiekowi, który cię zostawił z dzieckiem! A ten drugi – milcząco wszystko za was odpokutował!

– Nie rozumiesz. To nie było wszystko takie proste…

Zamarłem. Coś we mnie pękło. Wszystko, co próbowałem sobie poukładać, nagle się rozsypało. Wyszedłem na korytarz, stanąłem w drzwiach.

– Słyszałem wszystko.

Zamilkły. Matka zbladła, Halina otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.

– Macie dwie minuty – powiedziałem chłodno. – Dwie minuty, żeby powiedzieć mi całą prawdę. I ani sekundy więcej.

W sypialni zapanowała cisza tak gęsta, że można by ją było pokroić nożem. Wiedziałem jedno – już nic nie cofnie tego, co się zaczęło.

W głowie mi szumiało

Usiadła na brzegu łóżka, jakby wreszcie odpuściła walkę. Ciotka Halina wyszła bez słowa, zostawiając nas samych. Mama wpatrywała się w podłogę, dłonie ściskała na kolanach.

– To był romans… – zaczęła cicho. – Krótki, intensywny. Wojciech był moim mężem. Janusza poznałam później.

Patrzyłem na nią, nie mogąc wykrztusić słowa.

– Wojtek wiedział o tobie, ale uciekł. Bał się. Był za młody. Nie chciał być ojcem. A ja... zostałam sama. I wtedy Janusz zaczął mi pomagać.

– I co? Po prostu przejął rolę ojca? Tak znikąd?

– Nie. Nigdy nie próbował wejść w tę rolę tak całkowicie, ale był. Cicho, bez słów. Pomagał, kiedy płakałeś. Przynosił leki, kiedy miałeś gorączkę. Czasem pod drzwiami zostawiał zabawkę. Nigdy nie chciał, żebyś wiedział.

– Ale dlaczego?! – wstałem, podchodząc do niej. – Dlaczego nie powiedzieliście mi prawdy?

– Bo mu obiecałam. Powiedział: „Nie chcę, żeby widział we mnie ojca. Nie zasługuję na to”. A ja... byłam wdzięczna, że w ogóle był.

– Czyli praktycznie mnie wychowywał? Ale w ukryciu?

– Tak. Bardzo cię kochał, ale nie miał odwagi się przyznać. Może przez ten romans... Sama nie wiem, dlaczego to tak się potoczyło... To były inne czasy, wszystko było bardziej skomplikowane...

Wstałem. W głowie mi szumiało. Musiałem wyjść. Musiałem oddychać. Wybiegłem z mieszkania i szedłem bez celu, mijając ulice, które znałem na pamięć. Czułem, jak wszystko we mnie wali się i buduje na nowo. I nie wiedziałem, który ból jest większy – ten, że mnie okłamano, czy ten, że przez całe życie miałem ojca... i o tym nie wiedziałem.

Płakałem, bo było już za późno

Szary granit nagrobka Janusza połyskiwał w jesiennym słońcu. Stałem w bezruchu, patrząc na wygrawerowane litery, które jeszcze kilka dni temu były tylko imieniem sąsiada. A teraz... były ojcowskim epitafium.

– Skąd ksiądz wiedział? – zapytałem cicho, nie odwracając wzroku.

Proboszcz stał obok. Poprosiłem go o spotkanie. Spojrzał na mnie łagodnie.

Janusz powiedział mi wszystko. I przez lata nosił w sobie ten ciężar. Myślę, że ucieszyłby się z tego, że już wiesz. Dlatego też pozwoliłem sobie w tak ważnym dniu, powiedzieć, że cię kochał.

– Dlaczego mi nie powiedział? Mógł... choć raz...

– Bał się. Że go odrzucisz. Że nie zrozumiesz. Kochał cię, Kuba, ale był tylko człowiekiem. Zwykłym, słabym człowiekiem.

Ksiądz sięgnął do teczki i wyjął kopertę.

– Zostawił to. Powiedział, że jeśli kiedyś przyjdziesz... mam ci to dać.

Wziąłem ją. Dłoń mi zadrżała. Papier był gruby, sztywny. W środku – kilka kartek zapisanych starannym pismem. Nie przeczytałem od razu. Usiadłem na ławce przy grobie. Proboszcz odszedł, zostawiając mnie sam na sam z przeszłością. Otworzyłem list.

Kuba. Wiem, że nie mam prawa nazywać cię synem. Ale byłeś nim dla mnie od dnia, w którym po raz pierwszy zapłakałeś w kołysce. Przepraszam, że zabrakło mi odwagi. Że kochałem cię w ciszy, zamiast wykrzyczeć to światu. Gdyby można było cofnąć czas... zrobiłbym wszystko inaczej. Ale kochałem cię. I jestem z ciebie dumny. Zawsze byłem.

Czytałem list trzy razy. Każde słowo wbijało się głębiej. I płakałem. Nie jak dziecko. Jak syn, który właśnie poznał swojego ojca, ale było za późno.

Jakub, 22 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama