Reklama

Mam na imię Marta. Mam 28 lat, pracuję w korporacji, mieszkam w Warszawie z partnerem. W teorii: poukładane życie. W praktyce – jeden wielki emocjonalny chaos, odkąd pamiętam. Chaos, który ma twarz mojej matki. Wiesława. Kobieta, która całe życie mówiła mi, że „dzieci są po to, żeby pomagać rodzicom”. I ja w to wierzyłam. Płaciłam jej rachunki, kupowałam leki, ratowałam z chwilówek. Wszystko „na chwilę”, „na dwa miesiące”, „ostatni raz”. Pół roku temu dałam jej trzy tysiące złotych. Miała oddać po dwóch miesiącach. Spisała to nawet na kartce, żeby „było ci lżej, córeczko”. Tyle że od tamtej pory cisza. Zero. Temat nie istnieje. Wczoraj wieczorem spojrzałam na Tomka i powiedziałam:

– Chyba czas przypomnieć mamie o tych pieniądzach.

– No to zapytaj. Masz do nich prawo – odpowiedział spokojnie.

I wtedy uderzyła mnie najgorsza myśl: ja się jej boję. Bo wiem, co powie. Że jestem wyrodna. Że myślę tylko o pieniądzach. Że ciotka Renata to też wyrachowana żmija. I że ona, moja matka, znowu będzie ofiarą. A ja – tą złą.

To nie jest rachunek

Zaproponowałam mamie kawę w centrum. „Zamów mi latte, córcia, ja już dojeżdżam” – napisała. Usiadłam przy oknie, z widokiem na przystanek. Od razu rozbolał mnie żołądek. Jak zawsze, gdy mam z nią rozmawiać o czymś trudnym. Przyszła po kwadransie, uśmiechnięta, z torebką w kolorze, którego nie kojarzyłam. Pewnie nowa.

– No, co tam u ciebie, Martuś? – spytała, całując mnie w policzek.

– Wszystko okej. Mamo, ja… chciałam porozmawiać o tych pieniądzach. Tych trzech tysiącach, które… – zaczęłam, z bijącym sercem.

Opuściła wzrok na filiżankę. Uśmiech zniknął.

Naprawdę o to ci chodzi? – zapytała chłodno. – Po tylu latach, kiedy cię karmiłam, ubierałam, leczyłam… teraz mi wystawiasz rachunek?

Zatkało mnie. Nie tego się spodziewałam.

– Mamo, to nie jest rachunek. Umówiłyśmy się. Sama powiedziałaś, że oddasz za dwa miesiące.

– Ty jesteś jakaś jak ciotka Renata. Taka wyrachowana. Ona też kiedyś liczyła każdą złotówkę. Patrz, jak skończyła – splunęła niemal.

– Mamo, ja po prostu… mam swoje zobowiązania. To nie jest atak.

– A może to ja powinnam ci wystawić rachunek? Za życie? – patrzyła na mnie z takim zawodem w oczach, jakby to ja ją oszukała.

Nie odpowiedziałam. Ścisnęło mnie w środku. I wstyd, i złość. Wyszłam bez słowa, zostawiając niedopitą kawę i matkę z raną, którą znałam aż za dobrze – raną, którą zadałam, bo odważyłam się postawić granicę.

Zawsze byłam tą, która ogarniała

Nie mogłam spać. W głowie wciąż słyszałam jej słowa: „Jesteś jak ciotka Renata”, „Wystawiasz mi rachunek”. Odtwarzałam całą rozmowę w kółko, analizując każde słowo, każdy ton, każde spojrzenie. Próbowałam się przekonać, że miałam prawo. Ale coś we mnie pękało – jak za każdym razem, gdy próbowałam być wobec mamy choć trochę stanowcza.

– Nie możesz z nią tak rozmawiać – powiedziałam Tomkowi. – Ona tego nie rozumie.

– Marta, ona właśnie to rozumie. I doskonale wie, jak cię złamać – odparł spokojnie.

– To moja matka. Wychowała mnie, była sama. Nie mogę jej tak zostawić, rozumiesz?

– A ona może brać od ciebie, ile chce, i jeszcze robić z ciebie czarną owcę? – spojrzał na mnie ostro. – Od kiedy bycie córką oznacza bycie bankomatem?

Zamilkłam. Nie miałam odpowiedzi. Bo przecież ja zawsze byłam tą, która ogarniała. Odpowiadałam za siebie, za nią, za dom. W dzieciństwie słyszałam: „Gdyby nie ty, to bym już dawno zginęła”. I to było jak medal, który nosiłam na szyi – ciężki, ale dawał sens. Tylko że ten medal zaczął mi ciążyć. Przypomniałam sobie, jak w podstawówce sama zapisałam się na obiady szkolne, bo mama zapomniała. Albo jak w liceum przelewałam jej pieniądze z oszczędności, żeby „nie zabrał jej komornik”. Miałam szesnaście lat i dług na koncie. Teraz miałam dwadzieścia osiem. I nadal się bałam powiedzieć „nie”.

Ona zawsze umiała grać na emocjach

Wahałam się kilka dni, zanim wykręciłam numer cioci Renaty. Nie rozmawiałyśmy chyba od lat. Odkąd pokłóciła się z mamą, kontakt z nią był „niemile widziany”. Ale coś we mnie pękło. Potrzebowałam innej perspektywy. Kogoś, kto znał dobrze moją matkę, ale nie był wobec niej bezradny.

– Marta? No proszę, nie spodziewałam się… – ciocia brzmiała zaskoczona, ale ciepło. – Wszystko w porządku?

– Ciociu… mogę zapytać o coś? Chodzi o mamę.

Zamilkła na chwilę.

– O Wiesławę? W co znowu się wpakowała?

Opowiedziałam jej wszystko – o pożyczce, o obietnicy spłaty, o tej cholernej rozmowie przy kawie. O tym, jak mama mnie upokorzyła.

– Wiedziałam, że prędzej czy później i ciebie to dopadnie – powiedziała cicho. – Ona zawsze umiała grać na emocjach. Mnie też wciągnęła w swoje „tymczasowe trudności”. Kilka tysięcy, niby na opłaty. A potem? „Renata, ty nie masz serca”. Brzmi znajomo?

Zatkało mnie.

– Czyli to nie tylko ja...

– Nie, kochanie. Wiesia od lat bierze od ludzi więcej, niż potrafi dać. A potem udaje, że nic się nie stało. I tak długo, jak ktoś milczy, ona będzie udawać, że wszystko gra.

Usiadłam na łóżku. Poczułam się, jakby ktoś mi zdjął z pleców ciężar, którego nawet nie zauważałam.

– Dziękuję, ciociu. Serio. Myślałam, że może ja… przesadzam.

– Nie przesadzasz, tylko wreszcie przejrzałaś na oczy. A to boli.

Pieniądze są ważniejsze niż matka, tak?

Długo układałam sobie w głowie, co jej powiem. Nie chciałam awantury. Chciałam tylko, żeby usłyszała – naprawdę usłyszała – że nie może mnie tak traktować. Że coś się zmieniło. Zadzwoniłam do niej wieczorem, w poniedziałek. Odebrała od razu.

– No cześć, Martusia. Co tam? – zapytała, jakby nic się nie wydarzyło. Jakbyśmy ostatni raz rozmawiały o pogodzie, a nie o tym, że jestem według niej wyrodną córką.

– Mamo… chcę porozmawiać. Na spokojnie. O tamtych pieniądzach, ale nie tylko.

– Znowu o tym? – westchnęła. – To takie ważne, żeby mnie tak cisnąć?

– Tak, mamo. Bo to nie chodzi tylko o te trzy tysiące. Chodzi o to, że nie czuję się szanowana. Że ty bierzesz i bierzesz, a jak proszę o coś z powrotem – to jestem zimna i wyrachowana.

– Bo taka jesteś. Właśnie teraz. Słyszysz siebie? Pieniądze są ważniejsze niż matka, tak?

– Nie. Ale ważna jestem też ja. I moje granice. Nie jestem bankomatem. Nie mogę być dobra tylko wtedy, kiedy coś daję.

Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem… płacz.

– Wszyscy mnie zostawiają… – wyszeptała. – Ty też?

– Mamo… ja nie chcę cię zostawić. Ale nie chcę też dłużej być wykorzystywana.

– Czyli wyrzekasz się mnie, bo nie mam z czego oddać? Tylko tyle dla ciebie znaczę? Nie sądziłam, że mam taką wyrodną córkę.

– To nie o zwrot chodzi. Chodzi o uczciwość. O szacunek. Jeśli kiedyś będziesz gotowa oddać – porozmawiamy. Ale dopóki tego nie ma… muszę się odciąć. Dla siebie.

Rozłączyłam się. Trzęsły mi się ręce. Serce waliło jak oszalałe. Ale pierwszy raz od dawna czułam coś jeszcze. Ulgę.

Przez lata słyszałam, że muszę być wdzięczna

Minął tydzień. Mama się nie odezwała. Żadnego SMS-a, żadnego telefonu. Na początku odświeżałam skrzynkę co pół godziny. Potem coraz rzadziej. Aż w końcu… zaczęłam oddychać. Nie było wieczornych telefonów z „pilną sprawą”, nie było nagłych próśb o przelanie „choćby stówki”. Nikt nie wmawiał mi, że jestem samolubna, bo chcę żyć po swojemu. Nikt nie rzucał emocjonalnych granatów. Cisza. I choć ta cisza bolała – to była inna. Oczyszczająca.

– Jak się czujesz? – spytał Tomek, gdy wrócił z pracy.

– Sama nie wiem. Pusto. Ale spokojnie. I… jakoś lżej.

Usiadł obok, objął mnie ramieniem.

– Wiesz, że zrobiłaś dobrze?

– Wiem – powiedziałam. – Ale to nie znaczy, że nie boli.

Wieczorami siadałam na kanapie z kubkiem herbaty i zamiast myśleć o tym, jak pomóc mamie, zaczęłam zadawać sobie pytania: co ja chcę? Co mi się należy? Co mi szkodzi? Zaczęłam sobie przypominać momenty, kiedy rezygnowałam z siebie. Gdy zamiast wakacji spłacałam jej chwilówkę. Gdy kupiłam jej nowy telefon, chociaż mój ledwo działał. Gdy przez lata słyszałam, że muszę być wdzięczna, bo „ona mnie urodziła i wychowała”. Ale czy wdzięczność musi oznaczać oddanie własnego życia? Zaczęłam rozumieć, że lojalność wobec rodzica ma granice. I że czasem miłość oznacza... nie dać się skrzywdzić kolejny raz.

Marta, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama